„Córka pojechała na obóz narciarski do Zakopanego. Zapłaciłem za te ferie jak za wakacje all inclusive na Teneryfie”
„Wieczorami harowałem, do tego szybka pożyczka. I tak – krok po kroku – uzbierałem. Tylko gdzieś w środku dusiła mnie złość. Czy ona to w ogóle doceni? Czy wie, że ojciec znowu przehandlował własny sen i zdrowie, żeby mogła pochwalić się w internecie, że jeździ na stoku?”.

- Redakcja
Nie mam w zwyczaju się użalać. Życie mnie nauczyło, że jak coś trzeba zrobić, to trzeba i koniec. Mam na imię Michał, mam 42 lata, pracuję na budowie i od ośmiu lat samotnie wychowuję córkę. Julka ma czternaście lat i od pierwszego dnia skradła moje serce. Nie jest łatwo – nie będę ściemniać. Po rozstaniu z żoną zostałem z kredytem, pustym mieszkaniem i dzieckiem, któremu obiecałem, że niczego jej nie zabraknie. Czasem tej obietnicy nie da się dotrzymać.
Któregoś wieczoru Julka podeszła do mnie, cała w emocjach.
– Tato, wszyscy jadą na obóz narciarski. Do Zakopanego. Hotel, stoki, kuligi, imprezy... Proszę, ja też chcę!
Spojrzałem na nią i nagle zrobiło mi się duszno. Wiedziałem, że nie stać mnie nawet na nowe rękawiczki, a co dopiero na tygodniowy luksusowy wyjazd.
– Zobaczę, co da się zrobić – powiedziałem tylko.
Nie miałem serca jej odmówić. Ale też nie miałem tych czterech i pół tysiąca, których zażądała szkoła. A mimo to powiedziałem „tak”. Tylko że ona nie miała pojęcia, ile mnie to będzie kosztować. I nie mówię tu tylko o pieniądzach.
Nie chciałem jej zawieść
– Cztery i pół tysiąca za tydzień. Ale to full opcja – powiedziała wychowawczyni Julki, gdy zadzwoniłem zapytać o szczegóły. – Hotel przy stoku, trzy posiłki, skipassy, opieka medyczna, no i atrakcje wieczorne. Karaoke, ognisko, kulig...
Trzymałem telefon przy uchu i miałem ochotę nim rzucić o ścianę. Tyle kasy za tydzień w śniegu? Julka była zachwycona, ja – załamany. Pensja ledwo starczała na życie. Rat kredytowych już nie ogarniałem. A teraz miałem wysupłać 4500 zł? Na budowie rzuciłem temat.
– Słuchaj, Michał, szukam kogoś do roboty po godzinach – odezwał się Tadek, kolega z ekipy. – Trzeba oczyścić poddasze po remoncie i złożyć parę mebli. Parę nocy zarwiesz, ale coś wpadnie.
– Ile płacą? – zapytałem.
– Pięć stów za noc.
Przełknąłem ślinę. Pięć stów brzmi dobrze, ale po całym dniu tyrania to niezbyt przyjemna perspektywa.
– Ferie dla dziecka darmowe nie są – rzucił Tadek pół żartem, pół serio.
Wiedziałem, że to głupie. Wiedziałem, że nie stać mnie na takie gesty. Ale widziałem tę jej minę, jak mówiła o wyjeździe. Więc zacisnąłem zęby i powiedziałem:
– Wchodzę w to.
Wieczorami harowałem, ledwo stojąc na nogach. W dzień budowa, w nocy wynoszenie gruzu i montowanie szafek. Do tego szybka pożyczka. I tak – krok po kroku – uzbierałem. Tylko gdzieś w środku dusiła mnie złość. Czy ona to w ogóle doceni? Czy wie, że ojciec znowu przehandlował własny sen i zdrowie, żeby mogła pochwalić się w internecie, że jeździ na stoku?
Wszystko robiłem dla niej
Dzień wyjazdu. Julka biegała po mieszkaniu jak w gorączce – malowała rzęsy, sprawdzała czy powerbank się ładuje, szukała słuchawek. Jej różowa walizka już stała przy drzwiach. Ja obserwowałem to z boku, zmęczony po tygodniu nocnych fuch i z duszą na ramieniu, bo na koncie znów było na minusie.
– Zrób mi jeszcze jedno zdjęcie, bo tamto wyszło niewyraźne – poprosiła, poprawiając czapkę. Zrobiłem. Uśmiechała się promiennie, jakby miała lecieć na Malediwy, nie na obóz narciarski.
Autokar ruszył. Julka wrzuciła selfie na media społecznościowe. Opis: „Startujemy! Zakopane, nadjeżdżam!”. Patrzyłem, jak macha mi z okna i zastanawiałem się, ile mnie kosztował ten uśmiech. I nie chodziło tylko o pieniądze.
Wróciłem do pustego mieszkania. W lodówce światło, dwa jajka i stara musztarda. Usiadłem w kuchni, otworzyłem profil Julki i przeglądałem jej relacje – śnieg, hotel, koleżanki. Zero trosk. Z zamyślenia wyrwał mnie telefon. Nieznany numer.
– Pan Michał? Dzwonię w sprawie zaległości za sprzęt RTV. Termin spłaty minął, a kwota rośnie.
– Proszę… dać mi jeszcze miesiąc – próbowałem coś wydukać.
– To nie przedszkole. Tu się płaci, albo się traci.
Zamilkłem. Nawet nie próbowałem się już tłumaczyć. Komornik się rozłączył. Ja zostałem z gorącym czołem i tą jedną myślą: sprzedałem wszystko, żeby moje dziecko nie czuło się gorsze. Tylko kto mnie teraz uratuje?
Nie będzie następnego razu
Julka wróciła z obozu cała w emocjach. Nawijała jak katarynka – o stokach, wieczornych grach, o tym, jak Karolina się zakochała w instruktorze i że w hotelu był nawet basen z ciepłą wodą.
– Tato, było mega! Ale wiesz, wyglądałam trochę biednie przy innych. Jedna dziewczyna miała kurtkę i buty tych znanych marek. Ja wyglądałam jak z lumpeksu… – rzuciła, sięgając po naleśnika.
Patrzyłem na nią w milczeniu. Niby zadowolona, niby szczęśliwa, ale jednak potrafiła przyłożyć. Moje plecy bolały jeszcze od ostatniej nocki w piwnicy, a ona narzekała, że jej kurtka nie była wystarczająco modna.
– Następnym razem muszę mieć lepsze rzeczy. Serio, tato, bo wstyd trochę.
Odłożyłem widelec. Poczułem, jak coś we mnie pęka.
– Julka... nie będzie następnego razu – powiedziałem spokojnie. – Wiesz, co musiałem zrobić, żebyś tam pojechała? Sprzedałem sprzęt z domu, brałem nocki po budowie, wziąłem pożyczkę. Harowałem, żebyś miała ten obóz.
Zamilkła. Spojrzała na mnie z niedowierzaniem.
– Ale… ja nie wiedziałam…
– No właśnie – przerwałem jej. – Nie wiedziałaś. Bo nie pytałaś.
Wstałem od stołu. Nie chciałem na nią krzyczeć, ale musiałem to z siebie wyrzucić. Poczułem, że już nie jestem tylko zmęczony. Byłem rozczarowany. I samotny. Jakbym toczył walkę, której ona nawet nie zauważyła.
Próbowałem to naprawić
Zamknęła się w pokoju, nie mówiąc ani słowa. Słyszałem, jak kliknęły drzwi i jak rzuciła się na łóżko. Cisza była gęsta jak smoła. Ja siedziałem w kuchni, patrząc w ścianę. Chciałem się wycofać, powiedzieć „przepraszam”, ale... nie potrafiłem. To nie była tylko ostra wymiana zdań. To było coś więcej – pęknięcie. Po godzinie zebrałem się na odwagę i zapukałem.
– Julka... mogę wejść?
Nie odpowiedziała, ale drzwi nie były zamknięte na klucz. Wszedłem powoli. Leżała na boku, twarzą do ściany. Ręką ściskała poduszkę.
– Przepraszam, że wybuchłem – zacząłem. – Ale czasem jestem wykończony. Jeden człowiek, a musi być ojcem, matką i bankiem w jednym. I nie zawsze wyrabiam.
Odwróciła się i spojrzała na mnie ze łzami w oczach.
– Myślałam, że... skoro inni mogą, to my też. Że ty... po prostu możesz.
– Nie mogę – powiedziałem szczerze. – Staram się. Ale to mnie wykańcza.
Usiadłem na skraju łóżka. Przez chwilę milczeliśmy.
– Nie chcę, żebyś była jak mama – powiedziałem cicho. – Wszystko na pokaz, wszystko na kredyt.
Spojrzała na mnie zaskoczona.
– To dlatego się rozstaliście?
Zamilkłem. W głowie mi zahuczało, ale nie odpowiedziałem. Prawda była taka, że część mnie nadal próbowała dać jej to wszystko, co dawała matka. Tylko że ja płaciłem za to znacznie większą cenę.
Zostałem z tym sam
Kilka dni później, kiedy wróciłem z pracy, na stole w kuchni leżała kartka. Zapisana równym, starannym pismem Julki. Obok niej kubek z herbatą – zimną, czyli musiała czekać.
„Tato, wiem, że ostatnio zawiodłam. Nie rozumiałam, ile cię to wszystko kosztuje – nie tylko pieniędzy, ale i zdrowia. Myślałam, że jak inni mają, to my też możemy. Ale zapomniałam, że ty wszystko robisz sam. Przepraszam. Nie chcę już tylko brać. Chcę ci pomóc. Chociaż trochę. Żebyś nie musiał być wszystkim naraz. Kocham cię. Julka.”
Usiadłem, wciąż w roboczych ciuchach, z pyłem na spodniach i kurzem pod paznokciami. Czytałem ten list trzy razy. I za każdym razem oczy robiły mi się coraz bardziej mokre. Nie wiem, kiedy ostatni raz płakałem. Ale teraz… poczułem, że coś ze mnie spływa. Jakiś ciężar. A może to było coś gorszego – poczucie winy, że zrzuciłem na nią za dużo.
Wieczorem zadzwoniłem do jej matki. Odebrała po trzecim sygnale.
– Michał? Co się stało?
– Musimy pogadać o Julce. Potrzebuje nas obojga. Nie tylko do podpisywania zgód na wycieczki, ale tak... naprawdę.
– Ty się zawsze tak wszystkim przejmujesz – rzuciła z chłodnym śmiechem. – Ja nie jestem stworzona do bycia matką. Ty to lepiej ogarniasz.
– Nie chodzi o mnie. Tylko o nią.
– Michał... to był twój wybór. Ty chciałeś być ojcem. Ja już swoje przeżyłam – rozłączyła się.
Zostałem z ciszą w telefonie. I listem, który właśnie złamał mi serce – bo był piękny. I zbyt dojrzały, jak na czternastolatkę.
Michał, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Byłam wściekła, że nawet w ferie mąż odbiera służbowe telefony. Sekretne pogaduszki nie miały nic wspólnego z pracą”
- „Na walentynki ukochany sprawił mi luksusowy prezent. Kosztował fortunę, ale ja nie chciałam żyć w złotej klatce”
- „W walentynki czekałam na pierścionek, a ukochany dał mi tulipany z dyskontu. To wystarczyło, żebym spakowała walizki”

