„Czekałam na ferie z utęsknieniem, ale mój mąż zarządził remont zamiast wyjazdu w Alpy. Poznałam jego prawdziwą twarz”
„Remont zaczął się punktualnie jak wszystko, co organizował Adam. O siódmej rano pierwszy huk przeszedł przez mieszkanie. Przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem. Potem dotarło do mnie, że to nie lawina w Alpach, tylko skuwanie płytek w łazience”.

Śnieg w Alpach miał być biały i cichy, jak obietnica, że wreszcie zwolnię. Zamiast tego był pył, hałas i zapach świeżo skuwanego tynku, który wdzierał się wszędzie. Jeszcze nie wiedziałam, że te ferie nie zabiorą mi tylko odpoczynku, ale też resztki złudzeń o tym, kim jesteśmy jako małżeństwo i gdzie w nim jest moje miejsce.
Decyzja zapadła bez mojego udziału
Adam powiedział to tak, jakby informował mnie o godzinach otwarcia sklepu. Stał w kuchni, oparty o blat, z telefonem w ręku, a ja właśnie nalewałam herbatę do dwóch kubków. Para unosiła się leniwie, dokładnie tak, jak moje myśli jeszcze kilka sekund wcześniej.
– Zadzwoniłem do fachowca – oznajmił spokojnie. – W ferie zaczynamy remont. Łazienka i przedpokój. W końcu.
Zatrzymałam się w pół ruchu. Wylałam trochę herbaty obok kubka, ale nawet tego nie zauważyłam.
– Jak to… w ferie? – zapytałam cicho, bardziej dla upewnienia się, że dobrze usłyszałam.
Adam spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem, jakby nie rozumiał, skąd to pytanie.
– No normalnie. Przecież mówiłem, że trzeba się za to wziąć. Teraz jest najlepszy moment, mamy odłożone pieniądze i trochę czasu.
Te pieniądze. Te same, które w mojej głowie od miesięcy miały zapach górskiego powietrza i smak gorącej czekolady po całym dniu na śniegu.
– A Alpy? – wyrwało mi się, zanim zdążyłam to przemyśleć.
Adam westchnął krótko, technicznie.
– Iwona, bądźmy poważni. Wyjazd to przyjemność, a remont to inwestycja. Dach nad głową jest ważniejszy niż jakieś widoki.
„Jakieś widoki”. Zabolało bardziej, niż się spodziewałam. Nie dlatego, że obraził moje marzenie, ale dlatego, że nawet nie próbował zapytać, co ja o tym myślę.
W tym momencie do kuchni weszła Klara.
– Mamo, a kiedy będziemy pakować narty? – zapytała z nadzieją, którą tak dobrze znałam.
Spojrzałam na Adama. Milczał. Czekał, aż ja to powiem.
– Kochanie… – zaczęłam ostrożnie. – W tym roku ferie będą trochę inne.
– Inne? – Jej brwi uniosły się wysoko. – To znaczy, że nie jedziemy?
– Będzie remont – wtrącił Adam. – To też ważna sprawa.
Córka spuściła wzrok. Skinęła głową, jakby wszystko rozumiała, choć wiedziałam, że nie rozumie nic.
– Jasne – powiedziała tylko i wróciła do swojego pokoju.
Zostałam sama z kubkami, które nagle wydawały się zbyt ciężkie. Nie czułam złości. Jeszcze nie. Bardziej coś w rodzaju cichego upokorzenia, jakby ktoś przypomniał mi, że moje zdanie jest dodatkiem, nie fundamentem. Tego wieczoru długo patrzyłam w ekran komputera, udając, że pracuję. W głowie miałam jedno zdanie, które nie dawało mi spokoju: decyzja zapadła, zanim zdążyłam w niej uczestniczyć.
Miałam tego po dziurki w nosie
Remont zaczął się punktualnie, jak wszystko, co organizował Adam. O siódmej rano pierwszy huk przeszedł przez mieszkanie jak echo w pustej klatce schodowej. Klara poderwała się z łóżka przestraszona, a ja przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem. Dopiero potem dotarło do mnie, że to nie lawina w Alpach, tylko skuwanie płytek w naszej łazience.
– Spokojnie, to tylko panowie od remontu – powiedział Adam rzeczowo, zakładając kurtkę. – Jadę po materiały z Tomkiem.
Tomasz, specjalista od remontów, pojawiał się u nas coraz częściej. Wysoki, pewny siebie, zawsze z gotową opinią.
– Dobrze robicie – rzucił pierwszego dnia, omiatając wzrokiem bałagan. – Remont to konkret. Wyjazdy są przereklamowane.
Uśmiechnęłam się słabo, nie odpowiadając. Kurz osiadał na półkach, na parapecie, na moich myślach. Każdego dnia sprzątałam, przesuwałam rzeczy, robiłam miejsce. Adam wydawał polecenia fachowcom, Tomasz przytakiwał, a ja krążyłam między pokojami, starając się, żeby Klara miała choć odrobinę normalności.
– Mamo, mogę tu rysować? – zapytała któregoś dnia, trzymając kartkę.
– Lepiej w pokoju – odpowiedział Adam za mnie. – Tu się będzie chodzić.
Zauważyłam, jak córka automatycznie się cofnęła, jakby czuła, że przeszkadza samą swoją obecnością.
Wieczorami Adam siadał zmęczony, ale zadowolony.
– Widzisz? Idzie sprawnie. Dobrze, że mnie posłuchałaś – rzucił któregoś dnia.
Nie poprawiłam go. Nie powiedziałam, że nie słuchałam, tylko zostałam postawiona przed faktem. Zamiast tego zmywałam kurz z blatu, choć ten wracał następnego dnia, jak nieproszony gość. Coraz częściej łapałam się na myśli, że dokładnie tak wygląda nasze małżeństwo. Adam decydował, ktoś potwierdzał, a ja dostosowywałam się, wygładzając ostre krawędzie, żeby nikt się nie potknął. Moje emocje były jak te drobinki pyłu – obecne, ale niewidoczne, dopóki nie usiadły komuś na czarnym swetrze.
Córka też się zmieniła
Najpierw myślałam, że to tylko zmęczenie. Remont męczył wszystkich. Hałas, brak rutyny, ciągłe „uważaj” i „nie teraz”. Klara jednak zaczęła znikać w sposób, który nie miał nic wspólnego z odpoczynkiem. Siedziała w swoim pokoju dłużej niż zwykle, drzwi miała zawsze domknięte, jakby chciała zajmować jak najmniej miejsca.
– Jak minął ci dzień? – zapytałam ją pewnego popołudnia, gdy przyniosłam jej kakao.
Wzruszyła ramionami.
– Dobrze.
Jedno słowo. Kiedyś potrafiła opowiadać mi wszystko – o koleżankach, o rysunkach, o rzeczach, które ją cieszyły albo martwiły. Teraz odpowiadała tak, jakby każde zdanie było wysiłkiem. Zauważyłam też, że zaczęła się pilnować. Odkładała zabawki natychmiast, kiedy Adam wchodził do pokoju. Przestawała mówić w pół zdania. Kiedy fachowcy podnosili głos, ona ściszała swój.
– Klara, nie musisz być tak cicho – powiedziałam jej któregoś wieczoru.
Popatrzyła na mnie uważnie.
– Tata jest zmęczony – odpowiedziała. – Lepiej mu nie przeszkadzać.
To zdanie uderzyło we mnie mocniej niż jakikolwiek hałas wiertarki. Usłyszałam w nim coś znajomego. Siebie sprzed lat.
Przypomniałam sobie małą dziewczynkę siedzącą przy stole w kuchni moich rodziców, liczącą na to, że nikt nie zapyta o jej zdanie. Że będzie grzeczna, niewidoczna, cicha. Dokładnie taka, jaką teraz widziałam w Klarze.
Tego wieczoru długo nie mogłam zasnąć. Leżałam obok Adama, słuchając jego równego oddechu, i zastanawiałam się, kiedy nauczyłam własne dziecko, że spokój w domu jest ważniejszy niż jej głos. I czy ona widzi we mnie kogoś, kto ją chroni, czy kogoś, kto tylko się dostosowuje.
To było jak test małżeństwa
Kłótnie zaczęły się od drobiazgów, prawie niezauważalnie. O to, gdzie odłożyć buty, o kurz, który „znowu wrócił”, o to, że Klara zostawiła kubek w złym miejscu. Adam mówił spokojnie, rzeczowo, jak zawsze. Ja coraz częściej odpowiadałam z opóźnieniem, jakby moje myśli potrzebowały czasu, żeby w ogóle zebrać się na odwagę.
– Nie przesadzaj – rzucił któregoś dnia, kiedy poprosiłam, żeby chociaż jeden wieczór był wolny od rozmów o remoncie. – Remont jest ważny. To tylko chwilowy bałagan.
„Chwilowy” – powtórzyłam w myślach. Jak wiele rzeczy w naszym życiu miało być tylko na chwilę. Zauważyłam, że zaczęłam się wycofywać. Mówiłam mniej, pytałam rzadziej. Kiedy Adam podejmował kolejne decyzje, kiwałam głową, nawet jeśli w środku coś we mnie krzyczało. Były dni, kiedy czułam rezygnację tak gęstą, że niemal fizycznie ciężką. I były momenty nagłego buntu, krótkie, gwałtowne, po których natychmiast przychodziło poczucie winy.
– Chciałabym, żebyś mnie czasem zapytał o zdanie – powiedziałam w końcu, stojąc w progu nowej łazienki.
Adam odwrócił się powoli.
– Po co? Przecież ja wszystko robię dla nas.
Dla nas. Te słowa coraz częściej brzmiały jak argument kończący każdą rozmowę. Jakby „nas” oznaczało głównie jego wizję, a ja byłam tylko elementem, który ma się w nią wpasować. Zrozumiałam wtedy, że nie chodzi już o płytki ani o pieniądze. Chodziło o to, że próbowałam być słyszana w związku, w którym od dawna mówiło się jednym głosem. Nie moim.
Patrzyłam na nowe ściany, równe i jasne, i myślałam o tym, jak bardzo nierówne stało się nasze wspólne życie. Zaczęłam się zastanawiać, czy jeszcze jesteśmy partnerami, czy tylko dwojgiem ludzi, którzy nauczyli się obok siebie funkcjonować bez zadawania zbyt trudnych pytań.
W końcu powiedziałam to na głos
To był dzień, w którym wszystko nałożyło się na siebie. Fachowcy nie przyszli o umówionej godzinie, pył znów leżał na świeżo przetartej podłodze, a Klara od rana siedziała cicho z książką w kąciku, nawet nie pytając, co na obiad. Adam chodził po mieszkaniu z telefonem przy uchu, coraz bardziej zirytowany.
– Mówiłem, że to trzeba było zrobić inaczej – rzucił w pewnym momencie, odkładając słuchawkę. – Nikt tu nie ogarnia, jeśli się tego nie pilnuje.
Stałam przy oknie. Patrzyłam na szare podwórko i nagle poczułam, że nie mam już siły się odwrócić, udawać spokoju, zgadzać się dla świętego spokoju.
– Adam – powiedziałam. – Musimy coś ustalić.
Spojrzał na mnie z niecierpliwością.
– Iwona, naprawdę nie teraz.
– Właśnie teraz – odpowiedziałam, zaskoczona własnym głosem. Drżał, ale nie zamilkł. – Ja tu od tygodni jestem niewidzialna.
Zmarszczył brwi.
– Co ty znowu wymyślasz?
Odwróciłam się. Zobaczyłam Klarę stojącą w drzwiach pokoju. Cofnęła się od razu, jakby bała się, że weszła tam, gdzie nie wolno.
– Nie wymyślam – ciągnęłam dalej. – Ty decydujesz o wszystkim. O pieniądzach, o feriach, o tym, jak mamy żyć. A ja mam tylko się dostosować.
Adam zaśmiał się krótko.
– Przecież wiesz, że robię to, co trzeba. Ktoś tu musi myśleć rozsądnie.
– A ja? – zapytałam. – Ja nie myślę rozsądnie? Czy po prostu nie liczysz się z tym, co czuję?
Zapadła cisza. Ciężka, nieprzyjemna.
– Zawsze dramatyzujesz – powiedział w końcu. – Robisz problem z niczego.
Wtedy coś we mnie się zbuntowało. Pojawił się nie krzyk, nie złość, a raczej jasność.
– Właśnie o to chodzi – odpowiedziałam spokojnie. – Dla ciebie to nic. A dla mnie to wszystko.
Adam otworzył usta, jakby chciał coś jeszcze dodać, ale machnął tylko ręką i wyszedł do kuchni. Rozmowa była skończona, zanim tak naprawdę się zaczęła. Stałam sama na środku pokoju, słysząc, jak Klara cicho zamyka drzwi u siebie. Wtedy zrozumiałam coś bardzo prostego i bardzo bolesnego. Problemem nie były ferie ani remont. Problemem było to, że od dawna mówiłam do kogoś, kto nie chciał mnie usłyszeć.
Po remoncie zapadła cisza
Remont skończył się nagle. Ostatniego dnia fachowcy zabrali narzędzia, Tomasz poklepał Adama po ramieniu i powiedział, że „wyszło naprawdę solidnie”. Drzwi się zamknęły, hałas ucichł, a w mieszkaniu zrobiło się zaskakująco czysto. Nowe ściany pachniały świeżością, podłoga była równa, wszystko wyglądało dokładnie tak, jak Adam planował. Tylko ja czułam pustkę.
Ferie minęły, choć właściwie ich nie zauważyłam. Pracowałam, sprzątałam, gotowałam. Klara chodziła cicho po nowym przedpokoju, jakby bała się zostawić ślad. Adam był zadowolony, spokojniejszy, jakby zakończenie remontu zamknęło temat również między nami. Nie wróciliśmy do tamtej rozmowy. On uznał ją za chwilowy wybuch. Ja przestałam próbować ją kontynuować.
Któregoś wieczoru siedziałam sama w salonie, patrząc na idealnie prostą linię między kafelkami. Pomyślałam wtedy, że przez lata remontowałam wszystko dookoła: plany, oczekiwania, siebie. Wygładzałam, dopasowywałam, tłumiłam. A siebie samej nigdy nie zapytałam, ile mnie to kosztuje.
Zrozumiałam, że prawdziwy remont dopiero się zaczyna. Nie w łazience, nie w przedpokoju, ale we mnie. Nie wiedziałam jeszcze, dokąd mnie zaprowadzi ta myśl ani jakie decyzje będę musiała podjąć. Już nie chcę być dodatkiem do czyjegoś „rozsądku”. Alp nie zobaczyłam, ale widziałam wyraźnie coś innego – prawdę, której nie da się już zamieść pod dywan na nowej podłodze.
Iwona, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Alpach odkryłam, że mąż mnie zdradza, a on próbował mydlić mi oczy. Za swoją grę na 2 fronty powinien dostać Oscara”
- „Marzę o wspólnych feriach, ale mój mąż zapadł w zimowy sen. Woli wylegiwać się w domu, niż spędzać czas z rodziną na stoku”
- „Żałuję, że puściłam męża samego na ferie. Wrócił przesiąknięty smrodem waniliowych perfum, kłamstwa i zdrady”

