„Córka przywiozła mi wnuki na całe ferie zimowe. Nie zapytała mnie nawet, czy mam za co ugotować im obiad”
„Jedzenie znikało szybciej, niż planowałam. Chleb, który zwykle starczał mi na kilka dni, kończył się wieczorem. W sklepie łapałam się na tym, że odkładam produkty z powrotem na półkę, wybierając tańsze, choć wiedziałam, że dzieci ich nie lubią”.

Poranki na emeryturze miały swój rytm: lista zakupów pisana drobnym pismem, rachunki układane równo na stole, cisza przerywana tylko tykaniem zegara. Z Justyną rozmawiałyśmy rzadko i krótko, zawsze była w biegu. Kiedy nagle stanęła w drzwiach z wnukami i powiedziała, że to tylko na ferie, uśmiechnęłam się automatycznie. W środku jednak poczułam ciężar, o którym nie umiałam mówić.
Dzieci ciągle coś chciały
Pierwszego ranka obudził mnie hałas, jakiego nie znało to mieszkanie. Lena biegała od pokoju do kuchni, tupiąc w grubych skarpetach, a Igor siedział przy stole i przeglądał gazetkę z promocjami, którą zostawiłam po zakupach. Udawałam, że tego nie widzę. Postawiłam na kuchence garnek z owsianką, licząc w myślach porcje, jakby to była matematyka, od której zależało coś więcej niż śniadanie.
– Babciu, a na obiad pójdziemy gdzieś? – zapytała Lena, wspinając się na krzesło. – Mama mówiła, że na feriach zawsze się gdzieś chodzi.
– Zobaczymy, kochanie – odpowiedziałam szybko. – Najpierw zjemy.
Jedzenie znikało szybciej, niż planowałam. Chleb, który zwykle starczał mi na kilka dni, kończył się wieczorem. W sklepie łapałam się na tym, że odkładam produkty z powrotem na półkę, wybierając tańsze, choć wiedziałam, że dzieci ich nie lubią. W mieszkaniu było chłodno. Zakręcałam kaloryfer, gdy wnuki wychodziły do pokoju, a potem znowu go odkręcałam, żeby nie marzły. Ten taniec z pokrętłem stał się moją codziennością.
Igor patrzył uważniej. Kiedy liczyłam drobne przy kasie, udawał, że czyta etykiety.
– Babciu, nie musimy brać tych ciastek – powiedział cicho. – Te są też dobre.
Uśmiechnęłam się do niego, ale coś mnie ukłuło pod żebrami. To ja powinnam uspokajać jego, nie odwrotnie. Wieczorami Lena domagała się bajek, gier, nowych kredek.
– Babcia Zosia kupiła jej cały zestaw – rzuciła pewnego dnia z wyrzutem.
– Każda babcia jest inna – odpowiedziałam, czując, jak narasta we mnie złość. Nie na nią. Na Justynę, która pewnie właśnie kończyła kolejne spotkanie, nie myśląc o tym, czy w mojej lodówce zostało coś na jutro.
Kiedy zasypiały, siadałam w kuchni z kartką i długopisem. Liczyłam, skreślałam, poprawiałam. Coraz częściej wychodziło na to samo: za mało. A jednak następnego dnia znów się uśmiechałam, stawiałam herbatę na stole i mówiłam sobie, że jakoś dam radę. Przecież zawsze dawałam.
Zadzwoniłam do córki
Telefon leżał na stole cały poranek, jakby był cięższy niż zwykle. Przekładałam go z miejsca na miejsce, ścierając blat, choć był czysty. W końcu wybrałam numer Justyny, zanim zdążyłam się rozmyślić. Odebrała szybko, zadyszana.
– Mamo, mam teraz tylko chwilę.
– Ja też – skłamałam. – Chciałam zapytać, kiedy planujesz wrócić po dzieci.
Zapadła krótka cisza, a potem jej głos stał się lżejszy, prawie wesoły.
