„Co roku w walentynki otrzymuję od męża wyjątkową niespodziankę. Koleżanki uważają, w tym wieku to już nie wypada”
„Skręcało mnie od środka. Poczułam się, jakbym robiła coś niewłaściwego. Nawet przestałam się odzywać. Kiedy potem wracałam do domu, ciągle słyszałam w głowie ich słowa. Zaczęłam się zastanawiać — może rzeczywiście powinniśmy przestać? Może już czas być poważnym?”.

Od zawsze uważałam, że rutyna jest wrogiem miłości. Choć z mężem jesteśmy razem już ponad trzydzieści lat, nie pozwoliliśmy, by codzienność nas przytłoczyła. Co roku, bez względu na pogodę, sytuację czy nastroje, w walentynki mój mąż przygotowywał dla mnie niespodziankę. Były to rzeczy drobne i duże, śmieszne i wzruszające — nigdy nie wiedziałam, czego się spodziewać. Z czasem ten nasz zwyczaj stał się niemal świętością. I chociaż dla mnie każda taka chwila była bezcenna, z czasem zaczęłam słyszeć od znajomych złośliwe komentarze.
„Po co wam to jeszcze? Przecież jesteście już starzy” — rzucały w żartach.
Czułam się rozdarta między własnym szczęściem a krytyką ze strony kobiet, które znałam całe życie. Czy naprawdę byliśmy śmieszni? Czy to ze mną było coś nie tak? Ta walka trwała w mojej głowie coraz częściej, zwłaszcza gdy kolejna walentynkowa niespodzianka wywoływała nowe plotki i docinki.
Skręcało mnie od środka
Najgorsze były te nasze poniedziałkowe spotkania przy kawie. Siedziałyśmy w tej samej kawiarni od lat, zawsze w tym samym składzie. W powietrzu unosił się zapach świeżo mielonej kawy i odrobinę za słodkich ciast, które, jak żartowała Basia, „same się zjadały”. Z reguły rozmowy schodziły na dzieci, wnuki i zdrowie. Jednak w lutym temat zawsze zbaczał w stronę walentynek. Któraś z nich pytała wtedy z udawaną powagą:
— No i co, Irenko, znowu ci twój coś wymyślił na te walentynki? Nie znudziło mu się jeszcze?
Rozbrzmiewały śmiechy, chichoty, a ja udawałam, że mnie to nie rusza. Starałam się nie tłumaczyć, nie usprawiedliwiać. W końcu to mój mąż i moje życie, prawda? Jednak w głębi duszy te kpiny bolały bardziej, niż chciałam się przyznać. Ostatnio Halina nie wytrzymała i wypaliła:
— Dajcie spokój, przecież to nie przystoi w tym wieku. My tu już babcie, a ona jeszcze z czekoladkami i kwiatkami biega. Wstyd by mi było!
Skręcało mnie od środka. Poczułam się, jakbym robiła coś niewłaściwego. Nawet przestałam się odzywać. Kiedy potem wracałam do domu, ciągle słyszałam w głowie ich słowa. Zaczęłam się zastanawiać — może rzeczywiście powinniśmy przestać? Może już czas być „poważnym”?
Zaskoczył mnie
Wieczorem, kiedy siedziałam przy stole i udawałam, że czytam gazetę, mąż podszedł do mnie z kubkiem herbaty. Miałam wrażenie, że od razu wyczuł mój zły nastrój. Usiadł obok, nie patrząc na mnie, i zaczął coś opowiadać o nowym programie ogrodniczym, który odkrył w telewizji. Udawałam, że słucham, ale w rzeczywistości krążyłam myślami gdzie indziej. W końcu nie wytrzymałam i westchnęłam ciężko.
— Coś się stało? — spytał spokojnie.
— A jak myślisz? — rzuciłam nieco zbyt ostro, sama się tego wstydząc.
Przez chwilę milczał, potem cicho powiedział:
— Znowu ci dokuczały, co?
Zaskoczył mnie. Zawsze wiedział, kiedy coś mnie gryzło. Czułam, jak narasta we mnie żal, a zarazem wdzięczność, że to właśnie on jest obok. Nie odpowiedziałam, tylko kiwnęłam głową. Mąż delikatnie dotknął mojej dłoni.
— Wiesz, Irenko, ja to robię, bo cię kocham. I nawet gdyby miał się śmiać cały świat, dla mnie liczy się tylko twoja mina, jak otwierasz kolejną niespodziankę.
Uśmiechnęłam się, choć łzy cisnęły mi się do oczu. W jego oczach widziałam szczerość, której nie chciałam stracić tylko dlatego, że komuś to przeszkadza.
Tego nie dało się nie docenić
Kiedy nadszedł czternasty lutego, od rana czułam napięcie. Z jednej strony wyczekiwałam tego dnia, z drugiej — bałam się reakcji koleżanek, bo przecież wiedziałam, że zaraz wszystko wywęszą. Mąż zachowywał się, jakby nic nie planował. Snuł się po domu w starym swetrze, oglądał wiadomości, wychodził do sklepu. Byłam pewna, że tym razem się poddał. Może rzeczywiście wziął sobie do serca te wszystkie uwagi? Próbowałam sobie wmówić, że wcale mi nie zależy, ale im dłużej nic się nie działo, tym bardziej byłam rozczarowana.
Dopiero po obiedzie zadzwonił domofon. W słuchawce rozległ się znajomy głos dostawcy:
— Pani Ireno, przesyłka!
Zeszłam do drzwi, a tam wielkie pudło przewiązane czerwoną wstążką. Na środku naklejona była kartka: „Dla mojej żony na zawsze”. Z trudem dotaszczyłam je na górę, mąż tylko patrzył z tajemniczym uśmiechem. Gdy otworzyłam pudło, aż parsknęłam śmiechem. W środku leżał stary album z naszymi zdjęciami i dwa bilety do kina. Wybrał film, na którym byliśmy na naszej pierwszej randce.
— Zatańczysz ze mną jeszcze raz? — spytał, podając mi dłoń.
Serce ścisnęło mi się ze wzruszenia. Tego nie dało się nie docenić.
Zaczęłam unikać koleżanek
Kiedy wróciłam do domu po tym wspólnym wieczorze, myślałam tylko o tym, jak bardzo kocham tego człowieka. Z trudem zasnęłam, z głową pełną wspomnień i planów na przyszłość. Niestety, już następnego dnia spotkałam Basię w sklepie. Nie zdążyłam nawet dobrze wejść, a ona od razu zaczęła:
— O, widziałam na Facebooku, że znowu mieliście te swoje walentynki. No, no, szalejecie! — rzuciła niby w żartach, ale w jej głosie czułam ironię.
Zaczerwieniłam się i zaczęłam nerwowo przeglądać warzywa, jakby od tego zależało moje życie. Basia nie dawała za wygraną.
— Nie boisz się, że ludzie się z was śmieją? Ja bym tak nie mogła. To chyba już czas poważnieć, nie uważasz?
Chciałam coś powiedzieć, ale w gardle mi zaschło. Po prostu się odwróciłam i wyszłam, zostawiając zakupy. Serce waliło mi jak młotem. Cały dzień nie mogłam się pozbierać. Przez głowę przelatywały mi urywki rozmów i śmiechy z kawiarni. Czy rzeczywiście byłam śmieszna? Czy moje szczęście naprawdę tak raziło innych? Zaczęłam unikać koleżanek, nie odbierałam telefonów. W domu udawałam, że wszystko jest w porządku, ale czułam się coraz bardziej samotna.
Może wcale nie byłam śmieszna
Kilka dni później, kiedy pogoda zrobiła się wyjątkowo brzydka, znów przyszło mi siedzieć samotnie w domu. Mąż majsterkował w garażu, a ja patrzyłam przez okno na szare niebo i przemoknięte ulice. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Otworzyłam z wahaniem i zobaczyłam Halinę. Stała tam w swoim płaszczu, z miną mniej złośliwą niż zwykle.
— Możesz chwilę pogadać? — spytała cicho.
Niepewnie zaprosiłam ją do kuchni. Przez dłuższą chwilę siedziałyśmy w milczeniu. W końcu Halina odchrząknęła.
— Wiesz, Irena, chciałam ci powiedzieć, że... czasem ci zazdroszczę. Ja i mój Stefan już dawno przestaliśmy cokolwiek dla siebie robić. Wszystko stało się takie... obojętne. Może śmieję się z was, bo mi tego brakuje.
Patrzyłam na nią, zaskoczona jej szczerością. Pierwszy raz poczułam, że te kpiny to nie tylko złośliwość, ale i smutek. Halina ścisnęła moją dłoń.
— Róbcie to dalej. Nawet jeśli my się śmiejemy, to przynajmniej macie coś, czego wielu może wam tylko pozazdrościć.
Te słowa wlały we mnie spokój. Może wcale nie byłam śmieszna, tylko... odważna?
Zakończenie: Własna droga do szczęścia
Tamtego wieczoru długo rozmyślałam o rozmowie z Haliną. Zrozumiałam, jak łatwo dać się przekonać, że cudze oczekiwania są ważniejsze od własnego szczęścia. Przez lata przyzwyczaiłam się do tego, że trzeba się dopasowywać, nie wychylać, nie wzbudzać zazdrości czy śmiechu. Dopiero szczera rozmowa z kimś, kto znał moje życie od podszewki, pozwoliła mi spojrzeć na siebie inaczej. Mąż, który właśnie wszedł do kuchni z mokrymi od deszczu włosami, popatrzył na mnie pytająco.
— Wszystko w porządku? — spytał, ocierając dłonie o spodnie.
Podeszłam do niego i po prostu się przytuliłam. Po raz pierwszy od dawna nie czułam się winna ani zawstydzona swoim szczęściem. Poczułam dumę, że mimo lat, mimo opinii innych, potrafimy wciąż pielęgnować naszą bliskość. Przestałam odbierać złośliwości koleżanek jako coś, co powinno mnie ograniczać. Może kiedyś one też zrozumieją, że nigdy nie jest za późno na gesty czułości. Teraz wiem, że najważniejsze to mieć odwagę żyć po swojemu. Nawet jeśli czasem budzi to śmiech, to nasza miłość, nasza historia. I nie zamieniłabym jej na żadną inną.
Irena, 62 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Podczas ferii odkryłam, że jestem w ciąży. Ojciec dziecka uznał, że wybrałam kiepski moment”
- „Chciałam, żeby dzieci choć raz miały lepsze ferie. Z naszym budżetem mogę zapomnieć o weekendzie w Tatrach”
- „Mąż traktował mnie jak powietrze. Kiedy spotkałam kogoś, kto mnie dostrzegł, nie wahałam się ani chwili”

