Reklama

To miał być tylko krótki, przejściowy okres. Dwa tygodnie, góra trzy, dopóki ekipa nie skończy skuwać kafelków w ich łazience. Zgodziłam się bez wahania, bo przecież matka zawsze powinna mieć otwarte drzwi dla swojego dziecka, prawda? Nie przypuszczałam jednak, że ten gest dobrej woli zamieni moją uporządkowaną, spokojną oazę w poligon doświadczalny, a ja stanę się zakładnikiem we własnym domu. Dziś, patrząc na stertę nieswoich ubrań na fotelu i słuchając krzyków dobiegających z salonu, czuję, jak kończy się moja cierpliwość i miłość, która nagle stała się ciężarem nie do uniesienia.

Oaza spokoju przestała istnieć

Przez ostatnie pięć lat, odkąd zostałam wdową, moje życie nabrało pewnego, bardzo przeze mnie cenionego rytmu. Niektórzy nazwaliby to nudą, ja nazywałam to zasłużonym spokojem. Wstawałam o siódmej rano, parzyłam kawę w ulubionej porcelanowej filiżance – tej z delikatnym złotym rantem – i siadałam w kuchni, patrząc na budzące się miasto. Wszystko w moim mieszkaniu miało swoje miejsce. Książki na regale były poukładane kolorami, poduszki na kanapie idealnie wytrzepane, a w powietrzu unosił się zapach lawendy i czystości. To była moja przestrzeń. Moje królestwo, w którym po latach wychowywania dzieci i dbania o męża, w końcu mogłam skupić się wyłącznie na sobie.

Telefon zadzwonił w pewien deszczowy wtorek. Edyta, moja młodsza córka, brzmiała na zdenerwowaną.

– Mamo, błagam cię, ratuj – powiedziała bez zbędnych wstępów. – Ekipa wchodzi jutro, a nam właściciel mieszkania, które mieliśmy wynająć na ten czas, odwołał rezerwację. Nie mamy się gdzie podziać z chłopcami. To tylko łazienka i kawałek kuchni, góra dwa tygodnie.

Zgodziłam się. Jak mogłabym odmówić? Przecież to moje wnuki, moja krew. Kacper ma siedem lat, a Staś cztery. Są żywiołowi, owszem, ale przecież to tylko dzieci. Pomyślałam, że będzie miło, że dom znów zatętni życiem, że przygotuję im obiady, jakich Edyta nie ma czasu gotować. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że podpisuję cyrograf na własny spokój psychiczny.

Następnego dnia w moim przedpokoju stanęły cztery wielkie walizki, trzy kartony z zabawkami i rowerki biegowe. Mieszkanie, które ma sześćdziesiąt metrów kwadratowych, nagle skurczyło się do rozmiarów pudełka od zapałek.

– Dzięki, mamo, jesteś wielka! – Edyta cmoknęła mnie w policzek, wnosząc do środka zapach drogich perfum i chaosu.

Jej mąż, Piotr, wniósł resztę rzeczy, unikając mojego wzroku. Już wtedy powinnam była zauważyć, że coś jest nie tak, że bagaży jest za dużo jak na dwutygodniowy remont łazienki. Ale byłam zbyt zajęta witaniem wnuków, które w ciągu pierwszych pięciu minut zdążyły przewrócić wazon w przedpokoju.

Remont nie miał końca

Dwa tygodnie minęły błyskawicznie, ale remont się nie skończył. Edyta tłumaczyła to opóźnieniami w dostawie płytek. Potem hydraulik rzekomo się rozchorował. Następnie okazało się, że rury są w gorszym stanie, niż przypuszczano. Z każdym kolejnym kłamstwem, bo teraz wiem, że to były kłamstwa, mój margines tolerancji się kurczył.

Zaczeło się od drobiazgów. Moja kuchnia, moja świątynia, została przejęta. Edyta uznała, że mój system przechowywania przypraw jest przestarzały i „nieintuicyjny”. Pewnego dnia wróciłam ze spaceru i zastałam wszystko przestawione. Moja ulubiona kawa zniknęła w głębi szafki, a na blacie królowały ich płatki śniadaniowe, otwarte słoiki z dżemem i brudne naczynia.

– Edytko, czy mogłabyś chować rzeczy do zmywarki na bieżąco? – zapytałam delikatnie, starając się nie brzmieć jak zrzędliwa teściowa z kawałów.

– Mamo, daj spokój, jestem wykończona po pracy – rzuciła, nie odrywając wzroku od telefonu. – Piotr to ogarnie jak wróci.

Problem w tym, że Piotr wracał coraz później. Pracował w korporacji, podobno brał nadgodziny, żeby opłacić ten nieszczęsny remont. W efekcie to ja stałam się darmową opiekunką, kucharką i sprzątaczką. Chłopcy byli kochani, ale niesamowicie absorbujący. Staś rysował po ścianach – moich świeżo malowanych ścianach w kolorze magnolii – a Kacper urządzał sobie tor wyścigowy na moim parkiecie, rysując go klockami. Kiedy zwracałam im uwagę, Edyta przewracała oczami.

– Mamo, nie stresuj ich. To są dzieci, muszą się wyszaleć. Ograniczasz ich kreatywność.

Ograniczam kreatywność? Ja ograniczałam zniszczenia! Moje rachunki za prąd i wodę wzrosły trzykrotnie. Pralka chodziła na okrągło, lodówka pustoszała w tempie ekspresowym, a ja, emerytka, zaczęłam dyskretnie sięgać do oszczędności, bo Edyta i Piotr jakoś zapominali dokładać się do zakupów. „Oddamy ci, jak tylko skończymy ten remont, teraz mamy straszne wydatki” – słyszałam w kółko.

To już nie był mój dom

Minął trzeci miesiąc. Był lipiec, na zewnątrz panował upał, a w moim mieszkaniu duszna atmosfera gęstniała z każdym dniem. Wtedy zdarzyło się coś, co uświadomiło mi moją pozycję w tej nowej hierarchii.

Zaprosiłam na herbatę moją przyjaciółkę, Krysię. Nie widziałyśmy się od tygodni, bo wstydziłam się zaprosić kogokolwiek do tego bałaganu. Krysia usiadła na brzegu fotela, z którego musiałam zrzucić stertę prania Piotra. Rozmawiałyśmy szeptem, bo Staś spał w moim dawnym gabinecie, który teraz służył za sypialnię chłopców.

Nagle do salonu wparowała Edyta. Wróciła wcześniej z pracy, wyraźnie w złym humorze.

– Mamo, czy wy musicie tak trajkotać? – warknęła, rzucając torebkę na stół, tuż obok filiżanki Krysi. – Głowa mi pęka, a wy tu urządzacie sobie pogaduszki.

Zamarłam. Krysia spojrzała na mnie z politowaniem, dopiła szybko herbatę i wyszła, mrucząc pod nosam coś o pilnych sprawach. Zostałam sama z córką.

– To jest mój dom – powiedziałam drżącym głosem. – Mam prawo przyjmować gości.

– A my tu mieszkamy i potrzebujemy spokoju! – krzyknęła. – Chyba możesz wykazać trochę empatii? Mamy trudny okres!

Trudny okres. To było ich uniwersalne usprawiedliwienie na wszystko. Na brak szacunku, na brud, na pasożytowanie na mojej emeryturze. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że może ten remont wcale nie jest problemem. Że problem leży gdzie indziej.

Tej nocy nie spałam. Słuchałam chrapania Piotra dobiegającego z salonu, gdzie spali na rozkładanej kanapie, i płakałam w poduszkę. Czułam się wykorzystana. Moja miłość do córki została użyta przeciwko mnie. Stałam się darmowym hotelem z pełnym wyżywieniem, a w zamian dostawałam pretensje i brak szacunku.

Nieźle to zaplanowali

Decyzja zapadła rano. Musiałam zobaczyć ten remont. Przez cztery miesiące ani razu nie pojechałam do ich mieszkania. Zawsze znajdowali wymówkę – a to, że nie ma tam podłogi, a to, że jest za dużo pyłu i dostanę alergii. Wzięłam klucze, które Edyta zostawiła w miseczce w przedpokoju (zawsze miała zapasowy komplet) i pojechałam na drugi koniec miasta.

Serce biło mi jak młotem, gdy wjeżdżałam windą na czwarte piętro. Spodziewałam się zobaczyć skute ściany, worki z gruzem, brak toalety. Otworzyłam drzwi i stanęłam jak wryta. Mieszkanie było puste. I nie mam na myśli „puste z powodu remontu”. Było puste z mebli, z życia. Ściany były nienaruszone. W łazience wisiały stare szafki, kafelki były te same co pięć lat temu. Nie było żadnej ekipy. Nie było śladu po żadnych pracach. Na podłodze w salonie leżała tylko sterta nieotwartej korespondencji.

Podeszłam bliżej i podniosłam jedną z kopert. Logo banku. „Ostateczne wezwanie do zapłaty”. Podniosłam kolejną. Firma windykacyjna. Kolejna – pismo od spółdzielni o zaległościach w czynszu. Nogi się pode mną ugięły. Usiadłam na zakurzonej podłodze w ich salonie i zrozumiałam. Nie było żadnego remontu. Oni uciekli. Uciekli przed długami, wynajęli komuś swoje meble albo je sprzedali, a swoje życie przenieśli do mnie, żeby zaoszczędzić na życiu i spłacać – albo i nie – to, co narobili.

Czułam się zdradzona. Nie chodziło o pieniądze. Chodziło o kłamstwo. Przez pół roku patrzyli mi w oczy, kłamiąc o rurach, kafelkach i ekipach remontowych, podczas gdy prawda leżała w stercie listów z windykacji. Wykorzystali moje dobre serce, moją naiwność matki, która chce wierzyć w zaradność swoich dzieci.

Koniec z kłamstwami

Wróciłam do domu inna. Coś we mnie umarło, ale coś innego się narodziło – zimna determinacja. Poczekałam do niedzieli. To był jedyny dzień, kiedy wszyscy jedliśmy razem obiad. Ugotowałam rosół, tak jak lubili. Chłopcy biegali wokół stołu, Edyta przeglądała Instagram, a Piotr wyglądał na jeszcze bardziej zmęczonego niż zwykle.

Byłam dzisiaj w waszym mieszkaniu – powiedziałam spokojnie, kładąc wazę z zupą na stół.

Zapadła cisza. Taka absolutna, dzwoniąca w uszach cisza. Piotr upuścił łyżkę. Edyta zbladła, a telefon prawie wyślizgnął jej się z rąk.

– Mamo, co ty... po co tam jechałaś? – wydukała.

– Chciałam zobaczyć, jak idą postępy z kafelkami – spojrzałam jej prosto w oczy. – I wiesz co? Są w idealnym stanie. W przeciwieństwie do waszej sytuacji finansowej, sądząc po listach leżących na podłodze.

Piotr schował twarz w dłoniach. Edyta próbowała jeszcze walczyć, przybierać pozę ofiary.

Nie masz prawa szperać w naszych rzeczach! To naruszenie prywatności! Nie rozumiesz, w jakiej jesteśmy sytuacji!

– Rozumiem więcej, niż myślisz – przerwałam jej ostro. Mój głos był twardy jak stal. – Rozumiem, że okłamywaliście mnie przez pół roku. Rozumiem, że zrobiliście sobie ze mnie darmową noclegownię, bo nie potrafiliście zarządzać swoimi pieniędzmi. Rozumiem, że Piotr nie bierze nadgodzin na remont, tylko na spłatę długów, o których baliście się mi powiedzieć.

– Wstydziliśmy się – odezwał się Piotr cicho, nie podnosząc głowy. – Wpadliśmy w spiralę kredytową. Chcieliśmy to spłacić, mieszkając u ciebie, i wrócić na prosto.

– I myśleliście, że kłamstwo to najlepsza droga? – zapytałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. – Że możecie wejść w moje życie, zniszczyć mój spokój, traktować mnie jak służącą i nawet nie powiedzieć prawdy?

Edyta zaczęła płakać.

– Mamo, nie mamy gdzie pójść. Jeśli nas wyrzucisz, wylądujemy na bruku. Mieszkanie zaraz zlicytują.

To był szantaż emocjonalny. Patrzyłam na moje wnuki, które przestały biegać i patrzyły na nas wielkimi, przestraszonymi oczami. Serce mi pękało. Ale wiedziałam, że jeśli teraz ustąpię, to nigdy się to nie skończy. Będą tu mieszkać rok, dwa, pięć. A ja zwiędnę, zgorzknieję i umrę ze zmęczenia we własnym domu.

Miłość wymaga zasad

– Nie wyrzucę was na bruk – powiedziałam powoli. – Jesteście moją rodziną. Ale zasady gry zmieniają się od tej sekundy.

Przedstawiłam im plan. Nie było w nim miejsca na dyskusję. Mieli miesiąc – dokładnie trzydzieści dni – na znalezienie tańszego mieszkania na wynajem. Przez ten czas Piotr miał przejąć wszystkie opłaty za media w moim domu. Edyta miała przejąć gotowanie w weekendy i sprzątanie kuchni codziennie. Żadnych wymówek, żadnego „jestem zmęczona”.

– A co z naszym mieszkaniem? – zapytała cicho Edyta.

– Sprzedacie je – odparłam. – Spłacicie długi. Zaczniecie od zera, ale na własny rachunek. Nie na mój.

Przez następny miesiąc w domu panowała atmosfera jak w koszarach. Ale o dziwo, to zadziałało. Piotr, jakby zrzucił z siebie ciężar kłamstwa, wziął się w garść. Zaczął rozmawiać z prawnikiem, wystawili mieszkanie na sprzedaż. Edyta, choć początkowo dąsała się i trzaskała drzwiami szafek, w końcu zrozumiała, że nie żartuję. Zobaczyłam ją nawet, jak szoruje wannę – pierwszy raz od pół roku.

Najtrudniejsze było patrzenie na wnuki. Wiedziałam, że czeka ich trudny czas, przeprowadzka do mniejszego lokum, może zmiana przedszkola. Ale wiedziałam też, że uczę ich rodziców odpowiedzialności, której im brakowało. Że pomagam im dorosnąć, choć robię to trzydzieści lat za późno.

Powrót do mojej ciszy

Wyprowadzili się dwa tygodnie temu. Znaleźli małe, dwupokojowe mieszkanie na obrzeżach miasta. Sprzedaż ich apartamentu pokryła większość długów, resztę rozłożyli na raty. Nie jest im lekko, widzę to, kiedy wpadają na niedzielny obiad. Są zmęczeni, trochę przygaszeni, ale jest w nich coś nowego – rodzaj pokory i szacunku do pieniądza, którego wcześniej nie widziałam.

A ja? Pierwszego wieczoru po ich wyprowadzce usiadłam w moim fotelu. Było cicho. Zegar na ścianie tykał miarowo. Nie było sterty prania, nie było klocków wbijających się w stopy. Zaparzyłam herbatę w filiżance ze złotym rantem.

Powinnam czuć ulgę. I czułam. Ale gdzieś na dnie serca czułam też ukłucie smutku. Dom był znowu idealnie czysty, ale też idealnie pusty. Jednak kiedy pomyślę o minionym półroczu, wiem, że postąpiłam słusznie. Odzyskałam swoje życie, a im oddałam ich własne. Czasami miłość nie polega na głaskaniu po głowie i dawaniu schronienia za wszelką cenę. Czasami miłość to kopniak w tyłek i zamknięcie drzwi, żeby ktoś inny nauczył się je otwierać własnym kluczem.

Teraz, gdy dzwonią zapytać, czy mogą wpaść, zawsze pytam: „O której i na jak długo?”. I wiecie co? W końcu szanują moją odpowiedź.

Halina, 64 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama