„Nie potrafię cieszyć się sukcesem córki. Ma się za miastową paniusię, dla której wiejscy rodzice to powód do wstydu”
„Wyszłam, zanim zobaczyła łzy w moich oczach. Na klatce schodowej usiadłam na chwilę na zimnym stopniu. Z mieszkania dochodziły stłumione kroki. Czy podbiegnie? Czy zawoła mnie po imieniu? Nie zawołała”.

- Redakcja
Zawsze powtarzałam, że dzieci powinny iść własną drogą. Gdy moja córka oznajmiła, że kupiła apartament w centrum, byłam z niej dumna jak nigdy wcześniej. Widziałam w tym dowód jej samodzielności, odwagi i sukcesu. Nie przypuszczałam wtedy, że w dniu parapetówki poczuję się w jej życiu jak ktoś zupełnie obcy.
Wszystko we mnie zamarło
Córka od dziecka była uparta. Kiedy miała siedem lat, uparła się, że sama pojedzie rowerem bez dodatkowych kółek. Przewróciła się trzy razy, podrapała kolano, ale nie pozwoliła mi nawet podejść.
– Mamo, dam radę – mówiła przez zaciśnięte zęby.
I dawała. Dlatego, gdy zadzwoniła do mnie kilka miesięcy temu z informacją, że podpisała akt notarialny, wcale mnie to nie zdziwiło.
– Wiesz, mamo, to inwestycja. To dobra decyzja – tłumaczyła podekscytowana.
– Najważniejsze, że jesteś szczęśliwa – odpowiedziałam, choć w duchu martwiłam się, czy nie wzięła na siebie zbyt wiele.
Pomagałam jej, jak mogłam. Jeździłam oglądać płytki, doradzałam przy wyborze zasłon. Czułam, że znów jesteśmy sobie bliskie. Czasem, kiedy siedziałyśmy na podłodze wśród kartonów, córka opierała głowę na moim ramieniu.
– Dobrze, że jesteś – powiedziała kiedyś cicho.
Te słowa nosiłam w sercu. Na parapetówkę kupiłam jej elegancką lampę do salonu. Wybrałam ją starannie, w kolorze starego złota, bo wiedziałam, że córka lubi ciepłe światło. Ubrałam się skromnie, ale z klasą. Chciałam wyglądać godnie, w końcu to był wielki dzień mojej córki. Gdy weszłam do apartamentu, uderzył mnie zapach świeżej farby i perfum. W salonie stało kilkanaście osób, większości nie znałam. Córka podeszła do mnie szybkim krokiem.
– Mamo, jesteś! Super – uśmiechnęła się, ale w jej oczach dostrzegłam napięcie.
Uścisnęła mnie krótko, jakby w pośpiechu, i pociągnęła w stronę grupy elegancko ubranych ludzi.
– Kochani, to jest… – zawahała się przez ułamek sekundy – ciocia Alina, z dalszej rodziny. Zawsze mnie wspierała.
Poczułam, jakby ktoś wyciągnął spod moich stóp dywan.
– Ciocia? – powtórzył wysoki mężczyzna w garniturze. – Bardzo mi miło.
Uśmiechnęłam się automatycznie.
– Mnie również – odpowiedziałam, choć w środku wszystko we mnie zamarło.
Patrzyłam na Lenę, licząc, że zaraz się poprawi, że powie: „Oczywiście, to moja mama”. Jednak ona już odwróciła się do kolejnej osoby.
– A to mój szef z kancelarii – dodała z dumą.
Stałam obok, ściskając torebkę tak mocno, że zbielały mi palce. W głowie huczało mi jedno pytanie: dlaczego? Próbowałam znaleźć w jej spojrzeniu jakiekolwiek wyjaśnienie. Unikała mojego wzroku. Śmiała się głośniej niż zwykle, mówiła szybko, jakby chciała zagłuszyć własne myśli. Po chwili podeszła do mnie młoda kobieta w granatowej sukience.
– To musi być wspaniałe, mieć taką siostrzenicę – powiedziała serdecznie.
Zabrakło mi tchu.
– Tak… zawsze była ambitna – wydusiłam.
W tamtej chwili zrozumiałam, że coś między nami pękło. Tylko nie wiedziałam jeszcze, czy to drobna rysa, czy głęboka szczelina.
Miałam łzy w oczach
Resztę wieczoru przetrwałam jak aktorka w źle napisanej roli. Uśmiechałam się, kiwałam głową, odpowiadałam na pytania o „rodzinne strony”, unikając konkretów. Czułam, jakbym zdradzała samą siebie, udając kogoś, kim nie byłam. Córka krążyła między gośćmi, roześmiana, pewna siebie. Co chwilę słyszałam:
– Masz świetny gust!
– To mieszkanie robi wrażenie.
– Widać, że masz klasę.
Za każdym razem prostowała plecy i dziękowała z lekkim ukłonem głowy. Patrzyłam na nią i zastanawiałam się, czy naprawdę wstydzi się własnej matki. Kiedy goście zaczęli zbierać się do wyjścia, podeszłam do niej. Stała przy drzwiach, żegnając swojego szefa.
– Do zobaczenia w poniedziałek. Gratuluję jeszcze raz – powiedział mężczyzna, a potem skinął mi uprzejmie głową. – Miło było poznać panią… ciocię.
Drzwi zamknęły się cicho. W mieszkaniu zapadła cisza.
– Możemy porozmawiać? – zapytałam.
Westchnęła ciężko.
– Mamo, nie teraz. Jestem wykończona.
– To nie zajmie długo.
Spojrzała na mnie z wyraźną irytacją.
– O co chodzi?
– Dlaczego przedstawiłaś mnie jako daleką ciotkę?
Zamilkła. Przez chwilę patrzyła w okno, jakby szukała tam odpowiedzi.
– W pracy staram się oddzielać życie prywatne od zawodowego – powiedziała w końcu.
– Oddzielać? – powtórzyłam cicho. – Czy bycie twoją matką to coś, co trzeba ukrywać?
– Nie dramatyzuj – rzuciła ostrzej, niż się spodziewałam. – Po prostu nie chciałam, żeby zaczęły się pytania.
– Jakie pytania?
– O to, czym się zajmujesz, gdzie mieszkasz… – urwała.
Zrozumiałam. Mieszkałam na obrzeżach miasta, w starym bloku. Pracowałam w bibliotece osiedlowej. Nigdy nie byłam częścią jej świata pełnego garniturów i przeszklonych biur.
Przesadziła
– Wstydzisz się mnie – powiedziałam wprost.
– To nie tak – odpowiedziała szybko, ale nie spojrzała mi w oczy.
– Więc jak?
Cisza między nami zgęstniała. Widziałam, że walczy sama ze sobą.
– Chciałam, żeby dziś wszystko było perfekcyjne – wyznała w końcu. – Żeby nikt nie patrzył na mnie przez pryzmat… pochodzenia.
– Pochodzenia? – powtórzyłam z niedowierzaniem.
– Mamo, nie rozumiesz, jak działa ten świat. Ludzie oceniają. Jeśli wiedzą, że ktoś pochodzi z małego mieszkania na peryferiach, że jego matka pracuje w bibliotece, zaczynają inaczej patrzeć.
Te słowa zabolały bardziej niż samo „ciocia”.
– A ty? Ty też tak patrzysz? – zapytałam.
Drgnęła.
– Po prostu chcę czegoś więcej.
– Więcej niż czego?
Nie odpowiedziała. Wzięłam torebkę z krzesła.
– Przez całe życie chciałam, żebyś była szczęśliwa. Jednak jeśli szczęście oznacza, że musisz udawać, że nie masz matki… to coś tu jest nie tak.
– Przesadzasz – szepnęła, ale jej głos nie był już pewny.
Stanęłam w drzwiach. Odwróciłam się jeszcze na moment.
– Nigdy nie wstydziłam się ciebie. Nawet gdy popełniałaś błędy. Szkoda, że ty nie potrafisz zrobić tego samego.
Wyszłam, zanim zobaczyła łzy w moich oczach. Na klatce schodowej usiadłam na chwilę na zimnym stopniu. Z mieszkania dochodziły stłumione kroki. Czy podbiegnie? Czy zawoła mnie po imieniu? Nie zawołała.
Nie mogłam znaleźć miejsca
Przez kilka następnych dni telefon milczał. Za każdym razem, gdy wyświetlacz się podświetlał, serce podchodziło mi do gardła, ale to były tylko powiadomienia z biblioteki albo wiadomości od sąsiadki. Córka nie dzwoniła. W pracy próbowałam skupić się na katalogowaniu nowych książek. Przekładałam je z miejsca na miejsce, poprawiałam opisy, choć były w porządku. Koleżanka, Basia, przyglądała mi się uważnie.
– Wszystko dobrze? – zapytała, gdy po raz trzeci odłożyłam tę samą powieść na półkę.
– Oczywiście – odpowiedziałam zbyt szybko.
– Znam cię. Coś się stało.
Zawahałam się, ale słowa same zaczęły wypływać.
– Byłam u córki na parapetówce. Przedstawiła mnie jako daleką ciotkę.
Basia zmarszczyła brwi.
– Żartujesz?
Pokręciłam głową.
– Powiedziała, że w pracy ludzie oceniają. Że nie chciała pytań.
Basia oparła dłonie o blat.
– A ty co na to?
– Wyszłam.
Zabolało jeszcze bardziej
Wyszłam. Nie zostałam, nie próbowałam dalej rozmawiać. Uciekłam, tak jak ona uciekła w tamtej chwili ode mnie. Wieczorami siedziałam przy stole w kuchni i patrzyłam na lampę, którą kupiłam córce. Zostawiłam ją u siebie, bo w emocjach zapomniałam ją wręczyć. Stała teraz zapakowana w karton jak symbol czegoś niedokończonego. Czwartego dnia zadzwonił telefon.
– Mamo? – usłyszałam jej głos.
– Słucham.
– Możemy się spotkać?
Serce znów zaczęło mi bić szybciej.
– Kiedy?
– Dziś. Przyjadę do ciebie.
To mnie zaskoczyło. Zawsze to ja jeździłam do niej. Kiedy zadzwoniła do drzwi, wyglądała inaczej. Bez starannie ułożonych włosów, w prostym płaszczu. Jakby zrzuciła z siebie tamten wieczorny blask. Usiadłyśmy przy stole. Postawiłam przed nią herbatę.
– Myślałam o tym, co powiedziałaś – zaczęła. – O tym, że nigdy się mnie nie wstydziłaś.
Milczałam.
– Wiesz, dlaczego tak bardzo zależy mi na opinii w pracy? – spojrzała na mnie uważnie. – Bo ciągle mam wrażenie, że muszę udowadniać, że tam pasuję. Że nie jestem przypadkiem.
– Ale to nie ja sprawiam, że tak się czujesz – odpowiedziałam spokojnie.
– Wiem – westchnęła. – To ja sama.
Z jej oczu zniknęła pewność, którą widziałam na parapetówce.
– Kiedyś w liceum koleżanka powiedziała mi, że mam „ambicje nie z tej dzielnicy”. Śmiałam się, ale zapamiętałam to. I chyba od tamtej pory próbuję wszystkim pokazać, że jestem kimś innym.
– Kimś innym niż córką bibliotekarki? – zapytałam cicho.
Zadrżały jej usta
– Kimś lepszym. A to głupie, prawda?
Nie odpowiedziałam od razu. Patrzyłam na nią – na moją córkę, która zawsze chciała jechać bez dodatkowych kółek, nawet jeśli oznaczało to upadek.
– Możesz być ambitna. Możesz mieszkać w centrum, pracować w kancelarii, otaczać się kim chcesz. Tylko jeśli przy tym odcinasz korzenie, to prędzej czy później stracisz równowagę.
Po policzku spłynęła jej łza.
– Przepraszam, mamo. Bałam się, że jeśli pokażę, skąd jestem, ktoś uzna, że nie pasuję. A przecież to ty nauczyłaś mnie czytać, uczyłaś mnie odwagi. Wstydziłam się nie ciebie, tylko własnego lęku.
Wstała i podeszła do kartonu stojącego przy ścianie.
– To dla mnie? – zapytała, wskazując lampę.
– Tak. Na nowe mieszkanie.
Ostrożnie rozpakowała pudełko. Gdy włączyłyśmy lampę, ciepłe światło rozlało się po kuchni.
– Chcę, żebyś przyszła do mnie w niedzielę – powiedziała nagle. – Spotykam się z kilkoma osobami z pracy. Tym razem powiem jasno: to moja mama.
Patrzyłam na nią, próbując wyczuć, czy to tylko gest, czy prawdziwa decyzja.
– Jesteś pewna?
Skinęła głową.
– Jeśli mam być sobą, muszę przestać udawać.
W niedzielę stanęłam obok niej w jej salonie. Kiedy jeden z kolegów zapytał:
– A pani jest…?
Lena uśmiechnęła się spokojnie.
– To moja mama. Najważniejsza osoba w moim życiu.
Tym razem nie było wahania. A ja poczułam, że choć droga do centrum była długa i wyboista, wciąż prowadziła do domu.
Alina, 66 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Po latach musiałam wrócić w rodzinne strony. Nie sądziłam, że czeka tam na mnie niespodzianka od losu”
- „Miałam najlepszą przyjaciółkę na świecie i ukochanego męża. Nie przewidziałam, że oboje mnie zdradzą”
- „Na wyjeździe integracyjnym zdradziłem swoją żonę. Żałuję tego do dziś, ale pewne rzeczy są w życiu nieodwracalne”

