Reklama

Wszyscy mówili, że mam dobre życie. Że z takim mężem to można góry przenosić. Że dzieci grzeczne, dom zadbany, a ja – wiecznie uśmiechnięta. Tylko że ten uśmiech… to był taki na pokaz. W środku czułam się jak powietrze – przezroczysta, nijaka, niepotrzebna. Nie wiem, kiedy zaczęłam znikać. Może wtedy, gdy zaczęłam mówić „nic się nie stało”, choć czułam, że świat się wali, albo gdy po raz setny odłożyłam swoje potrzeby na później. Może właśnie wtedy.

Mam 39 lat i przez ostatnie 10 żyłam życiem kogoś innego. Dbałam, żeby mąż miał ciepły obiad. Żeby dzieci miały wszystko. Żeby rodzice nie musieli się o mnie martwić. Żeby teściowa nie miała powodu do krytyki. Żeby świat był ze mnie zadowolony. Tylko ja – przestałam być zadowolona z siebie.

Ten jeden dzień, o którym zaraz opowiem, był jak nagłe drgnięcie w powietrzu, które zwiastuje burzę. Nie działo się nic szczególnego – ot, kolacja u rodziców. Niby zwykła rozmowa przy stole. A jednak coś się zmieniło. Coś się odklejało we mnie od środka. Po raz pierwszy od dawna nie potrafiłam zbyć ich słowami „w porządku”. To był początek mojego znikania. I może… początek odzyskiwania siebie?

Przeszkadzała im moja mina

– Iza, czemu jesteś taka markotna? – zapytała mama, nakładając mi ziemniaki na talerz, jakbym znowu miała piętnaście lat.

– Nie jestem – odparłam odruchowo, bo tak mówiłam zawsze. Nawet wtedy, gdy chciało mi się wyć.

– No przestań, masz taki wyraz twarzy, jakby ci się cały świat zawalił – weszła mi w słowo siostra z westchnięciem zniecierpliwienia. – Zrób coś z tą swoją miną, bo zaraz ci mama nie da serniczka.

Siedzieliśmy przy stole w komplecie – rodzice, ja z mężem, siostra z narzeczonym i dzieciaki. Dookoła śmiechy, rozmowy o niczym. Nie potrafiłam się już w to wpasować. Czułam się jak aktorka, która zapomniała swojej roli, a reżyser krzyczy zza kulis: „Uśmiech, Iza, uśmiech!”.

– Tomek, podaj mi sól – powiedziałam do męża.

On nie usłyszał, albo usłyszał, ale miał mnie gdzieś. Od piętnastu minut rozmawiał ze szwagrem o jakiejś kosiarce. Nie odwrócił głowy, nie podał mi nic.

– Tomek! – powiedziałam już głośniej.

– Co? – spojrzał zdziwiony.

– Sól. Prosiłam cię o sól.

– To weź sobie sama, przecież masz bliżej.

Wszyscy zamilkli na chwilę. Potem ktoś rzucił nerwowy żart, ktoś się zaśmiał, a ja… po prostu wstałam. Wzięłam tę cholerną sól i usiadłam z powrotem. Jakby nigdy nic, ale coś we mnie zadrżało. Poczułam: dziś naprawdę nikt mnie nie widzi. A jeśli już – to tylko po to, żeby się przyczepić do mojej miny.

Niby niczego mi nie brakowało

Po kolacji pomogłam mamie zebrać talerze. Bez słowa. Naczynia brzęczały głośno, jakby chciały coś powiedzieć za mnie. Z kuchni dochodził gwar – dzieciaki grały w planszówki, mężczyźni debatowali o jakimś meczu. Kobiety, jak zwykle, robiły porządki.

Co się z tobą dzieje, Iza? – spytała mama, ściszonym głosem, jakby to, co czuję, było czymś, czego nie wypada mówić na głos.

– Nic. Jestem tylko zmęczona – wymamrotałam. Znowu to samo.

Mama pokiwała głową i zaczęła wycierać szklanki. Po chwili dodała:

Zobacz, jaki masz dom. Dwójkę zdrowych dzieci, dobrego męża. Przecież niczego ci nie brakuje.

