Reklama

Na siłownię trafiłam zupełnie przypadkiem – to był prezent urodzinowy od mojej młodszej siostry, która uznała, że przyda mi się trochę ruchu, bo praca za biurkiem robi swoje. Miałam już za sobą nieudane próby jogi i krótką przygodę z bieganiem, więc podeszłam do tego z dystansem. Od początku wiedziałam, że bez wsparcia szybko się poddam, dlatego umówiłam się na zajęcia z trenerem personalnym. Wybór padł na Krystiana – energicznego, przystojnego faceta, który od razu wzbudził moją sympatię.

Całkiem nowa ja

Był zabawny, motywujący i potrafił zachęcić do wysiłku nawet wtedy, gdy miałam ochotę uciec z siłowni po dziesięciu minutach. Przez kilka tygodni nasze spotkania stały się najciekawszym punktem mojego tygodnia. Szybko zrozumiałam, że to nie tylko kwestia ćwiczeń. Pierwszy trening z Krystianem był szokiem dla mojego ciała i… ego. Ledwo weszłam do sali, a on już rzucił mi szeroki uśmiech.

– Cześć! Ty musisz być Zosia. Gotowa na mały wycisk? – zagadnął, patrząc na mnie z taką pewnością siebie, że zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle umiem chodzić, nie mówiąc o ćwiczeniach.

– Chyba… tak – odparłam, próbując ukryć nerwowy śmiech.

Od początku był bezpośredni, ale nie przekraczał granic. Pokazywał mi, jak obsługiwać sprzęt, poprawiał postawę, a przy tym sypał żartami.

– No, jak na pierwszy raz, nie jest źle. Widać, że masz potencjał – mrugnął do mnie, kiedy spociłam się na bieżni bardziej niż po całym dniu pracy.

Po godzinie czułam, że nogi mam jak z waty, ale jednocześnie miałam ochotę wrócić tu następnego dnia. W domu patrzyłam w lustro i widziałam nie tylko rumieńce, ale i jakieś dziwne podekscytowanie.

– To przez endorfiny – tłumaczyłam sobie na głos.

Jednak już wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy to na pewno tylko endorfiny. Od tej pory z utęsknieniem czekałam na kolejne spotkanie z Krystianem.

Iskry w oczach

Kolejne treningi z Krystianem były coraz bardziej intensywne. Zaczął układać mi plan ćwiczeń, sprawdzał, co jem i nawet dopytywał o mój nastrój poza siłownią. Raz, gdy marudziłam, że boli mnie wszystko, podszedł i dotknął moich ramion.

Wiesz, że to oznacza, że dobrze pracujesz? – zapytał z tym swoim pewnym siebie uśmiechem. – Trochę bólu, dużo efektów.

Śmiałam się, chociaż w środku czułam, jak serce bije mi szybciej. Widziałam, że zaczynam być dla niego kimś więcej niż tylko kolejną klientką. Wspólne ćwiczenia przeciągały się, zostawaliśmy na sali dłużej niż inni. Po jednym z treningów usiedliśmy na materacu i zaczęliśmy rozmawiać nie o sporcie, a o życiu.

– Zosia, dlaczego tak rzadko się uśmiechasz? – rzucił nagle.

– Serio? Przecież przy tobie ciągle się śmieję – odpowiedziałam.

– Może powinienem się jeszcze częściej starać – puścił do mnie oko.

Zaczęło się od niewinnych żartów i spojrzeń, ale atmosfera gęstniała. Gdy przypadkiem nasze ręce się zetknęły przy rozciąganiu, oboje zamarliśmy na chwilę.

Trenerze, chyba muszę już lecieć – powiedziałam, czując rumieniec na twarzy.

– Odprowadzę cię do szatni – odparł, a w jego głosie wyczułam coś, co sprawiło, że zaczęłam się denerwować jak nastolatka.

Sygnały były jasne

Atmosfera między nami gęstniała z każdym treningiem. Po siłowni pisaliśmy do siebie krótkie wiadomości, dzieliliśmy się głupotkami, które wydarzyły się w pracy czy w drodze na zajęcia. Czułam, że Krystian nie traktuje mnie już jak typowej klientki. Pewnego dnia przyszedł na trening w wyjątkowo dobrym humorze.

– Coś ci się chyba udało, co? – zaczepiłam go, zerkając ukradkiem.

– W sumie tak… Moja zawodniczka robi niesamowite postępy – odpowiedział z tym swoim szelmowskim uśmiechem, patrząc mi głęboko w oczy.

Nie wiem, czy to był tylko flirt, czy coś więcej, ale zaczęłam sobie wyobrażać, jak mogłoby wyglądać życie poza siłownią. Zauważyłam jednak, że nie tylko ja jestem pod jego wrażeniem. Po treningu widziałam, jak zagaduje nową klientkę, atrakcyjną brunetkę. Śmiała się głośno, a on żartował, że „następna rekordzistka mu się trafiła”.

Głupio mi się zrobiło, kiedy zobaczyłam, jak przez chwilę położył jej dłoń na plecach, poprawiając postawę dokładnie tak, jak robił to ze mną. Poczułam ukłucie zazdrości.

