„Cieszyłam się, że moje dzieci mają babcię tak blisko. To, co usłyszałam o teściowej na zakupach, zmieniło wszystko”
„Wtedy zadzwoniła ona. Teresa. Moja teściowa. Zazwyczaj nasze relacje były poprawne, choć zdystansowane. Miała swoje zdanie na każdy temat, od gotowania rosołu po wybór przedszkola, ale nigdy nie przekraczała pewnych granic. Przynajmniej tak mi się wydawało. Kiedy usłyszała w słuchawce płacz Antosia, jej głos stał się słodki jak miód”.

Myślałam, że mam szczęście. W końcu nie każda młoda matka może liczyć na wsparcie babci, która mieszka zaledwie trzy ulice dalej. Kiedy Teresa zaoferowała pomoc przy chłopcach, czułam wdzięczność, a nawet pewien rodzaj ulgi, że wreszcie ktoś mnie rozumie. Nie wiedziałam wtedy, że ta pomoc ma drugie dno, a każdy mój uśmiech i każde dziękuję są tylko paliwem do budowania jej legendy udręczonej męczennicy. To, co usłyszałam na zakupach od sąsiadki, sprawiło, że nogi się pode mną ugięły.
Byłam jej tak wdzięczna
Ten dzień od samego rana przypominał bieg z przeszkodami. Młodszy syn, Antoś, wylał kakao na moją jedyną czystą bluzkę, a starszy, Kubuś, postanowił, że nie wyjdzie z domu bez swojej kolekcji kamieni, którą rozsypał w przedpokoju. Patrzyłam na zegarek z narastającą paniką. Musiałam załatwić w urzędzie miasta sprawę dotyczącą pozwolenia na budowę naszego domu. To był ostatni termin, a mój mąż, Piotr, utknął w delegacji w drugim końcu Polski. Nie miałam wyjścia. Nie mogłam zabrać rozkrzyczanych dzieciaków do urzędnika, który słynął z braku cierpliwości.
Wtedy zadzwoniła ona. Teresa. Moja teściowa. Zazwyczaj nasze relacje były poprawne, choć zdystansowane. Miała swoje zdanie na każdy temat, od gotowania rosołu po wybór przedszkola, ale nigdy nie przekraczała pewnych granic. Przynajmniej tak mi się wydawało. Kiedy usłyszała w słuchawce płacz Antosia, jej głos stał się słodki jak miód.
— Ewelinko, kochanie, nie męcz się tak — powiedziała, a ja poczułam ukłucie wdzięczności. — Podrzuć mi chłopców. Mam upieczone ciasto, włączę im bajki, a ty na spokojnie wszystko załatwisz. Przecież to tylko godzinka, prawda?
Byłam jej tak wdzięczna, że chciało mi się płakać. Szybko spakowałam chłopców, dorzuciłam do torby ulubione chrupki i pojechałam do niej. Otworzyła drzwi w idealnie wyprasowanej garsonce, z uśmiechem na ustach. Wyglądała jak babcia z reklamy płatków śniadaniowych. Ucałowała wnuki, mnie poklepała po ramieniu i zapewniła, że mam się nie spieszyć.
Zaniepokoiłam się
W urzędzie, jak to w urzędzie, kolejka ciągnęła się w nieskończoność. Mimo że miałam umówioną wizytę, system się zawiesił, a pani w okienku potrzebowała dodatkowej kawy. Z planowanej godziny zrobiły się dwie. Siedziałam na twardym krześle i nerwowo sprawdzałam telefon. Żadnych połączeń od Teresy. To dobry znak, pomyślałam. Chłopcy pewnie świetnie się bawią, a ona cieszy się czasem z wnukami. W końcu rzadko ich widuje sam na sam, zazwyczaj jesteśmy w komplecie podczas niedzielnych obiadów.
Kiedy wreszcie udało mi się złożyć dokumenty, zadzwoniłam do niej pełna skruchy.
— Mamo, przepraszam najmocniej — zaczęłam, wychodząc z budynku. — To trwało wieki. Już wsiadam w auto, będę za piętnaście minut.
W słuchawce usłyszałam głębokie westchnienie. Takie, które niesie w sobie ciężar całego świata.
— Dobrze, dobrze, Ewelinko. Przyjeżdżaj — powiedziała cicho, jakby brakowało jej tchu. — Jakoś wytrzymaliśmy.
Zaniepokoiłam się. Coś się stało? Któryś z chłopców coś zbroił? A może Teresa źle się poczuła? Pędziłam przez miasto, łamiąc chyba ze dwa przepisy drogowe, byle tylko jak najszybciej dotrzeć do jej mieszkania. W głowie układałam scenariusze katastrofy. Może Kubuś zbił jej ulubiony wazon? Może Antoś dostał ataku histerii?