No właśnie. Niczego mi nie brakuje. Tylko mnie. Mnie samej brakowało od dawna. Zaparzyłam sobie herbatę, wyszłam na taras. Powietrze było ciężkie, duszne. Patrzyłam na ogród, który kiedyś tak lubiłam, a teraz był mi obojętny. Jak wszystko.

– Znowu uciekasz, co? – usłyszałam za sobą głos siostry. – Wiesz, czasem mam wrażenie, że ty po prostu lubisz być nieszczęśliwa. Bez tego nie umiesz sobie poradzić.

– Nie każdy potrafi wszystko znieść z uśmiechem, Monika – powiedziałam ostrożnie.

– A ty nie musisz znosić niczego. Masz idealne życie, tylko jesteś wiecznie niezadowolona. To się ludziom przejadło, wiesz?

Nie odpowiedziałam. Nie dlatego, że nie miałam co powiedzieć. Po prostu nie miałam już siły. Monika wróciła do środka, a ja zostałam na tarasie z herbatą, która już dawno wystygła. Pomyślałam sobie: „A gdybym po prostu… przestała się starać?”.

Nie mogli tego zrozumieć

Następnego dnia nie obudziłam dzieci. Nie zrobiłam śniadania. Nie nastawiłam prania. Nie przygotowałam obiadu. Nie wyjęłam mięsa z zamrażarki. Nie przepraszałam. Nie tłumaczyłam się. Nie odpowiadałam na pytania. Nie zrobiłam nic. Dosłownie. Siedziałam na kanapie w piżamie do południa i patrzyłam w okno. Padał deszcz – cichy, jednostajny, jakby ktoś odkręcił kran i zapomniał go zakręcić. Przez moment pomyślałam, że to idealna pogoda na koniec świata.

Co ty robisz? – zapytał Tomek, wracając z pracy wcześniej niż zwykle.

– Nic – odpowiedziałam.

Spojrzał na mnie jak na obcą osobę.

A dzieci? Obiad? Czemu nie odebrałaś telefonu?

– Nie chciało mi się – powiedziałam szczerze.

Milczał przez chwilę, po czym warknął:

– Może weź się w garść, co? Każdy czasem ma gorszy dzień, ale ty już przesadzasz. Życie to nie dramat w teatrze.

Nie odpowiedziałam. Znowu. To było najgłośniejsze, co mogłam wtedy zrobić. Milczenie rozlało się po pokoju jak plama wody. Nie miałam już ochoty się tłumaczyć, wyjaśniać, przepraszać. Czekałam, aż ktoś naprawdę zobaczy, że znikam. Że mnie nie ma.

Zrobiłam sobie herbatę bez słowa. Tomek patrzył na mnie jeszcze chwilę, potem poszedł do kuchni, zaczął krzątać się przy garnkach. Pierwszy raz od lat. Dzieci siedziały w pokoju obok. Cicho. Jakby coś wyczuwały. Pierwszy raz od dawna czułam, że coś się naprawdę zaczęło dziać.

Tylko przestałam udawać

Kiedy następnego dnia weszłam do kuchni i zobaczyłam rozładowaną zmywarkę, talerze na suszarce i odkurzacz oparty o ścianę – poczułam coś dziwnego. Nie ulgę. Nie wdzięczność. Raczej... niepokój. Jakby ktoś obcy dotknął mojego świata. A przecież to mój mąż. Moje dzieci. Mój dom. Tylko ja – nie byłam już ich służącą.

– Mamo, czy ty jesteś chora? – zapytała Ania, patrząc na mnie wielkimi oczami.

Uklękłam przy niej i przytuliłam ją mocno.

– Nie, kochanie. Po prostu... jestem trochę zmęczona byciem wszystkim naraz.

Wiedziałam, że nie zrozumie, ale może zapamięta. Może kiedyś, gdy ktoś będzie kazał jej się uśmiechać mimo wszystkiego, przypomni sobie ten moment.

Po południu poszłam na spacer. Sama. Bez celu. Wzięłam parasolkę, choć przestało padać. Po prostu chciałam wyjść. Oddychać. Istnieć. Zatrzymałam się przed kawiarnią. Weszłam. Zamówiłam kawę i ciastko z malinami. Usiadłam przy oknie bez telefonu. Patrzyłam na ludzi i udawałam, że mnie to nie dziwi – że siedzę tu tak po prostu, że mam prawo do tej chwili.

– Sama? – zapytała kelnerka, z uśmiechem.

– Tak. Dziwnie, co?

– Wcale nie – odparła.

Uśmiechnęłam się. Nie dlatego, że wypadało. Dlatego, że chciałam. Wróciłam do domu po dwóch godzinach. Tomek siedział przy komputerze. Spojrzał na mnie.

Gdzie byłaś?

– Na kawie.

Sama?

– Tak. Sama.

Nie powiedział nic, ale po jego minie widziałam: coś w nim się zmieniło. Minimalnie. Jakby po raz pierwszy nie wiedział, co ze mną zrobić. To bardzo dobrze. Nie jestem do naprawienia. Nie jestem robotem. Jestem sobą i to jest niewygodne.

Pierwszy raz się nie cofnęłam

Wieczorem usiedliśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole. Dzieci już spały. W domu było cicho, aż nienaturalnie. Tomek kręcił kubkiem z herbatą, jakby szukał w nim odpowiedzi.

Co się z tobą dzieje? – zapytał w końcu. – Od kilku dni jesteś… inna.

– Od kilku lat jestem taka sama. Teraz po prostu przestałam to ukrywać – odpowiedziałam spokojnie.

– Przecież niczego ci nie zabraniałem. Zawsze mogłaś iść na kawę.

– Mogłam. Tylko zawsze było coś ważniejszego. Czyjeś potrzeby. Czyjeś humory. Czyjeś oczekiwania.

Zmarszczył brwi.

– Czyli to moja wina?

– To nie o winę chodzi. To o to, że przez lata byłam dodatkiem do wszystkiego: żoną, matką, córką. Tylko nie sobą.

Zapadła cisza. Nie ta zwyczajna, niezręczna. Ta ciężka, która boli w uszach.

– I co teraz? – zapytał w końcu.

– Teraz nie będę już zgadywać, czego ode mnie chcesz. Nie będę brać wszystkiego na siebie. Nie będę udawać, że wszystko jest w porządku, kiedy nie jest.

– A jeśli ja sobie z tym nie poradzę?

Spojrzałam na niego uważnie. Kiedyś to pytanie zatrzymałoby mnie w miejscu. Cofnęłabym się. Przeprosiła. Obiecała, że wrócę do starej wersji siebie.

– To będziesz musiał się nauczyć – powiedziałam cicho. – Tak jak ja uczę się teraz siebie.

Nie płakałam. Nie drżał mi głos. Po raz pierwszy nie bałam się, że zostanę sama. Tomek wstał od stołu bez słowa. Zostałam w kuchni jeszcze długo, wsłuchując się w ciszę. Nawet jeśli coś się skończy… to może coś innego wreszcie się zaczyna.

Wreszcie czuję, że żyję

Minęło kilka tygodni. Nic spektakularnego się nie wydarzyło. Nie było wielkich rozmów, terapii dla par ani dramatycznych wyprowadzek z walizką w ręku. Życie toczyło się dalej, tylko w innym rytmie – moim.

Zaczęłam wychodzić sama. Czasem na kawę, czasem na spacer bez celu. Przestałam meldować się z każdego kroku. Przestałam pytać o zgodę na własne potrzeby. W domu bywało różnie. Tomek raz próbował wrócić do starego układu, innym razem milczał całymi wieczorami. Nie ratowałam go. Po raz pierwszy pozwoliłam mu przeżywać swoje emocje bez mojej asekuracji. Dzieci obserwowały mnie uważnie. Ania któregoś dnia powiedziała:

– Mamo, jesteś teraz jakaś… prawdziwsza.

To wystarczyło. Nie wiem, jak będzie dalej. Nie wiem, czy nasze małżeństwo przetrwa w tej formie. Nie wiem, czy za rok będę w tym miejscu. Już nie znikam. Nie zgadzam się na bycie tłem we własnym życiu. Już nie udaję, że wszystko jest w porządku, kiedy nie jest. Czasem nadal czuję strach. Czasem wstyd, samotność. One nie zniknęły. Zmieniło się tylko to, że nie są silniejsze ode mnie.

Izabela, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama