Reklama

Po koszmarnym rozwodzie, walce o alimenty i roku, który przeżuł mnie i wypluł, spakowałam dzieci do starego kombi i ruszyłam na południe. Myślałam, że jadę do ciotki na pierogi i sanki. Że największym wyzwaniem będzie brak Wi-Fi i fochy mojej nastoletniej córki.

Potrzebowałam resetu

Wyjazd z Warszawy przypominał ewakuację przed nuklearną zagładą. Bagażnik mojego dziesięcioletniego Forda ledwo się domykał, wypchany kombinezonami, zapasem jedzenia, jakbyśmy jechali na Syberię, i toną zabawek, które miały zapewnić spokój sześcioletniemu Kubusiowi. Na tylnym siedzeniu siedziała Maja – czternastolatka, która uważała ten wyjazd za zbrodnię przeciwko ludzkości, a konkretnie przeciwko jej życiu towarzyskiemu.

– Mamo, tam nawet nie ma zasięgu LTE – jęknęła, nie odrywając wzroku od telefonu, jakby chciała nasycić się ostatnimi bajtami cywilizacji.

– O to właśnie chodzi, kochanie. O detoks – odpowiedziałam, choć sama czułam, jak powieki ciążą mi od niewyspania.

Byłam samotną matką. To brzmi jak diagnoza, ale dla mnie to była po prostu codzienna walka o przetrwanie. Mój były mąż, Tomek, zostawił nas dla instruktorki jogi, która „rozumiała jego czakry”. Ja rozumiałam tylko tyle, że zostałam z kredytem i dwójką dzieci, które potrzebowały ojca, a miały tylko zmęczoną matkę. Te ferie u ciotki Haliny w małej wsi pod Gorcami miały być moim resetem. Darmowe lokum, góry, świeże powietrze. Ale los, jak to zwykle bywa, miał specyficzne poczucie humoru.

Mieliśmy pecha

Gdzieś w połowie drogi, na ośnieżonej serpentynie, usłyszałam huk, a potem złowieszcze szuranie metalu o asfalt. Tłumik opadł jak moje nadzieje na spokojną podróż. Zjechałam na pobocze, w zaspę, czując, jak w gardle rośnie mi gula płaczu.

– Mamo, co się stało? – Kubuś wychylił się z fotelika, ściskając pluszowego dinozaura.

– Nic, kochanie. Mała awaria.

Wyszłam na zewnątrz. Mróz uderzył mnie w twarz. Było ciemno, sypał gęsty śnieg, a ja stałam w cienkiej kurtce, patrząc na rurę wydechową ciągnącą się po ziemi. Wtedy zobaczyłam światła. Wielkie, czarne auto zwolniło i zatrzymało się obok. Serce podeszło mi do gardła. Oglądałam za dużo filmów kryminalnych. Szyba zjechała w dół.

– Pomóc pani? – Głos był niski, chropowaty, idealnie pasujący do brodatego mężczyzny w czapce, który na mnie patrzył.

– Tłumik… chyba urwałam – wydukałam, szczękając zębami.

– Proszę wsiąść do auta, zamarźnie pani. Zaraz to podwiążę.

Zrobił to w pięć minut. Kiedy skończył, podszedł do mojej szyby, strzepując śnieg z ramion.

– Dojedzie pani do warsztatu w Rabce. Ale powoli.

– Dziękuję. Ile jestem dłużna?

Spojrzał na dzieciaki na tylnym siedzeniu, potem na mnie.

– Szerokiej drogi. Uważa pani na zakrętach, jest szklanka.

Byłam wykończona

Dom ciotki Haliny pachniał woskiem, suszonymi grzybami i czymś nieuchwytnym – starością, która nie chce odejść. Ciotka, kobieta o posturze czołgu i sercu gołębicy, przywitała nas, jakbyśmy wrócili z wojny.

– Patrycja! Boże, dziecko, jak ty wyglądasz! Cienie pod oczami masz jakby cię kto pobił. A ten twój to niech go piekło pochłonie, że cię tak zostawił – zaczęła swój monolog, zanim jeszcze zdjęliśmy buty.

Pierwszy wieczór upłynął na karmieniu nas ilościami jedzenia, które zabiłyby konia. Ale atmosfera była gęsta. Ciotka co chwilę zerkała na okno wychodzące na las i sąsiednie wzgórze, gdzie majaczył jakiś nowo wybudowany dom z bali.

– Co tam tak patrzysz, ciociu? – zapytałam, usypiając Kubusia na kolanach.

– A, nic. Tylko ten wilk tam siedzi. – Ciotka splunęła symbolicznie przez ramię. – Borys.

– Borys?

– Syn sąsiada. Wrócił z zagranicy, wykupił ziemię pod lasem, tę, co dziadek twój o nią walczył w sądzie dwadzieścia lat. Złodziej, jak ojciec. Postawił tartak, hałasuje, i jeszcze drogę nam zagradza swoimi maszynami. Mówię ci, trzymaj się od tamtej strony z daleka. To zły człowiek.

Pokiwałam głową, zbyt zmęczona, by drążyć.

Spotkałam go

Trzeciego dnia pobytu Maja przeszła samą siebie. Zabrałam jej telefon, bo zasięg jednak chwytał w jednym rogu pokoju, a ona nie chciała wyjść na spacer. Awantura skończyła się trzaśnięciem drzwiami. Zostałam sama z Kubusiem, który koniecznie chciał ulepić bałwana.

Wyszliśmy przed dom. Śnieg był idealny, lepki. Kubuś biegał jak szalony, a ja, opatulona w szalik, poczułam po raz pierwszy od miesięcy spokój. I wtedy usłyszałam warkot piły. Dochodził z „zakazanej strefy” – terenu Borysa. Kubuś, zafascynowany hałasem, pobiegł w tamtą stronę, zanim zdążyłam zareagować.

– Kuba, stój! – krzyknęłam, rzucając się w pogoń przez zaspy.

Dobiegłam do granicy lasu, gdzie stała wielka szopa. Mój syn stał z otwartą buzią, patrząc na mężczyznę rąbiącego drewno. Mężczyzna zdjął nauszniki i odwrócił się. To był facet z trasy. Teraz, w świetle dnia, widziałam go wyraźniej. Miał ciemne włosy przyprószone trocinami i ciało kogoś, kto fizyczną pracą zarabia na chleb, a nie buduje formę na siłowni dla lajków na Instagramie.

– O, mały uciekinier – powiedział, opierając się o siekierę. Uśmiechnął się. – A mama, widzę, znowu w tarapatach.

Ostrzegała mnie

– Nie w tarapatach, tylko pilnuję syna – warknęłam, próbując złapać oddech. Ciotczyne ostrzeżenia huczały mi w głowie. – Kuba, chodź tutaj.

– Spokojnie, nie gryzę. W przeciwieństwie do psa sąsiadów – zaśmiał się Borys. – Sprawdziła pani ten tłumik?

– Tak, działa. Dziękuję, ale musimy już iść. Ciocia Halina…

– ...pewnie naopowiadała pani, że zjadam dzieci na śniadanie i kradnę kury? – przerwał mi, a w jego oczach pojawił się błysk ironii.

Zaczerwieniłam się.

– Coś w tym stylu.

– Borys jestem – wyciągnął rękę. Była szorstka, duża i ciepła.

Kiedy go dotknęłam, poczułam impuls, który przeszedł mi przez ramię prosto do serca. Byłam samotna od dwóch lat, moje ciało zapomniało, jak to jest reagować na mężczyznę. To było… szokujące.

– Patrycja.

– Ładnie. Pasuje do pani. Niech pani uważa na ten zjazd przy kapliczce, lód tam trzyma do kwietnia.

Słuchał mnie

Zabrałam Kubę i odeszłam szybko, czując na plecach jego wzrok. Nie potrafiłam przestać o nim myśleć przez resztę dnia. Dlaczego czarna owca wsi ma tak hipnotyzujące oczy? Przez następny tydzień nasze drogi przecinały się dziwnie często. A to spotkałam go w jedynym sklepie w okolicy, gdzie kupował karmę dla psa, wielkiego owczarka, który wyglądał groźnie, ale dał się głaskać Kubusiowi, a to mijał nas na drodze, zawsze zwalniając.

Dowiedziałam się, że plotki były… no cóż, napompowane. Siedział w więzieniu? Nie, pracował na platformach wiertniczych w Szkocji. Pił? Kiedyś, po śmierci matki, ale teraz był trzeźwy. A konflikt o ziemię? Okazało się, że to ciotka Halina nie chciała ustąpić metra gruntu, który w geodezji należał do niego.

– Ludzie tutaj mają długą pamięć, ale krótkie pojęcie o prawdzie – powiedział mi kiedyś, gdy spotkaliśmy się „przypadkiem” na spacerze.

Maja została w domu z bólem gardła, a Kuba budował bazę w śniegu obok nas.

