„Córka zarabia kokosy w Norwegii, a mnie nie stać nawet na wymianę piecyka gazowego. Nie o takiej emeryturze marzyłam”
„Zakręciłam kurek i uderzyłam w obudowę piecyka, jakbym tym uderzeniem mogła przywrócić mu życie. Nic. Znowu. To już trzeci raz w tym miesiącu. Miałam nadzieję, że to tylko chwilowe, że może się zaciął i jak zwykle sam się naprawi”.

Wstaję wcześnie, bo tak już mam. Latami wstawałam do pracy, teraz wstaję z przyzwyczajenia. Zimna podłoga pod stopami, szlafrok, który kiedyś był biały, a teraz jest szary – jak wszystko tu.
Czekałam na nią
Mieszkam sama w starej kamienicy, gdzie tynk odpada z sufitów. Codziennie rano myślę: „Może dziś Natalia zadzwoni?”. A potem zerkam na telefon i cicho się śmieję z siebie. Bo Natalia przecież ma swoje życie. Natalia to moja córka, moja duma i moje przekleństwo. Pojechała do Norwegii, bo tu było jej za ciasno, za biednie, za szaro. Rozumiem to, naprawdę, ale czasem chciałabym, żeby zobaczyła, jak tu się żyje. Kiedy wyjeżdżała, mówiła:
– Mamo, jak tylko się ogarnę, pomogę ci z remontem mieszkania. Tyle lat w tej ruderze… Obiecuję.
No więc czekałam. Dwa lata, pięć, dziesięć i ciągle miałam w sobie tę naiwną nadzieję, że przyjedzie, że powie:
– No dobra, mamuśka, czas to ogarnąć.
Ale zamiast tego mam cieknący kran, wilgoć na ścianach i sen, w którym Natalia wraca. Nie chcę, żeby ktoś się nade mną litował, po prostu chcę jeszcze poczuć, że jestem dla niej ważna i że ktoś o mnie pamięta.
Wszystko się psuło
Płomień w piecyku zgasł nagle. Zakręciłam kurek i uderzyłam w obudowę piecyka, jakbym tym uderzeniem mogła przywrócić mu życie. Nic. Znowu. To już trzeci raz w tym miesiącu. Miałam nadzieję, że to tylko chwilowe, że może się zaciął i jak zwykle sam się naprawi, ale tym razem piecyk zamilkł na dobre. Po południu przyszedł fachowiec. Obejrzał sprzęt dokładnie, cmokał, wzdychał, potrząsał głową. A ja stałam obok jak dziecko przy tablicy, które nie zna odpowiedzi.
– Proszę pani, tu już nie ma czego ratować. Piecyk do wymiany. Tego nawet nie ma sensu czyścić, nie mówiąc o częściach – powiedział, opierając się ręką o framugę.
– Ale… ile to może kosztować? – zapytałam, chociaż czułam, że nie chcę znać odpowiedzi.
– Sam piecyk? Tysiąc pięćset to minimum. Do tego montaż, przewody. Pewnie dwa tysiące lekko. Może więcej, zależy, co się okaże po drodze.
Pokiwałam głową. Odprowadziłam go, podziękowałam, zamknęłam drzwi i przez dłuższą chwilę opierałam się o nie. Potem usiadłam przy stole w kuchni i zadzwoniłam do mojej córki.
– Mamo, co się stało? – odezwała się po kilku sygnałach.
– Piecyk się zepsuł – powiedziałam od razu. – Przyszedł fachowiec, mówi, że trzeba kupić nowy. Nie da się naprawić.
Potrzebowałam pomocy
Po drugiej stronie zapadła cisza.
– I co, pewnie chcesz, żebym ci go kupiła?
– Może jakoś pomoglibyście mi? Choćby część… ja już nie wyrabiam z opłatami, wiesz, jak tu jest. Wszystko drożeje, a emerytura stoi w miejscu.
– Mamo, ja naprawdę nie mam teraz jak. Tu wszystko kosztuje. Kredyt za dom, dzieci… nawet lodówka nam niedawno padła. Nie jestem w stanie ci teraz pomóc. Może poszukaj jakiegoś dofinansowania, przecież są takie programy dla seniorów.
– Szukałam. Odpadają. Trzeba mieć współwłasność albo dochody poniżej jakiejś śmiesznej kwoty. Już próbowałam.
– No ale ja naprawdę nie mam jak ci teraz dać pieniędzy. Mamo, ja tu mam swoje życie, rozumiesz? Nie mogę wszystkiego rzucić, bo tobie się piecyk zepsuł. Przykro mi.
– Tak, rozumiem – powiedziałam cicho. – Nie chciałam ci dokładać zmartwień. Dam sobie radę.
– Muszę kończyć. Dzieci zaraz wracają. Trzymaj się.
Miała swoje życie
Rozłączyła się, zanim zdążyłam odpowiedzieć. W mieszkaniu zrobiło się jeszcze zimniej, choć nie spadła ani jedna kreska na termometrze. Zaczęłam liczyć ile razy mówiła „nie mogę”, „nie teraz”, „przykro mi”. Z każdym takim słowem oddalała się bardziej. Zaczęłam się zastanawiać, czy zawiodłam ją jako matka, czy dałam za mało? Czy byłam zbyt surowa, zbyt biedna, zbyt zwyczajna? Nagle zrobiło mi się wstyd, nie tylko tej łazienki, nie tylko zimnej wody, ale też tego, że wciąż ją proszę o trochę uwagi.
Tym razem nie chodziło o piecyk ani o rachunki. Po prostu chciałam ich usłyszeć. Zadzwoniłam w środku tygodnia, późnym popołudniem, kiedy kończyli kolację albo sprzątali po niej. Odebrała niemal od razu.
– Mamo, teraz to trochę nie ten moment. Julek coś rozlał. Później, dobrze?
– Jasne, rozumiem – powiedziałam szybko. – Tylko tak pomyślałam, że może… dzieci się ucieszą, jak usłyszą babcię.
– Mamo, nie mogę teraz, dobrze? Zadzwonię później.
Nie zadzwoniła. Ona nie wróci, już to wiem. Nie będzie remontu, nie będzie białych kafelków i ciepłej wody pod prysznicem. Nie będzie rozmów z wnukami ani wspólnych świąt. Ona ma swój dom, tam daleko, a ja jestem tu sama, bez słów, bez dotyku, bez znaczenia.
Musiałam sobie radzić
Następnego dnia poszłam do urzędu. Załatwiłam wszystko, co trzeba, wzięłam numerek, usiadłam. Czekałam długo, a kiedy w końcu mnie zawołali, przedstawiłam sprawę tak jasno, jak potrafiłam. Kobieta za biurkiem słuchała ze znużeniem.
– Niestety, w tej chwili nie ma już środków na tego typu dofinansowanie. Była pula, ale się wyczerpała. Może na wiosnę coś się ruszy. Proszę zaglądać na stronę internetową.
Następnego ranka obudziłam się wcześniej niż zwykle, choć nie było po co. W mieszkaniu panował ten sam chłód, który wchodził w kości i zostawał tam na długo, jakby chciał mi przypominać, że nic się tu nie zmienia. Zrobiłam to, co zawsze. Umyłam się w zimnej wodzie. Wytarłam twarz ręcznikiem, przeczesałam włosy grzebieniem i naciągnęłam sweter. Potem poszłam do kuchni, postawiłam czajnik na palniku i zapaliłam gaz. Płomień był mały, ale stabilny. Patrzyłam na niego chwilę, aż usłyszałam pierwsze dźwięki szumiącej się wody.
Upiłam łyk herbaty i poczułam, że nie muszę już niczego udowadniać ani Natalii, ani sobie. Nie musiałam już czekać, liczyć, wypatrywać. Potem powiedziałam do siebie, jakby to była zwykła uwaga o pogodzie: „Człowiek może się przyzwyczaić do wszystkiego. Nawet do zimnej wody”.
Zofia, 75 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowie uznali, że nic ze mnie nie będzie. U boku córki marzył im się doktor lub prawnik, a nie facet bez perspektyw”
- „Romantyczny wypad w góry miał naprawić moją relację z mężem. Nie spodziewałam się, że zamieni się w koszmar”
- „Mojemu mężowi sprzykrzyła się rola ojca, nim w ogóle urodziłam. Zostałam sama z dzieckiem i zawiedzionymi nadziejami”

