Reklama

Mam córkę Zosię. Ojciec Zosi... no cóż, zostawił nas, kiedy miała trzy lata. Od tamtej pory jesteśmy tylko we dwie. Nigdy nie byłam kimś wyjątkowym. Pracuję w sklepie spożywczym na osiedlu – stoję za ladą, ważę wędliny, podaję ser, liczę drobniaki na kasie. Żyję skromnie. Czasem marzyłam o czymś więcej, ale z wiekiem człowiek przestaje marzyć. Zaczyna przeliczać wszystko na raty, rachunki, czynsz.

Zosia... Zosia była kiedyś moją małą córeczką. Przychodziła do mnie po bajkę na dobranoc, tuliła się do mnie, kiedy nie mogła zasnąć. A teraz? Teraz zamyka się w pokoju, słucha muzyki, pisze coś do koleżanek na telefonie. Patrzy na mnie tak, jakbym była z innego świata. Czasami czuję, że nie jestem już jej potrzebna – jakby rosła gdzieś obok mnie, nie ze mną.

Zbliżała się studniówka. Dla niej to najważniejszy dzień życia. Dla mnie? Kolejny problem do rozwiązania. Bo jak tu być dobrą matką, kiedy portfel świeci pustkami, a dziecko patrzy na ciebie z nadzieją? Tyle razy mówiłam sobie, że dam radę. Że przetrwamy. Ale kiedy Zosia pokazała mi tę sukienkę... coś we mnie pękło.

Pokłóciłyśmy się

– Mamo, zobacz! – Zosia wbiegła do kuchni z telefonem w ręku. – To ta! Ta, o której mówiłam! – podała mi ekran, a na nim modelka w długiej, czerwonej sukni z rozcięciem na udzie i koronkową górą.

Zerknęłam, pokiwałam głową.

– Ładna – przyznałam, choć bardziej mnie zainteresowała cena w prawym dolnym rogu. – 1499 zł?! – zakrztusiłam się herbatą. – Zosia, przecież to prawie połowa mojej wypłaty!

– No i co? – wzruszyła ramionami. – To moja jedyna studniówka w życiu. Wszystkie dziewczyny mają suknie za minimum tysiąc. To nie jest żadna fanaberia, tylko norma!

– Norma?! W jakim świecie?! – poderwałam się od stołu. – Ty wiesz, ile kosztuje życie? Prąd, gaz, kredyt?

– No to może powinnam zostać w domu?! – krzyknęła. – Najlepiej w dresie! Bo przecież twoje życie to tylko oszczędzanie, liczenie groszy i narzekanie!

Zamurowało mnie.

– Wiesz co? – ciągnęła, patrząc mi prosto w oczy. – Ty nigdy mi nic nie dałaś. Wszystko tylko „nie wolno”, „nie stać nas”, „może za miesiąc”. Żałuję, że nie mieszkam z tatą. Może tam miałabym normalne życie!

Jakby mi kto w twarz strzelił. Milczałam. Bałam się, że jak się odezwę, to się rozryczę. Ale nie mogłam się powstrzymać.

Twój tata od 15 lat nie dał ani grosza. I nie zapytał nawet o ciebie – powiedziałam chłodno.

Zosia już wychodziła z kuchni. Odwróciła się jeszcze raz.

– I tak byłoby pewnie mi lepiej z nim niż z tobą.

Zatrzasnęła drzwi. Usiadłam z powrotem. Ręce mi się trzęsły. Nie przez sukienkę. Przez to, jak bardzo jej nie rozumiem. Albo jak bardzo przestałam być dla niej kimkolwiek.

Zawsze brakowało pieniędzy

– No i co ja miałam jej powiedzieć? – westchnęłam, mieszając łyżeczką w styropianowym kubku z kawą. – Że mam schowane tysiąc pięćset pod materacem? Że rzucę wszystko i kupię jej kieckę, jakbyśmy byli bogaci?

– Magda... – Basia spojrzała na mnie z troską. – Nie chodzi o tę sukienkę. Chodzi o to, że ona czuje, że nic nie dostaje. Emocjonalnie też.

– A ja co?! Przepraszam, że nie mam konta w banku pełnego pieniędzy, ale oddałam jej całe życie. Odmawiałam sobie wszystkiego. Wakacji, butów, nawet głupiej szminki. I to wszystko nic na nic, bo ona i tak uważa, że jestem nikim!

Basia milczała chwilę, zanim odezwała się spokojnie:

– Może dlatego, że od lat wszystko trzymasz na krótkiej smyczy. Zosia nie zna innego świata niż odmawianie sobie wszystkiego. Jak ma uwierzyć, że może czegoś chcieć?

Przewróciłam oczami.

– No jasne. Teraz ja jestem winna, że nie miała dzieciństwa jak z reklamy.

– Magda... – Basia nachyliła się. – To, że jesteś zmęczona, nie znaczy, że nie kochasz. Ale Zosia może tego nie widzieć. Może myśli, że twoje zmęczenie to złość na nią.

Zamilkłam. Kiedy ostatni raz powiedziałam Zosi coś miłego? Że jest piękna? Mądra? Że jestem z niej dumna? W głowie przewijały mi się obrazy – Zosia w przedszkolu, w białych rajstopkach, jak śpiewa „Płynie Wisła, płynie”. Zosia, która tuli się do mnie, bo sąsiad ją wystraszył. Zosia, która dziś patrzy na mnie jak na wroga. Może faktycznie... coś przegapiłam.

Córka była szczera

– Czasem mam wrażenie, że ona mnie nienawidzi – powiedziałam do Basi przez telefon następnego dnia, siedząc wieczorem przy kuchennym stole. – Jakby żałowała, że się urodziła w moim domu. I że to ja jestem jej matką.