– No jak to kiedy? Po feriach. Przecież tak się umawiałyśmy.
Nie umawiałyśmy się. Ona oznajmiła, ja przytaknęłam. Ale nie powiedziałam tego na głos.
– Dzieci rosną – zaczęłam ostrożnie. – Mają swoje potrzeby.
– Mamo, daj spokój. Zawsze dawałaś radę – przerwała mi. – Ja naprawdę teraz nie mam jak tego ogarniać.
Słowo „zawsze” zawisło między nami. Pomyślałam o rachunkach, o kartce z liczbami, o kaloryferze odkręcanym po cichu. Chciałam powiedzieć o pieniądzach, o strachu, że zabraknie, ale zamiast tego ścisnęło mnie w gardle.
– Dobrze – powiedziałam w końcu. – Tylko chciałam, żebyś wiedziała, jak jest.
– Wiem, mamo. Jesteś dzielna – odpowiedziała, jakby zamykała temat. – Oddzwonię później.
Rozłączyła się, a ja jeszcze przez chwilę trzymałam telefon przy uchu. W kuchni Igor układał klocki, Lena nuciła coś w pokoju. Usiadłam ciężko na krześle. Poczułam żal. Tego wieczoru liczyłam dłużej niż zwykle. Zrozumiałam, że nie chodzi tylko o pieniądze. Chodziło o to, że znów nikt nie zapytał mnie o zdanie.
Wnuk coś zauważył
Granica przyszła cicho, bez fanfar. Zorientowałam się dopiero wtedy, gdy stanęłam przed szafką z lekami i zaczęłam liczyć tabletki. Do końca miesiąca brakowało kilku dni, a ja miałam wybór, którego nikt nie powinien robić: kupić wszystko, co potrzebne dzieciom, albo sobie. Wybrałam jak zawsze. W aptece poprosiłam tylko o część, resztę obiecując sobie „jakoś później”.
W domu Igor siedział przy stole z zeszytem.
– Babciu, mogę coś policzyć na kartce? – zapytał.
Skinęłam głową, a po chwili zobaczyłam, że zapisuje kolumny liczb, bardzo podobne do moich.
– To do szkoły? – spytałam, czując, jak serce zaczyna bić szybciej.
– Tak… trochę – odpowiedział i szybko zasłonił zeszyt.
Kilka dni później usłyszałam rozmowę, której nie planowałam prowadzić przy dzieciach. Waldemar przyszedł pożyczyć cukier. Stał w progu, a ja, zamiast jak zwykle żartować, westchnęłam za głęboko.
– Helena, ty chyba źle wyglądasz – powiedział cicho. – Wszystko w porządku?
– Ferie – odpowiedziałam wymijająco. – Dzieci kosztują.
Nie zauważyłam, że Igor zatrzymał się w korytarzu. Zobaczyłam go dopiero wtedy, gdy odszedł bez słowa do swojego pokoju. Od tego dnia zmienił się. Przestał prosić, sam proponował pomoc, oddawał Lenie ostatni jogurt, mówił, że nie jest głodny.
– Babciu, ja mogę zostać w domu, nie musimy nigdzie iść – rzucił pewnego ranka.
To zabolało bardziej niż pusta portmonetka. Patrzyłam na niego i wiedziałam, że pękło coś, czego nie da się skleić udawaniem. Dziecko zaczęło dźwigać ciężar, który należał do dorosłych. A ja, silna przez całe życie, nagle poczułam się mała i bezradna. Wieczorem płakałam cicho, żeby Lena nie usłyszała. Nie nad pieniędzmi. Nad tym, że moja rola matki i babci rozsypała się na kawałki, których nie umiałam już zebrać.
Byłam szczera
Córka przyjechała bez zapowiedzi, w środku tygodnia. Usłyszałam trzask drzwi samochodu i coś we mnie od razu się napięło, jakby ciało wiedziało wcześniej niż rozum. Justyna weszła szybko, z telefonem w dłoni, rzuciła płaszcz na krzesło.
– Cześć, mamo – powiedziała, rozglądając się po mieszkaniu.
Zobaczyła puste opakowanie po ciasteczkach, stertę rysunków Leny, kaloryfer ustawiony niżej niż zwykle. Jej wzrok zatrzymał się na mnie na dłużej.
– Schudłaś? – rzuciła.
Nie odpowiedziałam. Igor wstał od stołu i poszedł do pokoju, zamykając za sobą drzwi ciszej, niż potrafił to robić wcześniej. Lena przytuliła się do mnie. Justyna usiadła naprzeciwko mnie. Między nami był stół, ale czułam, jakby nie było nic.
Nie zaczęłam od liczb. Zaczęłam od zmęczenia. Od nocy, kiedy liczyłam pieniądze, od strachu, że zabraknie, od tego, że bałam się powiedzieć „nie”, bo całe życie uczyłam się, że matka i babcia mają dawać radę. Słowa wychodziły powoli, ale nie mogłam ich już zatrzymać.
Justyna odsunęła się na krześle.
– Myślisz, że ja mam łatwo? – zapytała ostro. – Zawsze byłam sama ze wszystkim. Ty byłaś silna, więc ja musiałam być jeszcze silniejsza.
Zrozumiałam wtedy, że ona widziała we mnie skałę. Ja byłam tylko kobietą, która nie umiała prosić o pomoc. Powiedziałam wprost, że nie stać mnie na dalszą opiekę nad dziećmi w takich warunkach. Głos mi drżał, ale nie cofnęłam słów. To był moment, w którym coś we mnie się złamało. Justyna milczała długo. W końcu skinęła głową, bez przeprosin, bez czułości. W jej oczach zobaczyłam zaskoczenie i coś jeszcze – niepewność. Wiedziałam, że nic już nie będzie takie jak wcześniej.
Córka zabrała dzieci
Zbierali się w pośpiechu, choć bez krzyku. Justyna pakowała ubrania dzieci do toreb, sprawdzając coś w telefonie, jakby potrzebowała oparcia w ekranie. Lena płakała cicho, wtulona w mój sweter, Igor pomagał, składając swoje rzeczy starannie, z tą dorosłą powagą, która pojawiła się u niego za wcześnie. Nikt nie mówił o skróconych feriach wprost, ale wszyscy wiedzieliśmy, że tak właśnie się stało.
Kiedy drzwi zamknęły się za nimi, mieszkanie nagle stało się za duże. Cisza, która wcześniej była moją codziennością, teraz brzmiała inaczej, ciężej. Usiadłam w kuchni i spojrzałam na stół, przy którym przez te dni liczyłam, planowałam i udawałam przed samą sobą. Poczułam stratę, bo kochałam te dzieci bardziej, niż potrafiłam to okazać. Ale obok tej straty pojawiło się coś nowego – świadomość, że postawiłam granicę.
Z Justyną nie rozmawiałyśmy długo. Nasze pożegnanie było krótkie, pełne niedopowiedzeń. Nie wiedziałam, czy mnie zrozumiała, czy tylko przyjęła do wiadomości. Wiedziałam jednak, że po raz pierwszy nie schowałam się za uśmiechem i herbatą. Miłość bez rozmowy okazała się ciężarem, który dźwigałam latami. Zrozumiałam, że mam prawo do granic, nawet wobec tych, których kocham najbardziej.
Helena, 72 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż marudził, że za dużo wydaję i biegał na skargę do teściowej. Teraz we dwójkę przepytują mnie z paragonów”
- „Budowałam wielką karierę, ale na drodze stanął mi stażysta. Moje dziecko nigdy się nie dowie, kto jest jego ojcem”
- „Teściowa ma się za ekspertkę w sprawach damsko-męskich. Kiepsko jej idzie, skoro nie potrafi upilnować własnego męża”