Teresa tylko machnęła ręką
Kiedy weszłam do jej mieszkania, panowała cisza. Chłopcy siedzieli na dywanie i oglądali bajkę, wyglądali na spokojnych i zadowolonych. Ale Teresa... Teresa siedziała w fotelu z ręką przyłożoną do czoła, a drugą trzymała się za serce. Na stole stała szklanka z wodą i jakieś leki.
— O Boże, mamo, co się stało? — zapytałam przerażona, klękając przy niej.
— Nic, nic, dziecko — szepnęła słabym głosem. — Po prostu... to dla mnie trochę za dużo. Lata już nie te. Chłopcy są tacy żywiołowi. Biegali, krzyczeli... Głowa mi pęka. Ale nie martw się, najważniejsze, że ty załatwiłaś swoje sprawy.
Czułam się potwornie. Jak wyrodna synowa, która zrzuciła ciężar wychowania na schorowaną kobietę. Przepraszałam ją chyba z dziesięć razy. Zabrałam dzieci w pośpiechu, obiecując, że w weekend Piotr przyjedzie i naprawi jej cieknący kran w ramach rekompensaty. Teresa tylko machnęła ręką, uśmiechając się blado, z tym samym wyrazem cierpienia na twarzy. Wróciłam do domu z ogromnym poczuciem winy. Wieczorem, kiedy Piotr zadzwonił, opowiedziałam mu o wszystkim.
— Kochanie, mama ma swoje lata — uspokajał mnie. — Pewnie po prostu miała gorszy dzień. Ale to dobrze, że nam pomogła. Kupimy jej jakiś ładny prezent, może ten zestaw herbat, który lubi.
Przez kolejne dni unikałam proszenia jej o cokolwiek. Miałam przed oczami obraz Teresy trzymającej się za serce. Byłam pewna, że moi synowie dali jej popalić, choć kiedy pytałam Kubusia, co robili, wzruszał ramionami i mówił: jedliśmy ciasto i oglądaliśmy bajki. Uznałam, że dziecko nie rozumie, jak bardzo jego energia może męczyć starszą osobę.
Stałam tam jak wryta
Minął tydzień. Emocje opadły, a życie toczyło się dalej. Wybrałam się na lokalny ryneczek po świeże warzywa. Lubiłam to miejsce, bo zawsze można było tam spotkać znajome twarze i zamienić kilka słów o pogodzie. Stałam w kolejce po pomidory, kiedy poczułam na plecach czyjś wzrok. Odwróciłam się i zobaczyłam panią Jadwigę, sąsiadkę mojej teściowej. Znałyśmy się z widzenia, czasem wymieniałyśmy uprzejmości na ulicy.
— Dzień dobry, pani Jadziu — uśmiechnęłam się.
Kobieta spojrzała na mnie dziwnie. To nie był przyjazny wzrok. To było spojrzenie pełne oceny, może nawet lekkiej pogardy.
— Dzień dobry — odpowiedziała chłodno. — Widzę, że dzisiaj bez dzieci?
— Tak, są w przedszkolu — odparłam, nieco zbita z tropu jej tonem.
— To dobrze. Przynajmniej Teresa chwilę odpocznie. Biedna kobieta, naprawdę nie wiem, jak ona to wytrzymuje.
Zamarłam. Siatka z pomidorami prawie wypadła mi z rąk.
— Słucham? – zapytałam, nie rozumiejąc, o co chodzi. — Przecież dzieci nie było u niej od zeszłego tygodnia.
Pani Jadwiga pokręciła głową z dezaprobatą.
— Oj, pani Ewelino, nieładnie tak udawać. Teresa wszystko mi opowiedziała. Jak pani jej te dzieci podrzuca całymi dniami, jak one jej mieszkanie demolują. Mówiła, że ostatnio to trzy godziny z nimi walczyła, bo pani sobie na zakupy pojechała i o bożym świecie zapomniała. Płakała mi wczoraj na klatce, że te dzieci jej życie niszczą, że zdrowie przez nie traci, ale nie potrafi odmówić, bo pani taka roszczeniowa.
Stałam tam jak wryta, a wokół nas ludzie zaczęli nadstawiać uszu. Czułam, jak krew odpływa mi z twarzy, a potem gwałtownie do niej wraca.
— Co pani mówi? — wydukałam. — To była jedna sytuacja, byłam w urzędzie, a dzieci oglądały bajki...
Pani Jadwiga prychnęła.
— Bajki? Teresa mówiła, że skakały po meblach, krzyczały, a ona musiała za nimi biegać z chorym kręgosłupem. I że to nie pierwszy raz. Mówiła, że pani traktuje ją jak darmową opiekunkę, bo pani się nie chce nimi zajmować. Że pani woli kawki z koleżankami. Całe osiedle jej współczuje, taka złota kobieta, a tak wykorzystywana.
Byłam wściekła
Wyszłam z rynku, nie kupując nic więcej. Trzęsły mi się ręce. Wsiadłam do samochodu i siedziałam tam przez dziesięć minut, próbując uspokoić oddech. Słowa pani Jadwigi dźwięczały mi w uszach. „Niszczą jej życie”. „Roszczeniowa”. „Kawki z koleżankami”. Nagle przypomniałam sobie inne sytuacje. Imieniny cioci Krystyny, na których Teresa głośno wzdychała, mówiąc, że jest zmęczona „ciągłą opieką”. Wtedy myślałam, że chodzi o opiekę nad jej chorym psem. Przypomniałam sobie dziwne spojrzenia rodziny Piotra, kiedy przyjeżdżaliśmy na święta. Czy oni wszyscy myśleli, że jestem leniwą matką, która zrzuca obowiązki na teściową?
Zadzwoniłam do siostry Piotra, Magdy. Zawsze miałyśmy dobry kontakt, choć mieszkała w innym mieście.
— Magda, muszę cię o coś zapytać, ale proszę o szczerość — zaczęłam bez ogródek. — Czy mama skarżyła ci się na opiekę nad chłopcami?
Zapadła cisza. Długa, niezręczna cisza, która była gorsza niż jakakolwiek odpowiedź.
— Ewelina... no wiesz, mama dzwoni czasem i mówi, że jest jej ciężko — powiedziała w końcu Magda ostrożnie. — Mówiła, że często jej ich podrzucasz, że nie ma czasu dla siebie, że czuje się jak więzień we własnym domu. Mówiłam jej, żeby z wami porozmawiała, ale ona twierdzi, że nie chce robić kwasu, bo ty jesteś bardzo wrażliwa.
Wrażliwa. To słowo w ustach Teresy brzmiało jak obelga. Byłam wściekła. Nie, byłam w furii. Przez lata starałam się być idealną synową. Nigdy o nic nie prosiłam, zawsze radziliśmy sobie sami. Ten jeden, jedyny raz, kiedy poprosiłam o pomoc w kryzysowej sytuacji, został zamieniony w dramat, w którym ja byłam czarnym charakterem, a ona świętą męczennicą. Najgorsze było to, że ona wcale nie wyglądała na zmęczoną, kiedy oddawałam jej dzieci. Teatr zaczynał się dopiero, gdy przekraczałam próg. A przed sąsiadkami i rodziną odgrywała rolę ofiary, karmiąc się ich współczuciem. Zrozumiałam, że to nie chodziło o dzieci. Chodziło o uwagę. O to, by być w centrum, by wszyscy ją podziwiali za jej „poświęcenie”.
Zapadła martwa cisza
Wiedziałam, że jeśli po prostu na nią nakrzyczę, ona obróci to przeciwko mnie. Powie Piotrowi, że jestem niewdzięczna i agresywna. Musiałam rozegrać to inaczej. Czekałam na powrót męża. Kiedy przyjechał, opowiedziałam mu wszystko: spotkanie z panią Jadwigą, rozmowę z Magdą, moje podejrzenia. Piotr początkowo nie chciał wierzyć.
— Kochanie, może to jakieś plotki, może sąsiadka coś przekręciła — bronił matki, jak to dobry syn.
— Więc zróbmy test — zaproponowałam. — W niedzielę jest obiad u twojej ciotki. Wszyscy tam będą. Zobaczymy, co powie mama.
Nadeszła niedziela. Atmosfera przy stole była gęsta, przynajmniej dla mnie. Teresa siedziała na honorowym miejscu, przyjmując komplementy za przyniesioną szarlotkę. W pewnym momencie ciotka Halina zapytała:
— A jak tam chłopcy, Teresko? Dają ci popalić? Słyszałam, że ostatnio dużo czasu u ciebie spędzają.
Teresa odstawiła filiżankę, zrobiła swoją popisową minę cierpiętnicy i westchnęła głęboko.
— Oj, Halinko, co zrobić. Dzieci to dzieci. Trzeba pomagać młodym, oni teraz tacy zapracowani, tyle mają spraw na głowie. Człowiek już zdrowia nie ma, serce kołacze, ale jak odmówić wnukom? Ewelinka musi mieć czas dla siebie, wiadomo...
Piotr spojrzał na mnie. Widziałam, jak zaciska szczęki. Wreszcie to usłyszał na własne uszy. Zrozumiał aluzję o „czasie dla siebie”, wiedząc, że pracuję po nocach, a w dzień zajmuję się domem.
— Mamo — odezwał się, przerywając jej monolog. Jego głos był spokojny, ale lodowaty. — Kiedy ostatnio Ewelina podrzuciła ci dzieci?
Teresa zamrugała, zaskoczona pytaniem.
— No... przecież wiesz, Piotrusiu, stale coś wypada. Ale ja się nie skarżę, broń Boże...
— Mamo, pytam o fakty — ciągnął nieustępliwie. — Ewelina poprosiła cię o pomoc raz w ciągu ostatnich trzech miesięcy. Raz. Na trzy godziny, kiedy była w urzędzie. Dlaczego więc ciocia Halina i sąsiedzi myślą, że dzieci są u ciebie codziennie?
Zapadła martwa cisza. Wszyscy patrzyli to na Piotra, to na Teresę. Teściowa poczerwieniała. Jej maska ofiary zaczęła pękać.
— Ja... ja tylko mówiłam, że czasem jest ciężko... że dzieci mają energię... Przecież wiesz, że was kocham — zaczęła się plątać.
— Wiemy, że nas kochasz, mamo — powiedziałam wtedy ja, patrząc jej prosto w oczy. — Ale nie rozumiem, dlaczego opowiadasz ludziom, że dzieci niszczą ci życie i zdrowie. Że jestem roszczeniowa. Usłyszałam to od pani Jadwigi. Czy wiesz, jak bardzo mnie to zraniło? Prosiłam cię o pomoc, bo myślałam, że chcesz spędzić czas z wnukami, a nie po to, żebyś miała powód do narzekania na nas całemu światu.
Teresa próbowała się bronić, zrzucać winę na plotkujące sąsiadki, na to, że została źle zrozumiana, nawet uroniła kilka łez. Ale tym razem to nie zadziałało. Rodzina znała Piotra — wiedzieli, że jest precyzyjny i sprawiedliwy. Jeśli on stanął przeciwko matce, to znaczyło, że sprawa jest poważna. Ciotka Halina, która sama nie przepadała za narzekaniem, spojrzała na Teresę z politowaniem.
— Wiesz, Teresko, chyba rzeczywiście trochę przesadzasz. Ewelina to dobra matka, a ty powinnaś się cieszyć, że w ogóle wnuki widujesz — skwitowała.
Darmowa pomoc bywa najdroższa
Wyszliśmy z tego obiadu wcześniej niż zwykle. W samochodzie panowała cisza, ale tym razem była to cisza pełna zrozumienia. Piotr wziął mnie za rękę.
— Przepraszam cię — powiedział. — Nie miałem pojęcia, że ona robi nam taki czarny PR.
— To nie twoja wina — odpowiedziałam. — Ale musimy coś z tym zrobić.
I zrobiliśmy. Od tamtego dnia zasady się zmieniły. Kiedy muszę coś załatwić, wynajmuję profesjonalną opiekunkę. To kosztuje, owszem, ale spokój ducha jest bezcenny. Pani Kasia, studentka pedagogiki, jest zachwycona chłopcami, a oni nią. Kiedy wracam, słyszę, jak świetnie się bawili, a nie jak bardzo zniszczyli komuś życie. A Teresa? Cóż, jej strategia obróciła się przeciwko niej. Kiedy przestałam jej podrzucać dzieci, straciła powód do narzekania. Sąsiadki przestały jej współczuć, bo widziały, że chodzę z dziećmi sama lub z opiekunką. Co więcej, Teresa zaczęła narzekać, że... nie widuje wnuków. Że synowa ją izoluje. Ale tym razem nikt już nie traktował jej słów poważnie.
Dziś, kiedy dzwoni i słodkim głosem pyta: Może podrzucisz mi chłopców?, odpowiadam uprzejmie: Dziękuję, mamo, radzimy sobie. Nie chcę cię męczyć, przecież wiesz, jak to niszczy twoje zdrowie. I odkładam słuchawkę z satysfakcją. Nauczyłam się, że w rodzinie, tak jak w życiu, darmowa pomoc bywa najdroższa, bo płaci się za nią własną reputacją. A na taką walutę mnie nie stać.
Ewelina, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Były mąż zabrał syna do siebie na walentynki. Gdy zobaczyłam, że moje dziecko bawi się z nową mamusią, pękło mi serce”
- „Na łożu śmierci matka wyznała mi swój sekret. Po tym, czego się dowiedziałam, nie mogłam na nią patrzeć”
- „Dziewczyna zerwała ze mną przy walentynkowej kolacji. Żałuję, że wydałem pieniądze na prezent i kwiaty”