– Magda... – Basia próbowała coś powiedzieć, ale nie zdążyła. Usłyszałam cichy trzask.

Zosia stała w drzwiach. Bosa, z rozczochranymi włosami, blada jak ściana.

– Nie podsłuchiwałam. Po prostu... poszłam po wodę – powiedziała cicho. – Ale wszystko słyszałam.

Wstałam od stołu, zbita z tropu.

– Zosiu... Ja...

Ty naprawdę tak myślisz? – zapytała, nie patrząc mi w oczy. – Że cię nienawidzę?

Milczałam. Bo nie wiedziałam, co powiedzieć.

– Ja się po prostu... boję, że cię ranię. Ale ty mnie też ranisz, mamo. Czasem tak mocno, że nie mogę oddychać.

– Myślałam, że... że jak dam ci dach nad głową, jedzenie, szkołę, to wystarczy – powiedziałam powoli. – Ale chyba się pomyliłam.

Zosia usiadła przy stole, tuż obok mnie. Po raz pierwszy od dawna nie uciekała. Nie krzyczała.

– Ty naprawdę myślisz, że ja niczego od ciebie nie dostałam? – zapytała. – A ja chciałam tylko jedną noc, żeby poczuć się kimś. Żeby choć raz nie być tą biedną dziewczyną z osiedla.

Popatrzyłam na nią. Na jej smutne oczy, które powinny błyszczeć przed studniówką. I pierwszy raz od dawna poczułam się naprawdę stara.

Tego się nie spodziewałam

Siedziałam sama w salonie, przeglądając stare zdjęcia. Na jednym Zosia miała może cztery lata – uśmiechnięta, w czerwonym sweterku, trzymała mnie za szyję. Pamiętałam ten dzień. Robiłyśmy pierogi i wszystkie się rozpadły. Śmiałyśmy się, jadłyśmy je łyżką z jednego talerza.

Sięgnęłam do drugiego pudełka. Listy od komornika, nieopłacone rachunki, karteczki „zapłacić do...”. I jeden stary list – od Tomasza, ojca Zosi. Sprzed lat. Pisał wtedy, że „przeprasza, ale nie potrafi być ojcem”. Nigdy nie oddzwonił, nigdy nie zapytał, czy córka lubi lody malinowe, czy boi się ciemności. Nic. Usłyszałam, jak trzasnęły drzwi.

– Zosia? – zawołałam. Cisza.

Wybiegłam na klatkę schodową. Już jej nie było. Nie odbierała telefonu. Serce biło mi jak szalone. Wróciła dopiero po dwudziestej trzeciej. Cicho weszła do mieszkania. Zdjęła buty.

– Byłam z tatą – powiedziała, nim zdążyłam zapytać. – Znalazłam go w mediach społecznościowych. Napisałam do niego. Przyjechał.

Stałam jak wmurowana.

– Mówił, że nie wiedział, że jestem w liceum. Że czas mu uciekł. Nie wyglądał na kogoś, kto się cieszy. Raczej jakby był... zawstydzony.

– A ty? – spytałam. – Cieszyłaś się?

– Nie wiem. Chyba nie. Myślałam, że to coś zmieni. Ale nie zmieniło. On mnie nie zna, mamo. A ty znasz mnie aż za dobrze.

Chciałam coś powiedzieć, ale tylko skinęłam głową. Zosia przeszła obok mnie i zamknęła się w swoim pokoju.

Mamy tylko siebie

Było już po północy, kiedy usłyszałam, jak Zosia wychodzi z pokoju. Wyszłam z sypialni i spotkałyśmy się w kuchni. Obie w piżamach, z rozczochranymi włosami, jakbyśmy wróciły do dawnych lat – tylko żadna z nas się już nie śmiała.

– Nie śpisz? – zapytałam.

– Nie mogę zasnąć – odpowiedziała. – Ty też nie?

Pokręciłam głową. Zrobiłam herbatę. Usiadłyśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole, z tym samym kubkiem w dłoniach, co zawsze. Ale coś było inaczej. Jakbyśmy obie zrozumiały, że nie można już dalej udawać.

Wiem, że to głupie, mamo – zaczęła, bawiąc się łyżeczką. – Ta sukienka. Ta cena. Ale to nie o nią chodziło.

Spojrzałam na nią uważnie.

– A o co?

– O to, żebyś raz w życiu powiedziała: zasługujesz na coś więcej niż resztki. Na coś pięknego. Że nie muszę być zawsze tą rozsądną, skromną, grzeczną.

Zacisnęłam usta. Nie dlatego, że nie miałam co powiedzieć. Ale dlatego, że każde słowo, które chciałam wypowiedzieć, wydawało się za małe.

– Myślałam, że wystarczy, że cię kocham – szepnęłam. – Ale może nie wystarczyło.

Zosia spuściła wzrok.

– Nie wiedziałam, jak ci to powiedzieć. Bałam się, że mnie wyśmiejesz. Albo znowu powiesz, że nie masz z czego.

– Bo często nie mam – odpowiedziałam cicho. – Ale to nie znaczy, że nie chciałabym ci dać wszystkiego.

Siedziałyśmy jeszcze chwilę w ciszy.

– Wiesz, mamo... ja już chyba tej sukienki nie chcę.

Spojrzałam na nią zdziwiona.

– Chcę tylko wiedzieć, że mnie kochasz i że zawsze będziesz przy mnie.

Łzy napłynęły mi do oczu.

– Nigdy w to nie wątp, Zosiu. Nigdy.

Magdalena, 47 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama