„Córka napisała list do Mikołaja, a ja się załamałam. Nawet jeśli zrobiłabym wszystko, nie dam jej tego, czego pragnie”
„Wciąż noszę w sobie jej list. Nie schowałam go ani nie spaliłam. Leży w szufladzie obok zdjęć z wakacji, gdzie uśmiecha się on – jej tata, mój mąż, jej bohater. Kiedyś pokażę jej ten list, kiedy będzie gotowa. Pokażę jej, że marzenia nie zawsze się spełniają, ale to nie znaczy, że są nieważne”.

Grudzień zawsze był dla mnie czasem lekkiego chaosu, ale też radości – światełek, pieczenia pierników, pakowania prezentów i szukania pretekstów, by przytulić się do córki pod kocem. Od śmierci jej taty robiłam wszystko, by nie zabrakło jej ciepła. Nawet jeśli serce bolało, a portfel piszczał, ona miała mieć święta, które zapamięta na zawsze. W tym roku było podobnie, aż do dnia, gdy przyniosła ze szkoły złożoną na pół kartkę. Uśmiechała się, trzymając ją jak największy skarb. Nie spodziewałam się, że kilka zdań napisanych dziecięcym charakterem sprawi, że poczuję się całkowicie bezradna.
Świąteczna gorączka
W pracy ledwo dawałam radę – ostatnie tygodnie przed Bożym Narodzeniem to zawsze był armagedon. Wracałam do domu zmęczona, zmarznięta, ale z myślą, że muszę się uśmiechać. Dla niej. Dla mojej Mai. Mimo że czasami marzyłam tylko o tym, żeby położyć się na podłodze i leżeć w ciszy, patrząc w sufit.
W tym roku obiecałam sobie, że nie dam się świątecznej presji. Miałyśmy być razem, robić wszystko powoli i bez stresu. W teorii brzmiało pięknie, w praktyce – jak zwykle, życie miało własny plan.
– Mamo, dziś w szkole rysowaliśmy świętego Mikołaja! – zawołała Maja, gdy tylko przekroczyłam próg.
Zanim zdążyłam zdjąć płaszcz, już ciągnęła mnie do swojego pokoju, pokazując mi obrazek, na którym uśmiechnięty Mikołaj trzymał worek pełen prezentów. Obok narysowała choinkę, nasz dom i siebie – z wielkimi oczami i uśmiechem od ucha do ucha.
– Piękny, kochanie – powiedziałam i pocałowałam ją w czoło. – Widzę, że naprawdę wierzysz, że Mikołaj się postara w tym roku.
– Bo napisałam do niego list – oznajmiła z dumą. – Pani powiedziała, że można.
Uśmiechnęłam się tylko i zapytałam, co napisała. Pokręciła głową.
– To tajemnica, ale zostawiłam go pod poduszką. Jak coś, to możesz mu przekazać, dobrze?
Przytaknęłam, jak zawsze. Nie miałam wtedy pojęcia, że tej nocy, kiedy zajrzę pod jej poduszkę, zniknie mój spokój.
Kartka była niepozorna
Maja zasnęła szybko, wtulona w swoją ukochaną owcę-maskotkę, która pamiętała jeszcze czasy, kiedy miała ledwie trzy latka. Gdy upewniłam się, że oddycha spokojnie, wyciągnęłam z poduszki złożoną na cztery kartkę. Myślałam, że znajdę tam prośby o lalkę, puzzle, może jakieś słodycze. Przecież miała tylko siedem lat.
Rozłożyłam ją powoli. Litery były nierówne, niektóre słowa przekreślone, poprawione. Czytałam i poczułam, jak świat lekko usuwa mi się spod stóp. Ona nie chciała zabawek. Chciała rzeczy, których nie można kupić. Poprosiła Mikołaja, by tata wrócił. Żeby znów grali razem w „statki”, żeby tulił ją do snu i czytał książki głosem pełnym śmiesznych akcentów. Pisała, że już była grzeczna, bardzo się starała, więc może Mikołaj da radę.
Zakręciło mi się w głowie. Próbowałam przeczytać to jeszcze raz, spokojnie, ale łzy zacierały litery. Usiadłam na podłodze przy jej łóżku i patrzyłam na nią, śpiącą, spokojną. Dla niej to był tylko list. Dla mnie – najcięższy dowód, że mimo starań, nie potrafię jej dać tego, co najważniejsze.
Zgasiłam lampkę, zostawiłam list z powrotem pod poduszką. Wyszłam do kuchni i nalałam sobie herbaty, ale nie wypiłam ani łyka. Zamiast tego siedziałam przy stole i patrzyłam w ciemność za oknem, szukając odpowiedzi, których nie miałam.
Otworzyłam jej świat
Następnego dnia próbowałam funkcjonować normalnie, ale coś we mnie drżało. Maja była jak zawsze pełna energii, opowiadała o tym, że w szkole będą robić ozdoby choinkowe i że chce, żebyśmy w tym roku kupiły prawdziwy świerk. Uśmiechałam się, kiwałam głową, przytulałam ją częściej niż zwykle. A potem zrobiłam coś, czego nie planowałam.
Po kolacji usiadłyśmy razem na kanapie. Paliły się światełka, pachniało mandarynkami. Wzięłam głęboki oddech.
– Maju, chciałabyś... porozmawiać ze mną o tacie?
Spojrzała na mnie zaskoczona, ale nie uciekła wzrokiem. Przeciwnie – kiwnęła głową.
– Czasem mi się śni – powiedziała cicho. – Że jesteśmy w parku i się śmiejemy. I że kupuje mi watę cukrową, choć zawsze mówił, że mam po niej klejące palce.
Uśmiechnęłam się przez łzy.
– Był cudowny – powiedziałam. – I bardzo cię kochał.
– To czemu nie wraca?
To pytanie zostało między nami. Nie odpowiedziałam. Przytuliłam ją mocno i tylko szepnęłam, że gdyby mógł, to wróciłby natychmiast. Tego wieczoru opowiadałam jej historie, których wcześniej nie słyszała. O tym, jak jej tata nie umiał robić naleśników, ale próbował przez trzy tygodnie. O tym, jak się bał pierwszej kąpieli, kiedy była noworodkiem. Śmiała się przez łzy. Ja też. Czułam, że to ważne. Że chociaż nie mogę jej dać jego obecności, mogę jej dać pamięć. A to też rodzaj prezentu, choć niewidzialny.
Zbyt trudne pytania
Kilka dni później Maja przyszła do mnie z notesem i długopisem. Usiadła na dywanie i patrzyła na mnie z powagą, jakiej nie spodziewałam się po siedmiolatce.
– Mamo, a jak się umiera?
Zaniemówiłam. Przez moment nie potrafiłam złapać oddechu.
– Dlaczego pytasz? – zapytałam ostrożnie, siadając naprzeciwko niej.
– Bo tata umarł, a ja nie wiem jak. Wszyscy mówią tylko, że „zasnął”, że „odszedł”. To nie jest odpowiedź.
Patrzyłam na nią i nie wiedziałam, co powiedzieć. Przecież sama do końca nie rozumiałam śmierci. Nie chciałam jej okłamywać, ale nie wiedziałam też, jak mówić o bólu, który wciąż we mnie siedział. Szukałam w sobie słów, by móc jej to wytłumaczyć. W końcu zaczęłam mówić prosto z serca, a ona słuchała mnie z uważnością dorosłej osoby. Pokiwała głową i zapisała coś w notesie.
– Co piszesz?
– List do Mikołaja już wysłałam. Teraz piszę pytania do taty. Może jak będzie patrzył z nieba, to przeczyta.
Nie odpowiedziałam. Tylko przyciągnęłam ją do siebie i mocno przytuliłam. Jej pytania były jak szpileczki – nie raniły gwałtownie, ale wbijały się powoli, zostawiając ślady, które piekły jeszcze długo. Wiedziałam, że nie wszystko jej wyjaśnię. Że pewnych braków nie da się niczym zasypać.
Marzenia, których nie spełnię
Zbliżała się Wigilia. W tym roku miałyśmy być same. Odmówiłam zaproszeń od siostry i mamy. Chciałam, żeby to były nasze święta – spokojne, bez tłumów, bez udawanych uśmiechów. Chociaż w środku czułam się jak stara bombka – krucha, z rysą przez środek. Maja była pełna entuzjazmu. Ubierałyśmy razem choinkę, piekłyśmy ciasteczka, słuchałyśmy kolęd. Na pierwszy rzut oka wyglądałyśmy jak idealna rodzina z reklamy. Tylko że w środku wciąż nosiłam ciężar jej listu.
– Mamo, myślisz, że Mikołaj da radę spełnić wszystkie marzenia?
– Myślę, że Mikołaj robi, co może – odpowiedziałam wymijająco, mieszając lukier w miseczce.
– A jeśli czegoś nie może spełnić, to co?
Zawahałam się, odłożyłam łyżkę.
– To wtedy próbuje dać coś, co może choć trochę ukoić serduszko.
Popatrzyła na mnie i chyba zrozumiała. Może nie wszystko, ale tyle, ile siedmiolatka jest w stanie pojąć. W Wigilię znalazła pod choinką nową książkę z dedykacją ode mnie i... taty. Napisałam kilka słów jego stylem, z jego poczuciem humoru. Zastanawiałam się długo, czy to nie przekroczenie granicy, ale gdy zobaczyłam, jak tuli książkę do siebie, zrozumiałam, że to był prezent nie z półki sklepowej, ale z głębi serca.
Potem zatańczyłyśmy razem do kolędy, którą kiedyś nucił jej tata. Przez chwilę wydawało się, że znów jesteśmy we troje. W tym jednym, krótkim momencie marzenie było tuż obok.
Nie wszystko można kupić
Święta minęły cicho. Bez fajerwerków, bez zaskoczeń, ale też bez bólu, który zazwyczaj siadał mi na ramieniu jak cień. Maja wyglądała na spokojną. Nie pytała już o cuda, nie czekała z wypiekami na twarzy na coś niemożliwego. Zamiast tego siadała przy stole i rysowała naszą rodzinę – zawsze we troje.
Wiem, że to, co jej dałam, nie wypełni pustki. Żadne słowa, książki, opowieści nie zastąpią obecności człowieka, którego kochała całym dziecięcym sercem. Wiem też, że nie wszystko musi być naprawione. Niektóre rzeczy wystarczy zaakceptować. Przyjąć jako część życia.
Wciąż noszę w sobie jej list. Nie schowałam go ani nie spaliłam. Leży w szufladzie obok zdjęć z wakacji, gdzie uśmiecha się on – jej tata, mój mąż, jej bohater. Kiedyś pokażę jej ten list, kiedy będzie gotowa. Pokażę jej, że marzenia nie zawsze się spełniają, ale to nie znaczy, że są nieważne. Wręcz przeciwnie – czasem to właśnie one pokazują, jak bardzo kochamy.
Dziś Maja znów mnie zaskoczyła. Przyszła i powiedziała:
– Mamo, wiesz... Ja chyba trochę rozumiem, że nie wszystko się da dostać. Ale ty jesteś jak Mikołaj. Też robisz wszystko, co możesz.
Nie odpowiedziałam. Tylko się uśmiechnęłam i przytuliłam ją tak mocno, jak tylko potrafiłam. Czasem najcenniejsze rzeczy nie mają ceny. I nie mieszczą się w żadnym papierze ozdobnym.
Natalia, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Teściowa oczernia mnie przed dziećmi, udając wrażliwą babcię. Nie musimy się tolerować, ale na to już nie pozwolę”
- „Gdy rodzice sprzedali dom, liczyłam, że i mi coś skapnie. Uznali jednak, że mam radzić sobie sama”
- „W mojej pracy harowałam za dwoje, a nikt tego nie doceniał. Patrzyłam, jak innych klepią po plecach za moje wysiłki”

