„Córka dała teściowej laurkę na Dzień Babci, a ona wyrzuciła ją do śmieci. Wtedy zrozumiałam, że to koniec udawania”
„Kilka minut później poszłam do kuchni, żeby wyrzucić skórki po mandarynkach. Laurka leżała w kuble, tuż obok obierków po ziemniakach. Stałam tak i patrzyłam. Zrozumiałam wtedy, że nie mogę tego tak zostawić”.

- Redakcja
Nie wszystko od razu widać gołym okiem. Czasem człowiek latami udaje, że czegoś nie dostrzega, bo tak wygodniej. Bo głupio robić aferę. Bo jeszcze się kiedyś poprawi. Bo to tylko zły dzień, a nie zła osoba. I tak się żyje – od jednego przełknięcia do drugiego. Z poczuciem obowiązku, z nieustannym „dla świętego spokoju”. Jeszcze zanim powiedzieliśmy sobie sakramentalne „tak”, wiedziałam, że w pakiecie dostaję też teściową – kobietę, która lubi kontrolować, rozstawiać po kątach, oceniać. Na początku to były drobnostki: „tak się nie obiera ziemniaków”, „dziecko za cienko ubrane”, „ta bluzka trochę cię poszerza, nie?”. Udawałam, że mnie to nie rusza. Z czasem jednak te drobnostki zaczęły się sumować.
Przez lata tłumaczyłam jej wszystko: jej wiek, jej doświadczenie, jej charakter. Znosiłam złośliwe uwagi, zgryźliwości, chłód. Nawet wtedy, gdy urodziła się nasza córka, potrafiłam przymknąć oczy na jej zachowanie. Tylko że dzieci, w przeciwieństwie do dorosłych, nie udają. I czasem jedno ich szczere, niewinne „dla babci” wystarczy, by ktoś obcy obnażył całą prawdę, przed którą się uciekało. I wtedy wszystko się zaczęło.
Zatkało mnie
Nasza córka, Zosia, miała wtedy pięć lat. Uwielbiała rysować, malować, wyklejać. Zbliżał się Dzień Babci i od kilku dni szykowała coś specjalnego. Wzięła różową kartkę z brokatem, przykleiła serduszka, narysowała swoją buźkę, a w środku – jak tylko potrafiła – napisała koślawymi literkami „Babciu, kocham cię bardzo. Zosia”. Widziałam, że włożyła w to całe serce. Klej jej kapał na bluzkę, farba została na łokciu, ale była w siódmym niebie.
– Mamusiu, a babcia się ucieszy? – zapytała z powagą. – Ona tak zawsze mówi, że lubi porządek. To specjalnie zrobiłam równo.
– Na pewno się ucieszy, skarbie – skłamałam, poprawiając jej kosmyk włosów. – Babcie kochają takie prezenty.
Pojechaliśmy do teściowej w sobotę rano. Mąż starał się, żeby było „miło”, czyli żeby nikt nie wszczynał tematów, które mogłyby popsuć atmosferę. Zosia z bijącym sercem podała laurkę.
– Dla ciebie, babciu! Sama zrobiłam!
Teściowa wzięła kartkę w dwa palce, jakby ktoś jej podał brudny ręcznik. Uśmiechnęła się oszczędnie.
– Aha… no dobrze. Postawię sobie… gdzieś.
Zosia patrzyła z nadzieją.
– A przeczytasz? Napisałam to specjalnie dla ciebie!
– No już, później, kochanie, teraz jestem zajęta – powiedziała chłodno i odłożyła laurkę na stół.
Kilka minut później poszłam do kuchni, żeby wyrzucić skórki po mandarynkach. Laurka leżała w kuble, tuż obok obierków po ziemniakach. Stałam tak i patrzyłam. Zrozumiałam wtedy, że nie mogę tego tak zostawić.
Pocałowałam ją w czoło
Wróciłam do salonu z kamienną twarzą. Zosia układała puzzle z dziadkiem, mąż przeglądał wiadomości w telefonie, a teściowa krzątała przy stole, jakby nic się nie stało. Poczekałam, aż Zosia wyjdzie na chwilę z pokoju i nachyliłam się do męża.
– Chodź do kuchni.
Zerknął na mnie zdziwiony, ale posłusznie wstał.
– Co się dzieje? – zapytał, zamykając za nami drzwi.
Wskazałam kosz.
– Patrz.
– Na co?
– Na tę laurkę. Wyrzuciła ją do śmieci. Nawet nie zajrzała do środka.
Zmarszczył brwi. Podszedł, zajrzał, potem westchnął.
– No dobra, nie powinna… A może po prostu przypadkiem ją wyrzuciła?
– Przypadkiem?! Widziałeś, jak ją wzięła? A teraz laurka lezy między obierkami.
– Nie dramatyzuj. Może miała zły dzień. Ty zawsze się czepiasz…
– Czepiam się?! Nasze dziecko zrobiło coś z serca. A twoja matka to olała. Jakby to był śmieć. I nie pierwszy raz!
– I co chcesz teraz zrobić? Awanturę przy dziecku?
– Nie, ale to był ostatni raz, kiedy udaję, że nic się nie dzieje. Dość tego cyrku.
– Przesadzasz.
– Ty od lat udajesz, że nie widzisz. Ja już nie będę.
Wróciłam do Zosi. Spojrzała na mnie pytająco.
– Wszystko dobrze, mamusiu?
Pocałowałam ją w czoło.
– Teraz już tak.
Byłam wściekła
Wieczorem, gdy wróciliśmy do domu, zdjęłam płaszcz i rzuciłam go na wieszak z taką siłą, że aż się zachybotał. Mąż zrzucił buty i rzucił:
– No i? Zadowolona jesteś? Humor ci się poprawił, że mogłaś się znowu wyżyć?
Odwróciłam się do niego powoli.
– Serio? To ty teraz robisz ze mnie wariatkę?
– Nie, tylko... No, przecież to nie tragedia. Kartka, no i co. Może jej spadła. Może nie zauważyła.
– Spadła prosto do śmieci? Równo na samą górę? – prychnęłam. – Przestań mnie robić w balona.
– Zawsze miałaś coś do mojej mamy. Nigdy nie była dla ciebie wystarczająco miła, co?
– Ona nigdy nie była miła. Nigdy. A ja przez dziesięć lat robiłam z siebie idiotkę, żebyś ty miał spokój.
– No, wyolbrzymiasz.
– Naprawdę? A jak mnie pouczała przy stole, że powinnam częściej malować paznokcie, bo wyglądam „na zaniedbaną”? Albo jak Zosię nazwała „rozpuszczonym bachorem”, bo płakała w samochodzie? To też mam uznać za drobnostki?
– Ona po prostu jest… szorstka. Taką ma naturę. Nie każdy musi cię tulić i całować po rękach.
– Nie oczekuję czułości. Oczekuję szacunku. I żeby nie pluła na prezenty naszej córki. Czy to naprawdę za dużo?
Nie odpowiedział. Usiadł ciężko na fotelu.
– Nie chcę, żeby Zosia tam więcej jeździła sama – dodałam ciszej. – Nie będę udawać, że nic się nie dzieje.
– Czyli co, zakaz?
– Tak. I to pierwszy raz, kiedy żałuję, że wcześniej tego nie zrobiłam.
Zacisnęłam pięści
Dwa dni później teściowa zadzwoniła. Oczywiście nie do mnie. Do męża. Siedziałam obok, udając, że nie słucham, ale słyszałam wszystko. Mówiła wystarczająco głośno, jakby wiedziała, że podsłuchuję.
– Słuchaj, nie wiem, o co poszło twojej żonie, ale zachowała się jak rozkapryszone dziecko. O co tyle hałasu?
– Mamo, chodzi o laurkę, którą Zosia ci dała. – Mąż mówił cicho, prawie szeptem.
– No i co z nią niby? Dała, wzięłam. Co jeszcze miałam zrobić? Ołtarzyk postawić?
– Znaleźliśmy ją w śmieciach.
– I co z tego? Mam cały dom zagracać takimi bohomazami? Przecież to nie dzieło sztuki. Jedną laurkę przyjmę, drugą wyrzucę, to chyba normalne.
Zacisnęłam pięści. Miałam ochotę wyrwać mu telefon z ręki.
– Mamo, ona ma pięć lat. Zrobiła ją sama. Była z niej dumna.
– A ja mam siedemdziesiąt. I jakbym miała przechowywać każdą kartkę, jaką dostanę, to bym musiała piwnicę wynająć!
– Może trzeba było chociaż udawać, że się cieszysz.
– Nie ucz mnie, jak być babcią. Ty lepiej pilnuj, żeby twoja żona nie robiła z igły widły. Bo coś mi się zdaje, że ona się po prostu mnie czepia. Zawsze to robiła.
– Mamo…
– I jeszcze jedno. Jak ona nie chce tu przychodzić, to nie musi. Tylko nie mieszajcie w to dziecka. Nie zabraniajcie mi widywać wnuczki, bo to się może źle skończyć.
Spojrzałam na męża. Spuścił wzrok.
– Słyszałam – powiedziałam, zanim zdążył się odezwać.
Byłam na niego zła
Przez resztę wieczoru nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem. Siedziałam na kanapie, udając, że oglądam serial, ale i tak nic nie rejestrowałam. Położyłam Zosię spać. Głaskałam ją po włosach, a ona szeptała:
– Babcia nie powiedziała, czy się jej podobało. Może nie przeczytała?
– Może nie umiała przeczytać tych literek – odpowiedziałam łagodnie, choć bolało mnie każde słowo.
Wyszłam z pokoju, zamknęłam drzwi i stanęłam naprzeciw męża.
– I co teraz?
Wzruszył ramionami.
– Nie wiem.
– Mam to puścić płazem? Jak zawsze?
– Przecież nie powiedziała nic, czego byś się nie spodziewała.
– A to, że grozi, że „to się może źle skończyć”? O co jej chodzi? Bo chyba nie o rozmowę przy herbacie?
– Pewnie była zdenerwowana. Emocje.
– A ja, jak mam emocje, to jestem histeryczką, a ona to ma prawo, tak? Ona może mówić wszystko, a ja mam się zamknąć i nie oddychać?
– Nie to powiedziałem.
– Nie powiedziałeś nic!
Wstał. Podszedł do okna. Oparł się o framugę.
– Nie chcę wojny.
– Nikt nie chce. I nie chcę, żeby moja córka dorastała w przekonaniu, że jej uczucia można wyrzucać do kosza, jeśli nie są wygodne.
Odwrócił się do mnie. Pierwszy raz od dawna spojrzał inaczej.
– Masz rację.
To było tyle. I aż tyle.
Przestałam się łudzić
Minęły trzy tygodnie. Zosia codziennie pytała, kiedy znowu pojedziemy do babci.
– Niedługo, kochanie. – Tak jej odpowiadałam. Bez przekonania. Bez planu.
W końcu mąż zaproponował, że pojedzie sam z Zosią.
– Chcę, żeby miały kontakt. Chociaż od czasu do czasu.
– To nie jest zła wola z mojej strony – powiedziałam spokojnie. – I nie po tym, jak mnie obraziła, tylko po tym, jak potraktowała Zosię. Jeśli chcesz tam jechać – droga wolna, ale Zosia zostaje ze mną.
– Nie możesz jej odcinać od babci.
– Nie odcinam. Chronię.
Westchnął. Przysiadł na brzegu krzesła.
– A gdyby mama… przeprosiła?
– To byłoby jak plaster na złamaną nogę. Pusty gest i nic więcej. Już nie mam siły się łudzić.
Spojrzałam na niego. On na mnie. I wtedy oboje zaśmialiśmy się smutno.
– Wiesz – powiedziałam – czasem rodzina to nie jest kwestia krwi, tylko tego, kto traktuje twoje dziecko z szacunkiem.
Zgodził się. Bez słów. Tylko kiwnął głową.
Ewelina, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wnuczka przyszła w Dzień Babci tylko po to, by wybadać, ile mam kasy. Od zawsze była łasa na pieniądze”
- „Jestem krawcową, więc uszyłam córce sukienkę na studniówkę. Nie miałam pojęcia, że się mnie wstydzi”
- „Wiedziałam, że córka nie powinna iść na studniówkę z tym chłopakiem. Wszystko to, co się stało, to moja wina”

