Reklama

Zawsze uważałam, że spokój w rodzinie kosztuje. Czasem pieniądze, czasem dumę, a czasem milczenie, które nosi się w sobie latami. Byłam tą, która liczyła, planowała i martwiła się na zapas, żeby innym było lżej. Nie przypuszczałam jednak, że przyjdzie dzień, gdy zwykły rachunek stanie się podsumowaniem całego mojego życia jako matki.

Nikt mnie nie zapytał

Lidia zadzwoniła w poniedziałek, krótko po południu. Pamiętam, że stałam wtedy przy zlewie i płukałam kubek po herbacie.

Mamo, jutro podrzucę dzieci. Ferie spędzą u ciebie, bo my z Piotrem musimy wszystko ogarnąć w pracy – powiedziała szybko, jakby czytała listę zakupów.

Zamarłam. Kubek wyślizgnął mi się z rąk i stuknął o metalowy zlew.

– Całe ferie? – zapytałam, choć odpowiedź była już zawarta w jej tonie.

– No tak. Filip i Nela już się cieszą. Przyjadą z walizkami.

Nie zapytała, czy dam radę. Czy mam siły. Czy mnie na to stać. Wzięła mój brak sprzeciwu za zgodę, jak zawsze.

– Dobrze – odpowiedziałam po chwili. – Skoro już zaplanowaliście.

Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć – rzuciła i się rozłączyła.

Usiadłam ciężko na krześle. W brzuchu poczułam znajome ukłucie, mieszaninę złości i wstydu. Złości, że znów ktoś zdecydował za mnie. Wstydu, że znów nie potrafiłam powiedzieć „nie”.

Jakoś się nie cieszyłam

Nazajutrz mieszkanie wypełniło się hałasem. Filip od razu rozłożył swoje rzeczy na stole, Nela kręciła się po kuchni i dopytywała, co będzie na obiad. Uśmiechałam się, przytulałam je, głaskałam po głowach. Byli przecież niewinni.

– Babciu, pójdziemy jutro na basen? – zapytał Filip.

– A ja chcę do kina – dodała Nela.

Kiwnęłam głową, choć w myślach zaczęłam już liczyć. Bilety, jedzenie, ogrzewanie, leki, bo Nela znowu kaszlała. Wieczorem, gdy dzieci zasnęły, usiadłam z kartką i długopisem. Tylko na wszelki wypadek – tłumaczyłam się sama przed sobą.

Pierwsze dni były wyczerpujące. Hałas od rana do wieczora, ciągłe pytania, pranie, gotowanie. A jednak bywały chwile, które rozbrajały moją złość. Gdy Nela zasnęła oparta o moje ramię. Gdy Filip sam zaparzył mi herbatę i powiedział:

– Babciu, u ciebie jest fajniej niż w domu.

W takich momentach myślałam, że może przesadzam. Że przecież rodzina to obowiązek. Tylko dlaczego czułam się tak, jakby ktoś znów przesunął mnie na ostatnie miejsce? Lidia dzwoniła rzadko. Krótkie rozmowy, bez pytania, jak się czuję. Jakby wszystko było oczywiste. Jakby ferie u babci były czymś, co się po prostu należało. A ja coraz częściej łapałam się na tym, że zamiast cieszyć się wnukami, patrzę na zegarek i zastanawiam się, ile jeszcze wytrzymam.

Gromadziłam paragony

Z czasem kartka w szufladzie przestała być „na wszelki wypadek”. Stała się codziennym rytuałem. Po powrocie ze sklepu rozkładałam paragony na stole, prostowałam je starannie i zapisywałam kwoty drobnym pismem, jakbym bała się, że ktoś mi je wyrwie z ręki.

Chleb, masło, jogurty, owoce. Rzeczy, których sama prawie już nie kupowałam, bo nauczyłam się oszczędzać na wszystkim. Emerytura nie wybaczała spontaniczności. Każdy nieplanowany wydatek odbijał się echem w kolejnym miesiącu. A teraz lodówka opróżniała się w tempie, którego dawno nie znałam.

Babciu, możemy jeszcze te płatki? – Filip wskazał na kolorowe pudełko.

– Te są drogie – odpowiedziałam odruchowo.

– Mama zawsze takie kupuje – wzruszył ramionami.

No właśnie. Lidia zawsze kupowała „takie”. Nie musiała wybierać między jednym a drugim. Ja stałam przy półce dłużej, licząc w głowie, co mogę odjąć, żeby się zmieścić. Następnego dnia bilety na basen. Potem kino. Autobus, bo było zimno, a dzieci marudziły.

Wieczorami, gdy wnuki spały, siedziałam w ciszy i patrzyłam na liczby. Każda z nich była jak mały dowód, że moje życie i życie Lidii biegną zupełnie innymi torami. Ona zakładała, że „jakoś to będzie”. Ja wiedziałam, że „jakoś” zawsze oznaczało mnie.

Wyżaliłam się sąsiadowi

Przypominałam sobie siebie sprzed lat. Młodą, zmęczoną kobietę z małym dzieckiem na rękach. Nie miałam wtedy nikogo, komu mogłabym oddać Lidię choćby na weekend. Wszystko było na mojej głowie. Praca, dom, rachunki. Nikt mnie nie pytał, czy dam radę. Może dlatego nauczyłam się liczyć. Może dlatego pieniądze zawsze były dla mnie czymś więcej niż banknotami. Były bezpieczeństwem.

Zadzwoniłam do Romana z dołu, sąsiada, którego czasem spotykałam na ławce.

– Przeszkadzam? – zapytałam.

– Nigdy – odpowiedział spokojnie. – Co się stało?

Opowiedziałam mu o dzieciach, o feriach, o paragonach. Słuchał uważnie.

A córka wie, ile to wszystko kosztuje? – zapytał.

– Jeszcze nie – westchnęłam. – Ale się dowie.

Roman milczał chwilę.

– Tylko pamiętaj, Krysiu – powiedział w końcu – że liczby czasem bolą bardziej niż słowa.

Odłożyłam słuchawkę z niepokojem. Wiedziałam, że ma rację. A jednak czułam, że jeśli tym razem nie pokażę, ile mnie to wszystko kosztowało, znów zostanę z niczym. Z poczuciem, że moje granice są tylko umowne. Kartka w szufladzie była już prawie cała zapisana. A ja coraz wyraźniej czułam, że ten rachunek nie dotyczy tylko ferii.

Wszystko miałam policzone

Minęły 2 tygodnie. Dzieci wyjeżdżały w sobotni poranek. Lidia stała w drzwiach, poprawiała pasek torebki i zerkała na telefon, jakby się spieszyła.

– Dziękuję, mamo. Wiem, że było ci ciężko, ale dzieci były zachwycone – rzuciła, już wychodząc.

Pokiwałam głową. W środku czułam pustkę i zmęczenie, które osiadło we mnie jak kurz. Gdy drzwi się zamknęły, mieszkanie nagle wydało mi się nienaturalnie ciche.

Usiadłam przy stole i wyjęłam kartkę z szuflady. Była pognieciona od ciągłego składania, zapisana drobnym pismem od góry do dołu. Przepisałam wszystko jeszcze raz, starannie, na czysto. Dodałam sumę na dole. Patrzyłam na nią dłużej, niż chciałam.

Zadzwoniłam do Lidii tego samego wieczoru.

Chciałam ci powiedzieć, ile wyniosły ferie – zaczęłam spokojnie. – Spisałam wszystko, żeby było jasno.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Jak to spisałaś? – zapytała w końcu, ostrożnie.

– Normalnie. Jedzenie, bilety, rachunki. To razem wyszło… jakieś 1500 zł – podałam kwotę.

– Mamo, ty mówisz poważnie? – jej głos podniósł się o ton. – Przecież to twoje wnuki.

– Wiem – odpowiedziałam, czując, jak dłonie zaczynają mi drżeć. – Ale to były dwa tygodnie. Całe ferie. A ja żyję z emerytury.

– Czy ty naprawdę liczysz mi pieniądze za opiekę nad własnymi wnukami? – w jej głosie pojawił się gniew.

– Nie liczę opieki – przerwałam jej. – Liczę wydatki. Bo nikt mnie nie zapytał, czy mnie na to stać.

– Mogłaś powiedzieć! – rzuciła. – Zawsze robisz z siebie ofiarę.

Zabolało.

– A ty zawsze zakładasz, że się dostosuję – odpowiedziałam ciszej. – Że dam radę. Że nie mam prawa się sprzeciwić.

– To żałosne, mamo – westchnęła. – Wystawiać rachunek rodzinie.

Zamilkłam na chwilę. W głowie kotłowały się myśli. Czy rzeczywiście przesadziłam? Czy ten rachunek był potrzebny?

– Może i żałosne – powiedziałam w końcu. – Ale uczciwe. Przynajmniej dla mnie.

– Nie wierzę, że jesteś taka zimna – syknęła. – Zawsze chodziło ci tylko o pieniądze.

Te słowa uderzyły we mnie najmocniej. Całe życie starałam się, żeby niczego jej nie brakowało. Teraz słyszałam, że jestem zimna.

– Chciałam tylko, żebyś zobaczyła, ile mnie to kosztowało – dodałam, już bez siły.

– Gratuluję – odpowiedziała. – Udało ci się. Pokazałaś, co jest dla ciebie najważniejsze.

Rozłączyła się. Siedziałam z telefonem w dłoni, patrząc w jeden punkt. Rachunek leżał na stole jak dowód winy. Nie byłam już pewna, czy zrobiłam to, żeby odzyskać pieniądze, czy żeby wreszcie ktoś zobaczył mnie naprawdę.

Córka się obraziła

Po tamtej rozmowie zapadła cisza. Minęły dwa dni, potem tydzień. Telefon milczał. Gdy sama zadzwoniłam, połączenie zostało odrzucone. Wysłałam krótką wiadomość, neutralną, bez pretensji. Odpowiedzi nie było.

Zamiast głosu córki słyszałam tylko tykanie zegara w kuchni. Każdy dźwięk w pustym mieszkaniu wydawał się głośniejszy niż wcześniej. Zaczęłam analizować każde zdanie z naszej rozmowy, jakby cofanie myślami mogło coś naprawić.

Czy naprawdę byłam zimna? Przypominałam sobie Lidię jako dziewczynkę. Zawsze ambitną, obrażającą się łatwo, gdy coś szło nie po jej myśli. Ja wtedy uważałam, że uczę ją samodzielności. Że życie nie polega na tym, by wszystko dostawać bez pytania. Może jednak nauczyłam ją czegoś innego. Może nauczyłam ją, że miłość trzeba wywalczyć.

Spotkałam Romana na klatce schodowej. Stał przy skrzynkach, sortując listy.

– I jak? – zapytał, widząc mnie.

– Nie odzywa się – odpowiedziałam krótko.

Usiedliśmy potem na ławce przed blokiem. Powietrze było chłodne, ale potrzebowałam wyjść z domu.

Może trzeba było odpuścić – powiedział po chwili. – Dla świętego spokoju.

– Zawsze odpuszczałam – odpowiedziałam. – I co z tego mam?

Roman spojrzał na mnie uważnie.

– A czego byś chciała? – zapytał.

To pytanie zbiło mnie z tropu. Nigdy wcześniej nikt mnie o to nie zapytał.

– Chciałabym… żeby zapytała. Żeby uznała, że ja też mam swoje granice – powiedziałam cicho.

Dni mijały. Lidia wysyłała krótkie, chłodne wiadomości dotyczące wyłącznie spraw technicznych. Bez „mamo”, bez emocji. O dzieciach nie wspominała prawie wcale. Zaczęłam rozumieć, że karała mnie ciszą.

Najgorsze były wieczory. Siadałam przy stole, przy którym jeszcze niedawno jadły wnuki. Ich kubki stały w szafce, jakby czekały na powrót. Czułam narastającą samotność, ale też coś jeszcze. Złość. Na siebie, że pozwoliłam, by do tego doszło. Na Lidię, że zamiast rozmowy wybrała obrażanie się. Zaczęłam się zastanawiać, czy ten rachunek był tylko iskrą. Może ten konflikt narastał od lat. Może od momentu, gdy po raz pierwszy powiedziałam jej „nie” bez tłumaczenia się. Jednego wieczoru spojrzałam na telefon i uświadomiłam sobie, że najbardziej boję się nie jej gniewu, ale tego, że ta cisza stanie się czymś normalnym. Że przyzwyczaimy się do siebie bez siebie.

Nie wiem, czy się pogodzimy

Telefon zadzwonił późnym wieczorem, gdy siedziałam w fotelu z kocem na kolanach. Przez chwilę patrzyłam na ekran, jakby należał do kogoś innego. Imię Lidii świeciło jasno, niecierpliwie.

– No wreszcie – powiedziała bez przywitania. – Wiesz, jak ja się czuję?

– A wiesz, jak ja się czułam? – odpowiedziałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Zapadła cisza, krótka, napięta.

– Byłaś zawsze taka sama – zaczęła. – Wszystko musiało się zgadzać, wszystko przeliczone. Nigdy nie było „po prostu”.

– Bo nikt mi nigdy nie pomagał – przerwałam jej. – Bo jeśli ja nie liczyłam, to nikt za mnie tego nie robił. A teraz też nikt mnie nie zapytał.

– To twoje wnuki – powtórzyła jak zarzut.

– A ja jestem twoją matką – odpowiedziałam spokojniej. – Nie usługą na zawołanie.

Jej oddech po drugiej stronie był szybki.

Pieniądze są dla ciebie ważniejsze niż rodzina – rzuciła.

– Nie – zaprzeczyłam. – Ważne jest to, czy ktoś mnie widzi. Czy ktoś liczy się ze mną tak samo, jak ja liczyłam się z tobą przez całe życie.

Nie cofnęłyśmy się już ani o krok. Padły słowa o niewdzięczności, o chłodzie, o tym, że nigdy nie potrafiłam okazywać ciepła inaczej niż obowiązkiem. Słuchałam, a w środku coś we mnie pękało i jednocześnie prostowało się po raz pierwszy od lat.

Może za późno stawiam granice – powiedziałam w końcu. – Ale to nie znaczy, że nie mam do nich prawa.

Nie odpowiedziała od razu. Rozłączyła się krótko, bez pożegnania. Nie wiem, czy jeszcze do mnie zadzwoni. Nie wiem, czy kiedykolwiek usłyszę „przepraszam”. I nie mam pewności, czy sama potrafiłabym to słowo wypowiedzieć.

Krystyna, 65 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama