Reklama

Kiedyś myślałam, że starość oznacza ciche wieczory z herbatą i kotem na kolanach. Że to czas, kiedy babcia piecze szarlotkę dla wnuków i siedzi w domu, gotowa na każde zawołanie rodziny. Tyle że ja nigdy nie chciałam takiej starości.

Reklama

To moje życie

Przez całe życie ciężko pracowałam, odkładałam, liczyłam każdą złotówkę. Nie po to, żeby na emeryturze stać się darmowym bankomatem dla rodziny. Nie po to, żeby siedzieć w kapciach przed telewizorem i czekać, aż ktoś łaskawie mnie odwiedzi. Zasłużyłam na coś więcej.

Dlatego teraz, zamiast smażyć kotlety dla wnuków, wolę smakować owoce morza w Portugalii. Zamiast kupować prezenty, inwestuję w podróże. Chcę cieszyć się życiem – na moich zasadach. Tylko że nie wszyscy w rodzinie to rozumieją.

Dla nich jestem przede wszystkim babcią. Matką. Kimś, kto powinien dawać, pomagać, wspierać. I za każdym razem, kiedy mówię „nie”, patrzą na mnie tak, jakbym była wyrodna. Tylko że ja wcale nie jestem zła. Po prostu pierwszy raz w życiu wybieram siebie.

Byłam jak bankomat

Zapach pieczonego kurczaka unosił się w całym mieszkaniu Agnieszki. Zwykle lubiłam te nasze niedzielne obiady, ale dzisiaj coś wisiało w powietrzu. Widziałam to w napiętych ruchach córki, w jej uśmiechu, który był wymuszony. Wiedziałam, że czeka mnie rozmowa, na którą nie miałam najmniejszej ochoty.

Usiadłam przy stole, a Kasia i Michał od razu zaczęli opowiadać o szkole, o kolegach, o grach, w które teraz wszyscy grają. Słuchałam z uśmiechem, bo przecież ich kochałam. Tylko że od jakiegoś czasu każda rozmowa z nimi kończyła się w ten sam sposób – oczekiwaniem, że coś dam, coś kupię, coś zasponsoruję.

Agnieszka w końcu podniosła wzrok znad talerza i odchrząknęła.

– Mamo… – zaczęła tonem, który znałam aż za dobrze. – Musimy porozmawiać.

Odłożyłam widelec. No i zaczyna się.

– Kasia marzy o wyjeździe na obóz językowy do Londynu – kontynuowała, patrząc na mnie uważnie. – To wielka szansa dla niej, wiesz, jak ważny jest teraz angielski.

Spojrzałam na Kasię. Siedziała ze spuszczoną głową, jakby chciała dodać dramatyzmu całej sytuacji.

– Michał też ma potrzeby – wtrąciła Agnieszka, widząc, że milczę. – Nowy laptop, programowanie to przyszłość, mówiłaś sama, że warto w to inwestować…

Nie odpowiedziałam od razu. Przeniosłam wzrok na Tomka, mojego zięcia. Siedział cicho, jak zawsze, przytakując żonie. Nigdy nie wtrącał się w te rozmowy, ale wiedziałam, że także liczył na moje pieniądze.

– Agnieszko – westchnęłam w końcu – to są twoje dzieci. Ja już wychowałam swoje.

Nie chciałam dać im pieniędzy

Córka przewróciła oczami, a Kasia i Michał zrobili smutne miny.

– Mamo, one są twoimi wnukami! – głos Agnieszki się zaostrzył. – Nie możesz tak po prostu odmówić!

– Mogę – odpowiedziałam spokojnie. – I odmawiam. Moje pieniądze – moja sprawa.

W pokoju zapadła cisza. Kasia patrzyła na mnie z wyrzutem, Michał posępnie skubał skórkę z kurczaka, a Tomek udawał, że go tu nie ma.

– Nie rozumiem cię – warknęła Agnieszka. – Naprawdę wolisz wydawać pieniądze na jakieś wycieczki, niż pomóc rodzinie?!

Wzruszyłam ramionami.

– Tak.

Córka zacisnęła usta. Widziałam, jak wzbiera w niej złość.

– Wiesz co, mamo? Może i masz pieniądze, ale jesteś biedna emocjonalnie. Nie masz za grosz empatii – powiedziała cicho.

Uśmiechnęłam się.

– Możliwe.

Agnieszka poderwała się od stołu i zaczęła zbierać talerze, trzaskając nimi o blat. Dzieci nie odezwały się już ani słowem. Wyszłam chwilę później, zanim zdążyła powiedzieć coś, czego nie dałoby się cofnąć. Na klatce schodowej zaciągnęłam się chłodnym powietrzem i poczułam ulgę. Bo choć bolało, to wiedziałam, że zrobiłam dobrze.

Miałam mętlik w głowie

Wracałam do domu powoli, starając się nie myśleć o tym, co właśnie się wydarzyło. Ale jak można nie myśleć, kiedy własna córka patrzy na ciebie z wyrzutem, wnuki milkną przy stole, a w powietrzu wisi cicha, lepka niechęć?

Wiedziałam, że tak to się skończy. Odmawiałam im już wcześniej – raz, drugi, trzeci – i za każdym razem reakcja była taka sama. Złość, żal, obraza. „Bo przecież masz, mamo! Bo możesz pomóc! Bo to twoje wnuki!” Jakby bycie babcią oznaczało automatyczne zobowiązanie do finansowania ich życia.

Zdjęłam płaszcz i usiadłam w fotelu. Na stoliku leżał przewodnik po Toskanii, który jeszcze rano przeglądałam z ekscytacją. Teraz czułam się pusta. Czy to ja byłam wyrodną matką? Czy może Agnieszka nigdy nie nauczyła się samodzielności? A może to moje pokolenie wychowało dzieci w przekonaniu, że rodzice zawsze muszą pomagać?

Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk telefonu. Agnieszka. Westchnęłam i odebrałam.

– Mamo, mam nadzieję, że przemyślisz swoją decyzję – zaczęła bez zbędnych wstępów. – To naprawdę ważne dla dzieci.

– Agnieszko, nie będę wydawać swoich pieniędzy na coś, co nie jest moim problemem – powiedziałam spokojnie.

– To brzmi okropnie! Jak możesz być taka egoistyczna?!

– Bo pierwszy raz w życiu myślę o sobie.

W słuchawce zapadła cisza, a po chwili usłyszałam trzask odkładanej słuchawki. Zamknęłam oczy i westchnęłam. Czułam ulgę. I smutek.

Wszyscy o mnie plotkowali

Kilka dni później zadzwoniła do mnie Zosia, moja młodsza siostra.

– Maria, co się u was dzieje? – zaczęła ostro. – Agnieszka mówi, że nie chcesz pomagać wnukom!

Przewróciłam oczami. A więc tak, moja córka postanowiła wciągnąć w to całą rodzinę.

– Nie chcę sponsorować wnuków – poprawiłam ją chłodno. – To różnica.

– Ale Maryśka… – westchnęła ciężko. – Co ci szkodzi? Masz pieniądze, nie brakuje ci niczego…

– Szkodzi mi to, że wszyscy uważają, że muszę.

Zosia umilkła. Wiedziałam, że próbuje wymyślić kolejny argument.

– Ludzie gadają – powiedziała w końcu. – Agnieszka jest rozżalona. Mówi, że odwracasz się od rodziny.

A więc to tak. Teraz to ja byłam tą złą. Bogatą, egoistyczną matką, która nie dba o wnuki.

– Niech gadają – wzruszyłam ramionami. – Nie zamierzam żyć według ich oczekiwań.

Po rozmowie wyszłam na spacer. Powietrze było rześkie, a ja czułam w sobie coraz większy spokój. Wróciłam do domu, zrobiłam sobie herbatę i spojrzałam na leżący na stole przewodnik po Toskanii. Miałam wybór: przejmować się tym, co myślą inni, albo w końcu zacząć żyć na własnych zasadach. I wiedziałam już, co wybieram.

Córka grała mi na emocjach

Niecały tydzień później Agnieszka pojawiła się u mnie bez zapowiedzi. Wpadła do mieszkania z impetem, nawet nie zdejmując płaszcza.

– Wiesz co, mamo? – zaczęła od razu, stając na środku salonu z rękami na biodrach. – Dzieci są zawiedzione. Nie chcą już do ciebie przychodzić. Gratulacje.

Zamknęłam książkę, którą właśnie czytałam, i spokojnie podniosłam wzrok.

– Więc uczysz ich, że kocha się babcię tylko wtedy, kiedy daje pieniądze? – zapytałam.

– Nie o to chodzi! – syknęła. – Ale nie rozumiem, jak możesz mieć kasę i nie chcieć pomóc własnej rodzinie!

Wstałam i podeszłam do komody. Otworzyłam szufladę, wyjęłam z niej foldery z planami podróży, nową torebkę, butelkę drogiego wina.

– Widzisz to? – powiedziałam, pokazując jej wszystko. – Przez lata poświęcałam się dla rodziny. Teraz czas na mnie. Nie dam ci ani grosza. Możesz mnie nienawidzić, ale ja wybieram siebie.

Agnieszka patrzyła na mnie wściekła, z twarzą czerwoną ze złości.

– Jesteś… niewiarygodna – wycedziła, po czym odwróciła się na pięcie i wyszła, trzaskając drzwiami.

Zostałam sama, w ciszy, z butelką wina w dłoni. Było mi lżej. Było mi smutno. Ale wiedziałam, że zrobiłam to, co należało.

Byłam szczęśliwa

Kilka tygodni później siedziałam na tarasie we Florencji, popijając cappuccino. Ciepłe słońce ogrzewało moją twarz, a w powietrzu unosił się zapach świeżych wypieków i włoskiej kawy. Dokładnie tak wyobrażałam sobie swoją emeryturę – bez stresu, bez wyrzutów sumienia, na własnych warunkach.

Odkąd wyjechałam, Agnieszka się nie odezwała. Nie próbowała dzwonić, nie pisała SMS-ów. Może nadal była obrażona. Może w końcu zrozumiała, że nie zmienię zdania.

Wyjęłam telefon i zobaczyłam nową wiadomość. Od Kasi.

„Babciu, nie gniewaj się. Wiem, że to Twoje pieniądze. Opowiesz mi o podróży?”

Uśmiechnęłam się pod nosem. Może nie wszystko było stracone. Może wnuki dorosną i same wyciągną wnioski. A jeśli nie? Trudno. Dopiłam kawę, odłożyłam telefon i spojrzałam na zegarek. Za godzinę miałam wizytę w muzeum. A potem? Może spontaniczna kolacja z kieliszkiem wina. Życie wreszcie należało do mnie.

Maria, 62 lata

Czytaj także: „Nie po to przeszłam na emeryturę, żeby niańczyć cudze dzieci. Dodatkowa kasa kusi, ale chyba wolę święty spokój”
„Byłam dobrą matką i brałam kredyty, żeby pomóc dzieciom. Teraz mam nędzną emeryturę, a one nie chcą mi pomóc”
„Mąż kpił, że chcę zrobić prawo jazdy po 50-tce, bo nie nadaję się na kierowcę. Teraz będzie się prosił o podwózkę”

Reklama

Reklama
Reklama
Reklama