– Dlaczego tu wróciłeś, skoro wszyscy są przeciwko tobie? – zapytałam.

– Bo to mój dom. Uciekanie nic nie daje. Problemy biegną szybciej niż my. Ty też uciekasz, prawda?

Jego przenikliwość mnie rozbroiła. Opowiedziałam mu o Tomku. O tym, jak czuję się bezwartościowa, jakby ktoś wyrwał mi kawałek duszy. Nie planowałam tego, ale słowa wylewały się ze mnie jak tama.

Potrzebowaliśmy pomocy

Borys słuchał. Nie przerywał, nie dawał dobrych rad. Po prostu słuchał. W pewnym momencie zdjął rękawiczkę i kciukiem starł łzę z mojego policzka.

– On jest idiotą. Ślepym idiotą.

W tamtym momencie czas się zatrzymał. Patrzyłam na jego usta i marzyłam, żeby mnie pocałował. Tu, na mrozie, przy drodze, na oczach całej wsi. To było szaleństwo. Byłam matką, kobietą po przejściach, a on był miejscowym banitą, ale chemia między nami była tak gęsta, że można ją było kroić tą jego siekierą.

– Muszę iść – szepnęłam, uciekając wzrokiem.

– Wiem – odpowiedział cicho, ale nie cofnął ręki. – Ale wiedz jedno. Jeśli będziesz czegoś potrzebowała… czegokolwiek… jestem za płotem.

Kryzys nadszedł dwa dni przed końcem ferii. Halny wiał tak, że myślałam, iż zerwie dach. Prąd wysiadł w całej wsi około osiemnastej. Ciotka Halina zapaliła świece i zaczęła odmawiać różaniec, narzekając na koniec świata. W domu robiło się coraz zimniej. Piec centralnego ogrzewania wymagał pompy elektrycznej. Mieliśmy kominek, ale skończyło się drewno. Ciotka, w swojej oszczędności, nie zamówiła dostawy przed zimą.

– Zamarzniemy tu! – Maja panikowała, owinięta w trzy koce.

– Spokojnie – próbowałam zachować zimną krew, choć sama dygotałam. – Pójdę do drewutni, może coś tam jeszcze jest.

Nie miałam wyjścia

Wyszłam w ciemność. Wiatr mało nie urwał mi głowy. W drewutni było pusto, same wióry. Byłam zdesperowana. Wiedziałam, co muszę zrobić. Pobiegłam w stronę domu Borysa. Widziałam słabe światło w jego oknie – pewnie miał agregat. Waliłam w drzwi pięściami. Otworzył niemal natychmiast.

– Patrycja? Co się stało?

– Nie mamy drewna. Piec stanął. Dzieci marzną. Ciotka…

– Wchodź – wciągnął mnie do środka. U niego było ciepło. Pachniało gulaszem.

– Nie mogę zostać. Muszę wziąć drewno i wracać. Błagam, Borys, sprzedaj mi trochę.

– Zwariowałaś? Nie sprzedam ci. Pomogę ci zanieść.

Zapakował wielkie sanki drewnem. Przeciągnęliśmy je przez zaspy w absolutnej ciemności, walcząc z wiatrem. Kiedy dotarliśmy do domu ciotki, weszliśmy tylnym wejściem. Borys rozpalił w kominku z wprawą, która mnie zafascynowała. Ogień buchnął wesoło. Maja i Kuba, widząc ciepło, zeszli na dół. Borys, ten „zły człowiek”, zaczął pokazywać Kubusiowi cienie na ścianie, a z Mają… zaczął rozmawiać o muzyce. Okazało się, że znał zespoły, których słuchała. Moja naburmuszona córka uśmiechnęła się pierwszy raz od tygodnia.

Chciałam tego

Kiedy dzieci zasnęły na dywanie przed kominkiem, zostaliśmy sami.

– Dziękuję. Uratowałeś nas – powiedziałam, podając mu kubek herbaty, którą zagotowaliśmy na kozie w kuchni.

– Nie ma za co. Sąsiedzi powinni sobie pomagać, nawet jeśli ciotki rzucają klątwy.

Siedzieliśmy na podłodze. Ogień rzucał na jego twarz tańczące cienie. Napięcie, które rosło od dni, sięgnęło zenitu.

– Nie powinnam… to skomplikowane. Jestem matką, mieszkam w Warszawie, ty tu… to nie ma sensu.

– A czy wszystko musi mieć sens? – Przysunął się bliżej. – Czy ty w ogóle robisz w życiu coś dla siebie, czy tylko dla innych?