– Słuchaj, ona też jest pod twoją opieką? – zapytałam, udając obojętność.

– Tak, mamy kilka nowych osób. Praca trenera to nie tylko jedna zawodniczka – rzucił żartem.

Poczułam dziwny niepokój, którego wcześniej nie znałam.

Rozczarowanie pod prysznicem

Tamtego dnia na siłownię przyszłam wcześniej, bo potrzebowałam zebrać myśli. Nie mogłam przestać analizować, czy Krystian traktuje mnie wyjątkowo, czy po prostu umie być czarujący z każdą. Po treningu postanowiłam zostać dłużej, licząc, że porozmawiam z nim na spokojnie. Siedziałam na ławce w szatni i układałam w głowie, co chciałabym usłyszeć, gdy nagle do środka wpadła ta sama brunetka, którą wcześniej widziałam przy Krystianie.

– O matko, on jest niemożliwy! – zaczęła się śmiać do innej dziewczyny. – Zaprosił mnie dziś na kolację, twierdząc, że musi zobaczyć, co jem po treningu.

Serce mi zamarło. Siedziałam bez ruchu, słuchając ich rozmowy. W międzyczasie, przez szparę w drzwiach, zobaczyłam Krystiana, jak żegna się z tą dziewczyną na korytarzu. Przytulił ją krótko, uśmiechnął się szeroko. To nie był już ten sam uśmiech, który widziałam tylko dla siebie.

Wróciłam pod prysznic z głową pełną myśli. Z wody lały się na mnie nie tylko pot i szampon, ale i rozczarowanie. Poczułam się głupio, jakby ktoś dał mi do zrozumienia, że byłam po prostu kolejną „rekordzistką” na jego liście.

– Zosia, ogarnij się, przecież wiesz, jak to wygląda – mruknęłam sama do siebie, choć nie chciałam w to wierzyć.

Trening z konsekwencjami

Następny trening z Krystianem był zupełnie inny. Zamiast żartów i luźnych rozmów panowała między nami niezręczna cisza. On udawał, że nic się nie stało, a ja… nie umiałam już się wyluzować. W głowie wciąż miałam obraz tamtej dziewczyny i jego uśmiechu, który – jak się okazało – wcale nie był zarezerwowany tylko dla mnie.

– Zosia, dziś spróbujemy czegoś nowego – rzucił, patrząc na mnie, jakby czekał na sygnał, że wszystko jest po staremu.

– Jasne. Ciekawe, dla ilu osób przygotowujesz te „nowości” – powiedziałam, zanim zdążyłam się powstrzymać.

Zaskoczony, spojrzał na mnie pytająco.

– O co chodzi? Masz jakiś problem?

– Może nie powinnam była oczekiwać, że jestem tu kimś wyjątkowym – odpowiedziałam cicho, skupiając się na gumowej macie pod nogami.

Krystian westchnął i na chwilę przestał udawać.

– Zosia, ja po prostu robię swoje. Nie obiecywałem niczego więcej. Ludzie przychodzą tu po wyniki, nie po coś innego.

– Szkoda, że nie mówisz tego wprost, gdy zapraszasz na kolację – wyrzuciłam z siebie, zanim pomyślałam.

Przez moment patrzył na mnie w milczeniu, potem odwrócił się i rzucił krótko:

Lepiej skup się na ćwiczeniach. To jedyne, na co masz realny wpływ.

Poczułam, że coś we mnie się zamknęło. Zaczęłam trenować bardziej dla siebie, a nie dla niego.

Tylko dla siebie

Od tamtego dnia już nie czekałam na treningi z bijącym sercem. Chodziłam na siłownię regularnie, ale wyłącznie dla siebie. Krystian był profesjonalny, czasem rzucał suchym żartem, jakby chciał dać do zrozumienia, że nie pamięta o naszej rozmowie. Nie było już między nami tej iskry – została tylko rutyna. Za to w lustrze zaczęłam widzieć coraz bardziej pewną siebie kobietę.

Sama planowałam swoje treningi, rozmawiałam z innymi, a nawet pomogłam kilku osobom, które dopiero zaczynały. Po jakimś czasie usłyszałam, że Krystian już nie pracuje w klubie – podobno znalazł inną siłownię, lepiej płatną. Poczułam ulgę i smutek jednocześnie, bo mimo wszystko był kimś ważnym w mojej przemianie. Jednak zrozumiałam też, że nie potrzebuję czyjejś uwagi, by poczuć się ze sobą dobrze.

Spotkałam potem jeszcze kilka razy tamtą brunetkę. Kiedyś uśmiechnęła się do mnie porozumiewawczo, jakbyśmy obie znały prawdę o „magii” naszego trenera. Dziś, gdy idę na siłownię, nie oglądam się za nikim. Sama jestem swoim trenerem. Ból mięśni to teraz wyłącznie moja satysfakcja – już nie muszę zasługiwać na niczyje uznanie, żeby być z siebie dumna.

Zofia, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.

Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama