Reklama

Odkąd zmarł mój mąż Wiesiek, mieszkam sama w naszym trzypokojowym mieszkaniu w centrum miasta. To nie jest jakaś wielka rezydencja, ale dla mnie to świętość – mój dom. Tu przeżyłam pół życia. Tu są wszystkie wspomnienia – dobre i złe. Tu przychodziły do nas wnuki, zanim wszystko się zaczęło sypać.

Na emeryturze czas płynie inaczej. Poranki są ciche. Wstawiam wodę na herbatę, przemywam twarz zimną wodą i otwieram balkon – żeby poczuć świeże powietrze, posłuchać miasta. I często, kiedy siadam przy stole, nachodzi mnie ta sama myśl: że moja córka, Karolina, choć taka dorosła, czasem zachowuje się fatalnie.

Córka jest wyrachowana

Z Karoliną nigdy nie było łatwo. Już jako nastolatka miała swoje zdanie, swoją wizję świata. Wszystko musiało być na jej warunkach. Była chłodna, czasem wręcz okrutnie obojętna. Zawsze musiałam się starać, żeby ją do siebie zbliżyć – a i tak nie czułam wdzięczności. Prędzej wyrachowanie. Dzwoni rzadko. A jeśli już, to głównie wtedy, gdy czegoś potrzebuje. Ostatnio coraz częściej słyszę w jej głosie coś niepokojącego – jakieś niedopowiedzenia.

Mamo, powinnaś pomyśleć o przyszłości – rzuciła ostatnio przy obiedzie. – No wiesz... z wiekiem różne rzeczy mogą się zdarzyć. Może lepiej byłoby coś zrobić z tym mieszkaniem, zanim stanie się problemem?

Udawałam, że nie rozumiem. Ale doskonale wiedziałam, do czego pije. Że powinnam je „przekazać”, „zabezpieczyć”, „uprościć sprawy”. A między słowami słyszałam: „oddaj, zanim się rozmyślisz”.

Przyjaciele mówią, że jestem zbyt twarda, zbyt podejrzliwa. Ale ja po prostu nauczyłam się już, że nie każdy uśmiech oznacza dobroć, a nie każde pytanie wynika z troski. Zwłaszcza, gdy pochodzi od własnej córki.

Miała swój plan

– Mamo, mogę wpaść po pracy? – zapytała Karolina przez telefon. – Tylko na chwilę, mam coś do przegadania.

Czułam niepokój jeszcze zanim przekroczyła próg. Pachniała drogimi perfumami, płaszcz rzuciła niedbale na wieszak i usiadła jak u siebie.

– Kawy? – zapytałam.

– Jeśli masz z ekspresu, to chętnie – uśmiechnęła się. – Bo ta rozpuszczalna... – dodała półgłosem.

Zacisnęłam zęby. Usiadłam naprzeciw niej z filiżanką herbaty.

– No, mów. Co cię sprowadza?

– Mamo... – zaczęła, splatając dłonie. – Musimy porozmawiać poważnie. Ty jesteś już w takim wieku, że trzeba pomyśleć o przyszłości. O formalnościach. O mieszkaniu.

Spojrzałam na nią długo. Cicho. Patrzyłam, jak niecierpliwie poprawia włosy.

– O czym dokładnie?

– Chodzi o to, żebyś się zabezpieczyła. I... żeby to mieszkanie było już przypisane na mnie. Wiesz, formalnie. Testamenty są niepewne, a ja przecież i tak jestem jedyną spadkobierczynią. Tak będzie najrozsądniej.

Zamarłam. W gardle coś mi stanęło.

– Ty tak na serio?

– No przecież to logiczne! – Karolina zaczęła podnosić głos.

– Nie mieszkanie jest problemem – przerwałam jej drżącym głosem. – Problemem jesteś ty. Twoja chciwość, twoje zimne oczy, kiedy patrzysz na mnie jak na niepotrzebny mebel.

– Zawsze musiałaś robić z siebie ofiarę! – Karolina wstała gwałtownie. – Jesteś toksyczna, wiesz?! Dlatego tata zawsze siedział cicho!

– Dość! – krzyknęłam. – Wynoś się. Już.

Trzasnęły drzwi. Zostałam sama. W ciszy. Z bijącym sercem i łzami w oczach.

Nie jestem jeszcze stara

– I ona ci tak po prostu to powiedziała? – Danuta patrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami. – Że powinnaś jej oddać mieszkanie?

– Nie użyła słowa „oddać”. Ale sens był oczywisty. Żebym jej to przypisała, teraz, póki jeszcze mam „świadomość”.

– No nie wierzę... – mruknęła i nalała mi herbaty z cytryną. – Tereska, przecież to czysta kalkulacja. Ty jeszcze dobrze się trzymasz, nie jesteś żadną staruszką. A ta twoja córka... przepraszam, ale ona zachowuje się, jakby tylko czekała, aż zejdziesz z tego świata.

– Sama już nie wiem, Danusia... Może przesadzam. Może rzeczywiście powinnam jakoś to zabezpieczyć. Spisać testament.

– Albo przekazać użytkowanie komuś, komu naprawdę ufasz – dodała z ironicznym uśmiechem, po czym spoważniała. – A tak serio: pomyśl. Bo z tego, co mówisz, to twoja Karolinka już dawno rozrysowała sobie twoje mieszkanie na planie. Z salonu zrobi sobie biuro, a z twojej sypialni garderobę.

Zamyśliłam się. Przypomniałam sobie wszystkie te rozmowy, które z początku wydawały się przypadkowe: o znajomych, którzy „wszystko uporządkowali jeszcze za życia”, o babci Marka, która „zrobiła świetny ruch, przepisując dom wnuczce”. Czułam się osaczona. Jakbym była pionkiem w cudzej grze.

– Tyle razy jej wybaczałam, dawałam kolejne szanse, bo przecież to moja córka. Ale może to właśnie był błąd. Może przez to nigdy nie nauczyła się szacunku.

– Bo zawsze stawiałaś miłość ponad wszystko. A ona to wyczuła. I teraz próbuje sięgnąć po więcej. Bo myśli, że znów się zgodzisz. Ale ty się nie zgodzisz, prawda?

Spojrzałam na Danutę. Po raz pierwszy od dawna czułam, że ktoś naprawdę jest po mojej stronie.

Przestałam ufać córce

Przyszła z bukietem róż i czekoladkami. Dzień wcześniej zadzwoniła, że chciałaby pogadać na spokojnie. Że źle się z tym czuje. Że była zbyt impulsywna. Przez chwilę uwierzyłam, że może naprawdę coś do niej dotarło.

– Mamo, ja wiem, że źle to zabrzmiało wtedy – zaczęła już w przedpokoju. – Ale ja naprawdę chcę twojego dobra. Przecież to nie chodzi o mnie.

Włożyła płaszcz do szafy, usiadła w kuchni i zaczęła coś opowiadać o jakiejś koleżance, której matka zachorowała nagle i wszystko było nieprzygotowane. Woda zaczęła się gotować, a ja poszłam po kubki.

Wtedy usłyszałam, że coś dzwoni, a potem jak Karolina rozmawia z mężem.

– No i co? – usłyszałam jego głos. – Pogadałaś z nią?

– Tak, siedzę właśnie u niej – szepnęła Karolina. – Jest miękka. Myślę, że to kwestia dni.

– A jak się uprze?

– No to trzeba będzie ją przypilnować. Wiesz, żeby nagle nie wyskoczyła z czymś. Ona ma ostatnio jakieś pomysły.

– I co wtedy?

– No co, nic. Trzeba ją po prostu przekonać. Zrobić porządek, zanim będzie za późno.

Rozmowa się skończyła.

– Karolino. – przerwałam jej. – Słyszałam wszystko.

Zamarła.

– O czym ty mówisz?

– O telefonie. Rozmawiałaś z Markiem. „Miękka”. „Przekonać ją”. „Przypilnować”. Dobrze wszystko słyszałam.

– Mamo, ja... to nie tak...

– Właśnie tak. I wiesz co? Z taką córką nie chcę mieć już nic wspólnego.

Wstała gwałtownie. Drżały jej dłonie.

– Ty... ty jesteś niesprawiedliwa! Zawsze byłaś! – krzyknęła i wybiegła z mieszkania.

Podjęłam decyzję

Biuro notarialne było ciche i chłodne. Pachniało świeżo malowanymi ścianami i kawą z automatu. Czekałam na swoją kolej, trzymając w dłoni teczkę z dokumentami. Miałam ją od lat – skórzana, zniszczona przy zapięciu, ale trzymała się dzielnie. Jak ja.

– Pani Teresa? – kobieta zza ladą uśmiechnęła się uprzejmie. – Zapraszam.

Usiadłam przy dużym, drewnianym stole naprzeciw notariusza. Człowiek około pięćdziesiątki, schludny, w okularach. Przejrzał papiery i skinął głową.

– Czy jest pani pewna tej decyzji?

– Tak – odpowiedziałam stanowczo. – Po mojej śmierci chcę przekazać mieszkanie pani Danucie K. Wszystko tu jest.

Danuta siedziała obok mnie. Cicho. Spięta. Widziałam, jak jej palce zaciskają się na torebce.

– Tereniu... – szepnęła. – Nie musisz. Nie robię tego dla mieszkania.

– Wiem – uśmiechnęłam się słabo. – Ale ja muszę to zrobić. Dla siebie.

Podpisałam. Ręka mi drżała tylko przez chwilę. Kiedy stawiałam ostatni podpis, poczułam ulgę. Jakby ktoś zdjął mi z pleców ciężki plecak, który nosiłam przez lata.

Wyszłyśmy razem. Słońce przyjemnie grzało. Danuta nie powiedziała ani słowa aż do przystanku. Dopiero tam się odwróciła:

– Zrobiłaś coś bardzo odważnego.

– Zrobiłam coś, co było konieczne. Po raz pierwszy od lat nie czuję się jak czyjaś własność.

Wieczorem siedziałam sama w mieszkaniu. W tym samym fotelu, z którego tyle razy słuchałam zgryźliwych uwag Karoliny. I czułam... spokój.

Córka się wściekła

Pojawiła się bez zapowiedzi. W drzwiach stanęła z twarzą bladą od gniewu, płaszczem zarzuconym niedbale na ramiona i oczami, które od razu mnie przeszyły.

– Więc to prawda?! – krzyknęła, zanim zdążyłam się odezwać. – Przepisałaś mieszkanie tej... tej sąsiadce?!

– Danucie – odpowiedziałam spokojnie. – Ma imię.

– Ty jesteś nienormalna! Całe życie się poświęcałam, a ty mi robisz coś takiego?! – tupnęła obcasem o panele. – Jak mogłaś?!

– Poświęcałaś się? – uniosłam brwi. – W czym dokładnie? W braniu pieniędzy? W znikaniu na miesiące, a potem pojawianiu się tylko, gdy trzeba coś zyskać?

Nie masz prawa mnie oceniać!

– Ale ty masz prawo traktować mnie jak umierającą staruszkę, którą trzeba przypilnować? – wyrzuciłam. – Słyszałam wszystko, Karolina. Nie zapomniałam.

Zamarła. Przez chwilę myślałam, że coś powie, że przeprosi, ale nie. Na jej twarzy pojawił się tylko cień pogardy.

– Myślisz, że ci się upiecze? Że to się tak skończy? Zobaczymy się w sądzie!

– Idź – powiedziałam cicho, lecz stanowczo. – Groźby nic nie zmienią. To nie kara, to lekcja. Może ostatnia, jaką ci mogę dać jako matka.

– Jeszcze pożałujesz... – syknęła, odwracając się na pięcie.

– Już żałuję. Ale nie mieszkania. Żałuję, że wychowałam córkę, która nie zna słowa wdzięczność.

Trzasnęły drzwi. A ja zostałam. Sama. W moim mieszkaniu. Bez córki, bez krzyków. Cisza była jak balsam. Wyszłam na balkon. Popatrzyłam na niebo. Było czyste. Po raz pierwszy od dawna czułam, że mogę oddychać.

Teresa, 65 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama