Reklama

Byłam jedną z tych matek, które naprawdę się starały. Nie miałam złudzeń, że wychowam przyszłą noblistkę, ale chciałam, żeby moja córka miała cel, ambicję, cokolwiek, co zmusi ją do wyjścia z łóżka przed południem. Tymczasem mam w domu dziewiętnastoletnią kobietę, która całymi dniami ogląda seriale, robi sobie paznokcie i oczekuje, że świat się do niej dostosuje. Próbowałam rozmów, płaczu, krzyków, milczenia. Nic nie działa. Czasem myślę, że zawiodłam ją już wtedy, kiedy pozwoliłam jej wierzyć, że wszystko się jej należy. I teraz nie potrafię tego odkręcić.

Nie jeste matką idealną

Nie miałam łatwego dzieciństwa. Moja matka była surowa, ojciec – nieobecny. Obiecałam sobie, że kiedyś zrobię to lepiej. I może właśnie tu tkwił mój błąd – że za bardzo chciałam być inna, lepsza. Gdy urodziła się Weronika, byłam pełna nadziei. Mała, pulchna kulka z wielkimi oczami wydawała się całym moim światem. Kiedy zrobiła pierwszy krok, płakałam ze wzruszenia. Gdy poszła do przedszkola, wzruszałam się, jak opowiadała, że jej koleżanka nie chciała się z nią bawić. Chciałam ją chronić przed całym złem tego świata.

Dawałam wszystko, czasem kosztem siebie. Zgodziłam się na tanie studia prywatne, choć wiedziałam, że to strata pieniędzy, tylko dlatego, że powiedziała, że „wszyscy tam idą”. Zgodziłam się, żeby rzuciła je po dwóch miesiącach. Mówiła, że to nie jej bajka. Potem miała „odpocząć”. Ten odpoczynek trwa do dziś. Codziennie rano słyszę, jak przewraca się z boku na bok. O jedenastej schodzi do kuchni, robi sobie kawę i znika znowu w pokoju.

Nie chciałam być matką surową. Teraz widzę, że byłam za miękka. Za bardzo się starałam, żeby jej było dobrze. I przez to nie nauczyłam jej żyć.

Żyje na kanapie

Kiedyś śmiałam się, że Weronika ma talent do leżenia. Potrafiła zasnąć wszędzie – na dywanie, na ławce w parku, na tylnej kanapie samochodu. Wtedy to było urocze. Teraz to tylko przykre. Leży. Leży, jakby to był jej zawód. Kanapa, telefon, Netflix, godziny scrollowania Instagrama. W ciągu jednego dnia potrafi zobaczyć cały sezon jakiegoś serialu, ale nie znajdzie siły, żeby pójść do urzędu zapisać się na kurs.

– Mamo, po co się tak spinasz? – rzucała często, kiedy próbowałam zacząć rozmowę. – Przecież mam czas. Mam dopiero dziewiętnaście lat!

– Dziewiętnaście lat to świetny wiek, żeby zacząć coś robić – odpowiadałam, starając się mówić spokojnie, choć w środku gotowała się we mnie złość.

– A ty w moim wieku to co robiłaś? – patrzyła na mnie tym swoim zimnym wzrokiem. – Pracowałaś i już byłaś matką. Super życie, nie?

W takich chwilach miałam ochotę wyjść. Wychodziłam do pracy, do sklepu, do sąsiadki, byle nie słuchać kolejnych wymówek. Mówiła, że „szuka siebie”. Tylko że nie wychodziła z domu. Nawet na autobus do psychologa nie chciało jej się pójść, choć sama o niego prosiła.

Nie reaguje na prośby

Próbowałam różnych sposobów. Prosiłam, groziłam, błagałam, czasem krzyczałam – wszystko na próżno. Weronika przewracała oczami, wzruszała ramionami i wracała do swojego świata na kanapie. Nie chodziło o lenistwo w tradycyjnym sensie – ona po prostu nie miała żadnego poczucia obowiązku. Dom, rodzina, własne plany? Nie istniały. Cokolwiek proponowałam – korepetycje, kurs języka, nawet zwykły wolontariat – kończyło się wymówką:

– Nie mam nastroju, może innym razem.

„Innym razem” nigdy nie nadchodziło. Gdy pytałam, co chce robić ze swoim życiem, odpowiadała:

– Nie wiem. Nie muszę wiedzieć teraz.

Za każdym razem, kiedy słyszałam te słowa, czułam, jak maleje we mnie siła. Każdego dnia zmagałam się z poczuciem winy i frustracją. Obiecywałam sobie, że znajdę sposób, by ją zmusić, albo przynajmniej pokazać, że świat nie będzie czekał. Ale ona zawsze była krok przed mną. Przewidziała moje ruchy, unikała rozmów i znikała, kiedy tylko zaczynałam naciskać.

