„Córka wywiozła mnie do sanatorium jak niechciany prezent. Nie przypuszczała, do czego jest zdolna jej matka emerytka”
„Obok mnie stanął on. Nie był to typ amanta filmowego. Miał siwą brodę, lekko przygarbione ramiona i kurtkę, która pamiętała lepsze czasy. Ale pachniał tytoniem fajkowym i czymś ostrym, leśnym”.

Pamiętam ten dzień z fotograficzną dokładnością. Szare, listopadowe niebo wisiało nad Warszawą tak nisko, jakby chciało nas przygnieść do chodnika. Stałam w przedpokoju, patrząc na moją starą, skórzaną walizkę, która wyglądała tak samo zmęczenie jak ja. Maja biegała dookoła, wciskając mi do torby kolejne opakowania witamin, ciepłe skarpety i ten jej nieznoszący sprzeciwu optymizm.
Nie chciałam jechać
– Mamo, przestań robić taką minę – rzuciła, nie patrząc mi w oczy. Zapinała zamek mojej kosmetyczki z agresją, jakby walczyła z dzikim zwierzęciem. – To jest Krynica. Góry, powietrze, zabiegi. Lekarz powiedział, że twoje stawy tego potrzebują. A ja potrzebuję wiedzieć, że jesteś zaopiekowana.
„Zaopiekowana”. Nienawidziłam tego słowa. W ustach Mai brzmiało jak „zneutralizowana”. Od śmierci taty, pięć lat temu, moja córka przejęła stery mojego życia z gracją czołgu. Decydowała, co jem, jakie leki biorę i kiedy powinnam wymienić zasłony. Teraz zdecydowała, że w listopadzie, w najgorszą chlapę, powinnam jechać na turnus do sanatorium.
– Maju, ale ja nie chcę jechać – spróbowałam ostatni raz, cicho, bez przekonania. – Będzie zimno, ciemno. Nie mam tam z kim rozmawiać. Wolę posiedzieć w domu, upiekę szarlotkę…
Zatrzymała się. Spojrzała na mnie tym swoim korporacyjnym wzrokiem, którym pewnie ustawiała podwładnych w biurze.
– Mamo, zapłacone. Bezzwrotne. Nie rób scen. Jedziesz po zdrowie. A ja będę miała w końcu trzy tygodnie, żeby ogarnąć remont łazienki bez twojego marudzenia, że kurzy się na korytarz.
Oczywiście, że zabolało. Wsiadłam do jej lśniącego auta w milczeniu. Całą drogę słuchałam podcastów o rozwoju osobistym, które puszczała z głośników, czując się jak paczka, którą kurier wiezie do magazynu zwrotów. Kiedy zostawiła mnie pod wielkim, socrealistycznym gmaszyskiem sanatorium, pocałowała mnie w policzek sucho i szybko.
– Baw się dobrze. Dzwonimy się w niedzielę.
Czułam się fatalnie
Patrzyłam za jej odjeżdżającym samochodem i czułam, jak po policzku spływa mi jedna, gorąca łza. Czułam się stara, niepotrzebna i wyrzucona na boczny tor.
Pierwsze dni były dokładnie takie, jakich się spodziewałam. Koszmarne. Sanatorium pachniało chlorem, pastą do podłóg i rozgotowaną kapustą. Moja współlokatorka, pani Wiesia z Radomia, była kobietą o złotym sercu i ustach, które nigdy się nie zamykały. Opowiadała mi o swoich wnukach, żylakach, synowej-wiedźmie i cenie masła w 1998 roku. Kiwałam głową, patrząc przez okno na zaśnieżone świerki i czułam, jak umieram w środku.
Rutyna była zabójcza. O siódmej śniadanie (chleb, masło, plasterek wędliny), o ósmej trzydzieści borowina, o dziesiątej prądy, o trzynastej obiad. Potem spacer, kolacja, sen. Czułam się jak w poczekalni przed ostatecznym wyjściem. Dzwoniłam do Mai co wieczór, zdając relację.
– No widzisz, mamo! Głos masz od razu żwawszy! – kłamała przez słuchawkę.
– Tak, córeczko, jest cudownie – kłamałam ja.
A potem nadszedł czwartek. Dzień, w którym zepsuła się winda. Stałam na parterze, zrezygnowana, patrząc na tabliczkę „Awaria”. Moje kolana protestowały na samą myśl o wejściu na trzecie piętro. Obok mnie stanął on. Nie był to typ amanta filmowego. Miał siwą brodę, lekko przygarbione ramiona i kurtkę, która pamiętała lepsze czasy. Ale pachniał tytoniem fajkowym i czymś ostrym, leśnym.
Zauroczył mnie
– Wygląda na to, że czeka nas ekspedycja na K2 – powiedział niskim, lekko chropowatym głosem.
Spojrzał na mnie, a jego oczy, zaskakująco niebieskie i błyszczące, zmrużyły się w uśmiechu.
– Chyba rozbiję obóz w połowie drogi – odpowiedziałam, sama zaskoczona swoją śmiałością. Zwykle nie rozmawiałam z obcymi mężczyznami.
– Tadeusz – wyciągnął rękę. Dużą, ciepłą dłoń. – Jeśli pani pozwoli, będę pani Szerpą. Mogę ponieść torebkę, a w razie lawiny osłonię własnym ciałem.
Roześmiałam się. Wchodziliśmy na to trzecie piętro chyba z piętnaście minut. Zatrzymywaliśmy się na każdym półpiętrze, niby łapiąc oddech, ale tak naprawdę rozmawiając. Dowiedziałam się, że jest inżynierem na emeryturze, że nienawidzi tutejszej zupy pomidorowej i że uciekł z pokoju, bo jego współlokator chrapie jak traktor. Kiedy dotarliśmy pod moje drzwi, nie chciałam, żeby odchodził.
– Może… ma pan ochotę na herbatę? Mam w pokoju grzałkę i dobrą earl grey, nie to siano ze stołówki – zaproponowałam, czując, jak rumieniec wypływa mi na szyję.
– Dla pani herbaty zaryzykuję nawet gniew oddziałowej – mrugnął.
To nie wybuchło nagle. To nie był romans z taniej powieści. To było powolne rozmarzanie. Przez kolejny tydzień Tadeusz stał się moim cieniem. I moim słońcem. Uciekaliśmy z „fajfów”, czyli tych żenujących potańcówek, na których panowie w garniturach sprzed dekady prosili do tańca panie w cekinach. My woleliśmy spacerować po ośnieżonym parku zdrojowym.
Wpadłam po uszy
Maja dzwoniła, a ja zaczęłam zbywać ją półsłówkami.
– Mamo, byłaś na zabiegu?
– Tak, tak, oczywiście.
Nie mówiłam jej, że zamiast na inhalacje solankowe, poszłam z Tadeuszem na grzane wino do kawiarni w mieście. Że śmialiśmy się tak głośno, że ludzie się oglądali. Że Tadeusz poprawił mi szalik i jego dłoń zatrzymała się na moim karku o sekundę za długo, a mnie przeszedł dreszcz, jakiego nie czułam od trzydziestu lat.
W moim małżeństwie było… poprawnie. Mój mąż był dobrym człowiekiem, ale pod koniec traktowaliśmy się jak rodzeństwo. Bez ognia. Bez pasji. Myślałam, że ta część mnie umarła, uschła wraz z menopauzą i pierwszymi siwymi włosami. Tadeusz sprawił, że znów poczułam się kobietą, a nie „seniorką”.
Punkt zwrotny nastąpił dwa dni przed końcem turnusu. Poszliśmy do jego pokoju – jego współlokator pojechał na wycieczkę do Krakowa. Mieliśmy tylko obejrzeć zdjęcia z jego podróży po Bałkanach. Siedzieliśmy na wąskiej kozetce. Tadeusz pokazywał mi zdjęcia, ale ja czułam tylko ciepło jego ramienia przy moim. W pewnym momencie odłożył album. Spojrzał mi głęboko w oczy.
Nie chciałam tego kończyć
– Heleno – szepnął. – Jesteś najpiękniejszą rzeczą, jaka spotkała mnie w tym smutnym miejscu.
Pocałował mnie. Nieśmiało, delikatnie, badając teren. Odpowiedziałam zachłannie. Nagle lata przestały mieć znaczenie. Moje ciało, którego tak się wstydziłam, przestało być problemem. W jego dotyku była adoracja.
To, co wydarzyło się później, było piękne w swojej niedoskonałości. Było trochę niezdarnie, ale pełne czułości i pasji, o którą bym nas nie podejrzewała. Leżąc w jego ramionach, pod szorstkim kocem sanatoryjnym, czułam się bardziej żywa niż przez ostatnie dziesięć lat w moim sterylnym mieszkaniu pod opieką Mai.
Błędem było to, że zapomniałam o niedzieli. Maja miała przyjechać po mnie w poniedziałek rano. Ale Maja, jak to Maja, postanowiła zrobić mi „niespodziankę” i przyjechać dzień wcześniej, żeby zabrać mnie na „porządny obiad” przed powrotem.
Byliśmy z Tadeuszem w kawiarni zdrojowej. Siedzieliśmy przy stoliku w kącie. Trzymał moją dłoń w obu swoich, całował moje palce, a ja śmiałam się z jakiegoś jego żartu, odchylając głowę do tyłu. Miałam usta pomalowane czerwoną szminką, którą kupiłam w kiosku, i rozpięty płaszcz. Wyglądałam – wiem to teraz – jak kobieta zakochana.
– Mamo?!
Była wściekła
Ten głos przeciął powietrze jak bicz. Zamarłam. Maja stała w wejściu do kawiarni, w swoim idealnym, beżowym płaszczu, ze skórzanymi rękawiczkami zaciśniętymi w pięści. Jej twarz wyrażała niedowierzanie, wstręt i wściekłość. Tadeusz powoli puścił moją rękę, ale nie odsunął się. Wstał, z kulturą, którą posiadało niewielu mężczyzn.
– Dzień dobry pani, jestem Tadeusz…
– Nie rozmawiam z panem – syknęła Maja, podchodząc do stolika szybkim krokiem. Ignorowała go całkowicie, wlepiając wzrok we mnie. – Mamo, co tu się dzieje? Dzwonię do pokoju, pani Wiesia mówi, że cię nie ma od rana. Martwię się, przyjeżdżam, a ty… siedzisz tutaj i obściskujesz się jak jakaś nastolatka?
Ludzie zaczęli się odwracać. Czułam, jak krew odpływa mi z twarzy, ale jednocześnie narastała we mnie złość.
– Maju, uspokój się. To jest Tadeusz, mój przyjaciel. Pijemy kawę.
– Przyjaciel? Widziałam, co robiliście! – jej głos wszedł na wyższe rejestry. – Mamo, masz prawie siedemdziesiąt lat! To jest niesmaczne! Wyglądasz… żałośnie. Wysłałam cię tu, żebyś leczyła stawy, a nie szukała przygód!
Tadeusz chrząknął.
– Proszę pani, proszę ważyć słowa. Mama jest dorosłą kobietą i ma prawo…
– Niech pan milczy! – krzyknęła na niego. – Żeruje pan na samotnej, starszej kobiecie. Obrzydliwe. Mamo, wstawaj. Wracamy do domu. Teraz.
Miałam dość
Patrzyła na mnie tak, jakbym była niegrzecznym dzieckiem, które ubrudziło się w błocie. Jakbym była jej własnością, której funkcją jest bycie babcią, seniorką, „problemem do rozwiązania”, ale nigdy istotą seksualną czy emocjonalną. Dla niej moja starość miała być aseksualna, cicha i godna w jej rozumieniu tego słowa. Czyli martwa za życia. Wstałam. Maja odetchnęła z ulgą, sięgając po moją torebkę.
– Dobrze, chodźmy do samochodu. Spakuję cię w pięć minut. Panu już podziękujemy.
Spojrzałam na Tadeusza. Widziałam w jego oczach smutek, ale i pytanie. Czekał na moją decyzję. Wiedziałam, że jeśli teraz wyjdę z Mają, posłusznie spuszczając głowę, to wrócę do tego mieszkania, do szarlotki, do samotnych wieczorów i czekania na telefon córki. Że to, co się tu wydarzyło, zostanie zredukowane do „wstydliwego incydentu”, o którym nigdy nie będziemy rozmawiać. Cofnęłam rękę, którą Maja chciała chwycić.
– Nie – powiedziałam głośno i wyraźnie.
– Co „nie”?
– Nie wracam teraz. Mam opłacony pobyt do jutra. I nie życzę sobie, żebyś mówiła do mnie tym tonem.
– Mamo, czyś ty zwariowała? Przez tego faceta? Odbiło ci na starość? Ludzie patrzą!
– Niech patrzą – mój głos był spokojny, choć w środku cała drżałam. – To ty robisz scenę. Jestem twoją matką, ale jestem też kobietą. Mam prawo do kawy, mam prawo do tańca i mam prawo do tego, żeby ktoś trzymał mnie za rękę. Jeśli to dla ciebie „niesmaczne”, to twój problem, nie mój.
Wstydziła się mnie
Maja otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale zamknęła je. Była w szoku. Nigdy, przenigdy się jej tak nie postawiłam.
– Jak chcesz. Ale nie licz, że będę cię potem wozić, jak pan amant cię zostawi – rzuciła jadowicie, odwróciła się na pięcie i wyszła, trzasnąwszy drzwiami kawiarni.
W ciszy, która zapadła przy stoliku, usiadłam ciężko na krześle.
– No… – powiedział Tadeusz, siadając obok i obejmując mnie ramieniem. – To teraz chyba musimy zamówić po koniaku.
Wróciłam do Warszawy pociągiem. Tadeusz odwiózł mnie na dworzec. Wymieniliśmy numery telefonów, obiecaliśmy sobie spotkanie. Bałam się, że to czar sanatorium, że w „realnym świecie” to zgaśnie. Kiedy weszłam do mieszkania, było puste i ciche. Maja nie dzwoniła przez trzy dni. Była obrażona. Czekała, aż przyjdę, przeproszę i przyznam, że zdziecinniałam. Ale ja nie przeprosiłam.
Tydzień później Tadeusz przyjechał do Warszawy. Mieszka pod Łodzią, to nie jest koniec świata. Poszliśmy do teatru. Potem do mnie. Kiedy Maja wpadła do mnie w sobotę rano z „kontrolą”, zastała w przedpokoju męskie buty.
– Mamo? – zapytała, wchodząc do kuchni.
Siedzieliśmy tam z Tadeuszem, jedząc jajecznicę. Byłam w szlafroku.
– O, cześć Maju – powiedziałam, smarując tost masłem. – Zjesz z nami? Tadeusz robi świetną kawę.
Nie spodziewała się
Maja stała w drzwiach, blada jak ściana. Patrzyła na nas z wściekłością i bezradnością. Zrozumiała, że utraciła nade mną władzę. Że „bezwstydna staruszka” właśnie zaczęła żyć na własnych zasadach.
– Nie, dziękuję – wycedziła. – Wpadłam tylko sprawdzić, czy żyjesz. Widzę, że żyjesz… aż za bardzo.
Wyszła. Dziś, pół roku później, nadal jesteśmy razem. Czasami się kłócimy, nasze stawy wciąż bolą, a Maja wciąż patrzy na Tadeusza z byka przy rodzinnych obiadach, bo zmusiłam ją, żeby go akceptowała. Ale nigdy nie byłam szczęśliwsza.
Wysłano mnie do sanatorium, żebym w spokoju czekała na koniec. A ja tam dopiero zaczęłam. Jeśli to jest ten słynny kryzys wieku podeszłego, to polecam go każdemu. Czasami najlepsze rozdziały pisze się, gdy inni chcą już zamknąć książkę.
Helena, 68 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Sąsiad miał załatać rurę w kranie, a posklejał moje serce. Wystarczyło zalać mu łazienkę, by zobaczył we mnie żonę”
- „Mąż widział we mnie kucharkę, więc dałam mu nauczkę. Gdy zobaczył mnie po rozwodzie, zbierał szczękę z podłogi”
- „Córka powiedziała, że nie złoży teściowej życzeń na Dzień Babci. Gdy poznałam powód, serce pękło mi z rozpaczy”