To pytanie trafiło w sedno. Rozpłakałam się, nie z smutku, ale z nadmiaru emocji. Borys objął mnie. Nie było w tym nic drapieżnego, tylko czysta, męska opiekuńczość. Ale kiedy podniosłam głowę, nasze usta były centymetry od siebie.

To był moment

Pocałunek był delikatny. Jego broda drapała moją skórę. Czułam się, jakby piorun trafił w środek mojego poukładanego, smutnego życia. Całowaliśmy się, jakby jutra miało nie być. Zapomniałam o byłym mężu, o kredycie, o ciotce za ścianą. Liczył się tylko on i ten ogień.

– Zostań – szepnął mi do ucha.

– Nie mogę. Dzieci są tutaj.

– Wiem. Ale nie mówię o dzisiaj. Mówię… w ogóle. Nie uciekaj znowu.

To była najtrudniejsza i najpiękniejsza noc w moim życiu. Nie poszliśmy do łóżka – szacunek do sytuacji i dzieci na to nie pozwalał – ale intymność, którą zbudowaliśmy szeptami przy kominku, była czymś więcej niż seks. Rano wiatr ustał. Prąd wrócił i weszła ciotka Halina. Zobaczyła Borysa śpiącego na fotelu, bo został, żeby pilnować ognia, mnie robiącą śniadanie i dzieci bawiące się jego czapką. Jej wrzask mógłby kruszyć szkło.

– Ty?! W moim domu?! Diabeł! Wynocha! A ty, Patrycja?! Wstyd! Hańba! Sprowadzasz gacha pod dach rodziny?! I to kogo?! Wroga?!

Była wściekła

Stałam tam z patelnią w ręku, serce waliło mi jak młot. Spojrzałam na Borysa. Wstał spokojnie, zasłonił mnie sobą.

– Pani Halino, uratowałem pani dom przed zamarznięciem. Trochę wdzięczności.

– Wdzięczności?! Ukradłeś ziemię! A teraz mieszasz w głowie tej biednej dziewczynie!

I wtedy coś we mnie pękło. Lata bycia „grzeczną Patrycją”, która robi to, co wypada.

– Dość! – krzyknęłam tak głośno, że ciotka zamilkła z otwartymi ustami. – Borys przyniósł drewno, kiedy ty spałaś! Uratował nas! I nie jest żadnym wrogiem. Jest dobrym człowiekiem. A ja mam prawo decydować, z kim piję kawę i kto jest w moim życiu. Mam trzydzieści osiem lat, ciociu. Nie jestem dzieckiem.

Złapałam Borysa za rękę. Ścisnął moją dłoń mocno. Ciotka poczerwieniała, prychnęła i wyszła do kuchni, trzaskając drzwiami. Maja spojrzała na mnie znad telefonu.

– Szacun, mamo. Serio.

Wyjechaliśmy dwa dni później. Pożegnanie z Borysem było jak scena z filmu, tylko bez deszczu, za to z zaspami śniegu.

– Wrócisz? – zapytał.

– Nie wiem, jak to zorganizować. Praca, szkoła…

– To tylko czterysta kilometrów. Moje auto dojedzie wszędzie. Nawet do Warszawy.

Pocałował mnie na do widzenia, a ten pocałunek obiecywał więcej niż tysiąc słów.

Zostaliśmy razem

Dziś, pisząc to, siedzę na tarasie jego domu z bali. Jest lato. Maja i Kuba biegają z psem po łące. Nie przeprowadziłam się tu na stałe, ale spędzam tu każdy weekend. Borys przyjeżdża do nas w tygodniu. Ciotka Halina nadal na nas fuka, ale ostatnio przyjęła od niego kosz grzybów, więc lody powoli topnieją.

Nauczyłam się, że życie pisze scenariusze, których bym nie wymyśliła. Że „zły chłopiec” może być najlepszym mężczyzną, jakiego spotkasz. I że czasami trzeba urwać tłumik i zamarznąć w zaspie, żeby w końcu poczuć ciepło. Warto było narazić się rodzinie. Bo miłość, ta prawdziwa, dojrzała, nie pyta o zgodę ciotki. Ona po prostu przychodzi i rozpala w tobie ogień, którego nikt już nie zgasi. A mój były mąż ostatnio chciał wrócić, bo joginka znalazła kogoś z lepszą aurą. Zaśmiałam się i rozłączyłam. Moją aurą zajmuje się teraz ktoś inny.

Partycja, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama