„Córka przyniosła niespodziankę ze studniówki. Teraz będzie zmieniać pampersy, a ja zacznę obchodzić Dzień Babci”
„Pewnego dnia zostawiła plecak w kuchni. Wypadło z niego opakowanie po teście ciążowym. Puste. Serce mi stanęło. Wzięłam je do ręki i poszłam do jej pokoju. Siedziała na łóżku, wpatrzona w ekran telefonu. Kiedy weszłam, spojrzała na mnie i zamarła. Nie musiała nic mówić. Ja już wiedziałam”.

- Redakcja
Zawsze myślałam, że najgorszy ból matki to choroba dziecka. Że nic nie boli bardziej niż patrzeć na cierpienie własnego dziecka. Okazało się, że są inne rodzaje bólu – ciche, duszne, takie, które wchodzą pod skórę i zostają na długo. Moja córka wróciła ze studniówki uśmiechnięta, rozmarzona, z błyskiem w oku.
Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że tamtej nocy wszystko się zmieniło. Że zamiast przygotowań do matury, będziemy razem uczyć się, jak przewijać noworodka. A ja – choć już byłam matką – musiałam nauczyć się nią być od nowa. Inaczej. Inaczej niż planowałam.
Czułam lekki niepokój
Kiedy przyniosła ją do domu, aż się we mnie zagotowało. Bordowa, obcisła, z rozcięciem tak wysokim, że bałam się, czy w ogóle da się w niej usiąść.
– Nie możesz jej zwrócić? – zapytałam, starając się mówić spokojnie, choć w środku już krzyczałam.
– Mamo, to studniówka, nie pogrzeb! Wszystkie dziewczyny będą miały podobne – odpowiedziała, przewracając oczami.
Zawsze była uparta. Miała osiemnaście lat i cały świat u swoich stóp. Mówiła, że po maturze wyjedzie, będzie studiować psychologię, wynajmie mieszkanie z Izą, znajdzie pracę. I ja naprawdę wierzyłam, że tak będzie. Dobrze się uczyła, miała ambicje, marzenia. A jednak coś nie dawało mi spokoju, kiedy patrzyłam na nią w tej sukience. Jakby przeczucie, że ten wieczór nie skończy się tak, jak powinien.
Na zdjęciach wyglądała pięknie. Dorośle. Uśmiechnięta, otoczona koleżankami, z tym chłopakiem… Rafał, tak miał na imię. Nie znałam go dobrze. Był starszy, z innej szkoły, przystojny. Ufałam jej, choć nie do końca jemu. Pamiętam, jak wróciła nad ranem, zmęczona, ale szczęśliwa. Powiedziała tylko:
– Było idealnie.
Wtedy jeszcze nie wiedziałam, co tak naprawdę wyniosła z tej nocy.
Coś było nie tak
Zaczęło się kilka tygodni później. Najpierw rano, w łazience – po śniadaniu czuła się źle i mówiła, że to pewnie coś, co zjadła dzień wcześniej. Potem już codziennie słyszałam szuranie drzwi, odgłos kranu i suchy kaszel.
– To pewnie chwilowa niedyspozycja, chodzi coś po szkole – mówiła. – Dużo stresu, próbne matury, wiesz...
Znałam ją. Wiedziałam, kiedy kłamała. I wiedziałam też, że coś jest nie tak. Ale nie dopuszczałam tej myśli do siebie. Przecież to niemożliwe. Moje dziecko jest mądre, odpowiedzialne.
Zaczęła chodzić zamyślona, wiecznie zmęczona, przewracała się z boku na bok, nie jadła prawie nic. Gdy spytałam, czy wszystko w porządku, tylko kiwnęła głową i wymamrotała, że to nic. Że sobie poradzi, że to tylko chwilowe.
Pewnego dnia zostawiła plecak w kuchni. Wypadło z niego coś, co uderzyło mnie jak cegła – opakowanie po teście ciążowym. Puste. Serce mi stanęło. Wzięłam je do ręki jak dowód zbrodni i poszłam do jej pokoju. Siedziała na łóżku, wpatrzona w ekran telefonu. Kiedy weszłam, spojrzała na mnie i zamarła.
Nie musiała nic mówić. Ja już wiedziałam.
Nie mogłam w to uwierzyć
– Od kiedy o tym wiesz? – zapytałam cicho, trzymając opakowanie w dłoni.
Nie odpowiedziała od razu. Odwróciła wzrok, wbiła go gdzieś w podłogę.
– Tydzień. Może trochę więcej – wyszeptała w końcu.
Zamknęłam oczy, próbując nie wybuchnąć. Nie krzyknąć. Nie zadać tysiąca pytań naraz. Wszystko we mnie krzyczało: „Dlaczego nie przyszłaś od razu? Dlaczego nie powiedziałaś?”. Ale wiedziałam, że jak zacznę, to już nie przestanę.
– Kto to jest? – spytałam tylko.
– Rafał – odpowiedziała. – Ten ze studniówki.
Nie znałam go dobrze. Widziałam go może raz, dwa. Był starszy, miły, zawsze zadowolony z siebie. A teraz? Nie odbierał telefonu. Córka wysyłała mu wiadomości, których nawet nie otwierał. Zostawił ją samą, a ona udawała twardą. Przestała płakać po dwóch dniach. Potem tylko chodziła po domu jak cień.
Nie mówiła nic. Ani o szkole, ani o planach. Tylko patrzyła w sufit i głaskała się po brzuchu. Dwie kreski. Dwie cholerne kreski. I dziecko, które w niej rosło, kiedy ja jeszcze liczyłam na to, że to tylko grypa.
Musiałam zacząć działać
Stała w kuchni z tym swoim spokojem, który nie pasował do sytuacji. Jakby już się pogodziła, jakby to wszystko było z góry przesądzone.
– Poradzę sobie – powiedziała nagle. – Wiem, co myślisz, ale... stało się.
Zaniemówiłam. Miałam tysiąc myśli, a żadna nie nadawała się do wypowiedzenia na głos. Byłam zła, przerażona, zawiedziona. I kompletnie bezsilna.
– Wiesz, co to znaczy? – zapytałam ostro. – Ty masz osiemnaście lat, matury za kilka miesięcy, a ty...
– Mamo, wiem – przerwała mi. – Ty myślisz, że nie wiem, ale ja... naprawdę wiem.
I wtedy spojrzałam na nią inaczej i zobaczyłam w niej kogoś innego. Nie moją małą dziewczynkę, nie moją ambitną licealistkę. Tylko kobietę. Przerażoną, niedoświadczoną, ale kobietę. Z brzuchem, który dopiero miał się zaokrąglić, i oczami, które nie prosiły o zgodę – tylko o wsparcie.
Nie poznałam jej. Nie znałam wcześniej tej wersji mojej córki. Wieczorem płakałam w łazience, dusząc krzyk w ręcznik. Nie chciałam panikować w jej obecności. Nigdy przy niej.
A potem zaczęłam szukać lekarza. Nie mówiłam, że się zgadzam. Nie mówiłam, że wybaczam. Po prostu... zaczęłam działać.
Zostałyśmy same
Rafał przyszedł tydzień po tym, jak mu powiedziała. W końcu. Myślałam, że może coś zrozumiał, może się przestraszył, ale się ogarnie. Miał dziewiętnaście lat, nie był już dzieckiem. Siedział przy stole jak gość, który przyszedł z kurtuazji, nie z powodu poczucia odpowiedzialności.
– Wiem, że to poważna sprawa – zaczął, patrząc gdzieś ponad moją głową. – Ale ja… ja nie jestem gotowy.
Córka siedziała obok, spięta, milcząca. Tylko jej palce nerwowo skubały rękaw swetra.
– To nie jest pytanie o gotowość – powiedziałam mu chłodno. – To się już wydarzyło.
– Wiem. Ale... ja mam swoje plany. Nie mogę tak wszystkiego rzucić.
– Ona też miała plany – odparłam. – Teraz ma inne.
Wyszedł po trzydziestu minutach. Nie podniósł na nią wzroku ani razu. A ona? Nie uroniła ani jednej łzy. Dopiero kiedy drzwi się zamknęły, odwróciła się do mnie i wyszeptała:
– Lepiej teraz niż później.
Miała rację. Potem już się nie odezwał. Ani słowa, ani odwiedzin. Jakby go nigdy nie było. Zostałyśmy same, ale nie do końca. Bo przecież w niej rosło nowe życie.
Razem dajemy radę
Urodziła w sierpniu. W duszny, ciężki dzień, kiedy powietrze stało w miejscu, a ja, mimo że to nie ja rodziłam, nie mogłam złapać oddechu. Trzymałam jej dłoń, patrzyłam, jak walczy z bólem, i nie wierzyłam, że to się naprawdę dzieje. Moje dziecko – rodzi dziecko.
Kiedy położono jej na piersi małą dziewczynkę, rozpłakała się. I wtedy zrozumiałam, że wszystko już jest inaczej. Że ona nigdy nie wróci do swojej szkoły, nie będzie już tą samą osobą. Że już zawsze będzie kimś więcej. Była cicha, skupiona. Dojrzała.
Zaczęłyśmy wszystko od nowa. Ja musiałam znów nauczyć się, jak się wstaje w nocy, jak karmi się butelką, jak się wyparza smoczki. Ale przede wszystkim musiałam nauczyć się być matką dla matki.
A potem przyszedł styczeń i Dzień Babci. Święto, które zawsze kojarzyło mi się z laurkami w przedszkolu, z herbatą u mojej mamy i z dziecięcym recytowaniem wierszyków. Tyle że tym razem to ja miałam być babcią. Za wcześnie, za szybko, w środku życia. Córka podała mi kartkę z odciskiem maleńkiej dłoni. Pod spodem było napisane: „dla babci”.
Patrzyłam na tę kartkę długo. W gardle miałam ścisk, bo w jednym momencie poczułam dwa przeciwne uczucia. Miłość do tej małej, która pachniała mlekiem i mydłem, i żałobę po tym, że moja córka nie powinna jeszcze uczyć się macierzyństwa. Pomagam jej codziennie. Czasem się kłócimy, czasem płaczemy razem. Ale dajemy radę.
Nie tak miało wyglądać jej życie. Nie tak miało wyglądać moje. A jednak – jest w tym coś pięknego. Bo gdy moja córka została matką, ja też znów się nią stałam. Inaczej, mocniej. Ale przede wszystkim zostałam babcią.
Ewa, 41 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Rodzina traktowała babcię jak świętą, ale ona nie była aniołem. Na Dzień Babci nie zapalę nawet świeczki na jej grobie”
- „Po przyjeździe na rodzinne ferie nad morzem przeżyliśmy szok. Miał być kominek i luksus, a przywitał nas grzyb i ziąb”
- „Teściowa rządziła się jak królowa. Zamiast słuchać jej rozkazów, z satysfakcją obaliłam ją z tronu”