Przestawałam wierzyć, że cokolwiek mogę zmienić. A jednak każdego ranka patrzyłam na jej twarz, pełną beztroski i młodzieńczego uroku, i myślałam, że to moja wina – że zawiodłam jako matka, że nie potrafię wpoić jej chociaż odrobiny ambicji.

Na rozmowę już za późno

Pewnego wieczoru usiadłam naprzeciwko niej przy kuchennym stole. Wyłączyła muzykę, co już było małym sukcesem. Patrzyła na mnie z wyraźną niechęcią, jakby z góry zakładała, że znowu będę ją pouczać. Wzięłam głęboki oddech i postanowiłam mówić spokojnie, bez oskarżeń.

– Weronika, ja się po prostu martwię – powiedziałam cicho. – Nie chcę cię zmuszać do konkretnego życia, tylko zobaczyć, że masz jakiś plan.

– Mamo, ty zawsze dramatyzujesz – odpowiedziała, opierając się o krzesło. – Wszyscy teraz tak żyją. Nic się nie stanie, jeśli trochę poleżę.

– Świat nie będzie czekał wiecznie – odparłam. – Ja też nie.

Spojrzała na mnie wtedy inaczej. Chłodno, obco. Jakbyśmy nie były matką i córką, tylko dwiema przypadkowymi osobami. Wstała od stołu i rzuciła przez ramię:

– To twoje problemy, nie moje.

Zrozumiałam, że ta rozmowa przyszła za późno. Przegapiłam moment, w którym mogłam jeszcze coś zbudować, coś naprawić. Zamiast tego przez lata łagodziłam, usprawiedliwiałam, odpuszczałam. Teraz stałam w kuchni sama, z poczuciem klęski i myślą, że wychowałam dorosłą kobietę, która nie czuje żadnej odpowiedzialności ani za siebie, ani za mnie.

Wszyscy winni, tylko nie ona

Zaczęłam zauważać, że Weronika zawsze znajduje winnych wszędzie dookoła. Jeśli czegoś nie zrobiła, to dlatego, że było za trudno, za daleko albo ktoś ją zniechęcił. Kiedy nie poszła na rozmowę o pracę, tłumaczyła się bólem głowy. Gdy nie wysłała CV, winny był komputer. Świat według niej był przeciwko niej, choć tak naprawdę nie stawiał jej żadnych wymagań.

Próbowałam wprowadzić zasady. Poprosiłam, żeby dokładała się do rachunków albo chociaż pomagała w domu. Spojrzała na mnie z oburzeniem, jakbym odebrała jej coś, co jej się należało.

– Przecież wiesz, że teraz nie mam pieniędzy – powiedziała. – Po co robisz z tego problem?

Zrozumiałam wtedy, że dla niej wszystko jest tymczasowe. Życie, obowiązki, odpowiedzialność. Jakby wierzyła, że ktoś w końcu przyjdzie i wszystko załatwi za nią. Najgorsze było to, że tym kimś przez lata byłam ja.

Wieczorami leżałam w łóżku i zastanawiałam się, gdzie popełniłam błąd. Przewijałam w głowie wszystkie decyzje, wszystkie ustępstwa. Wiedziałam już, że nie mogę jej uratować na siłę. Każda próba kończyła się tym samym – jej obojętnością i moim coraz większym zmęczeniem. Czułam, że jeśli czegoś nie zmienię, to sama utonę razem z nią.

Poddałam się jako matka

Decyzja dojrzewała we mnie długo, choć na zewnątrz nic się nie zmieniało. Weronika nadal spała do południa, nadal leżała na kanapie, pachniała drogimi balsamami i żyła tak, jakby jutro nigdy nie miało nadejść. Tym razem to ja zaczęłam się wycofywać. Przestałam przypominać, prosić, kontrolować. Przestałam być jej parasolem ochronnym. Powiedziałam, że od nowego miesiąca musi znaleźć pracę albo inne miejsce do życia. Spojrzała na mnie z niedowierzaniem, potem z pogardą.

– Nie poznaję cię – rzuciła. – Zawsze byłaś inna.

Poznałam siebie aż za dobrze. Zrozumiałam, że bycie matką nie oznacza wiecznego poświęcenia kosztem własnego zdrowia. Nie wiem, czy ją tym uratuję. Wiem tylko, że muszę uratować siebie. Każdego dnia uczę się żyć z myślą, że moja córka może nigdy nie spełnić moich oczekiwań. Może zawsze będzie kimś, kto czeka, aż życie samo się wydarzy.

Czasem nadal myślę, że poniosłam porażkę. Czasem myślę, że to ona jeszcze się obudzi. Prawda leży gdzieś pośrodku. Nie jestem idealną matką. Jestem tylko kobietą, która zrobiła, co umiała, i w końcu przyznała przed sobą, że nie wszystko da się naprawić miłością.

Ewa, 46 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama