Reklama

Od zawsze marzyłam, by chociaż raz w życiu pojechać na narty w Alpy. Te ośnieżone szczyty, długie stoki i widoki zapierające dech w piersiach przyciągały mnie niczym magnes. Gdy znajomi dzielili się zdjęciami z zimowych wyjazdów, czułam ukłucie zazdrości, choć głośno się do tego nie przyznawałam. To była moja wielka tęsknota – odłożona na później, jak wiele innych rzeczy. Wiedziałam, że bez dodatkowego wsparcia finansowego nie dam rady tego zrealizować. W końcu postanowiłam: zrobię to, nawet jeśli będę musiała wziąć kredyt. Pragnienie było silniejsze niż rozsądek.

Oglądałam Alpy na zdjęciach

Od lat oglądałam Alpy tylko na zdjęciach. Najpierw w podręcznikach geografii, potem na kartkach świątecznych, aż w końcu na Instagramie znajomych. Każde zdjęcie śnieżnych szczytów wywoływało we mnie mieszankę zachwytu i żalu. Miałam trzydzieści pięć lat, a nigdy nie byłam dalej niż Zakopane. Na narty jeździłam raz do roku, do tej samej wypożyczalni w Szczyrku, i tyle.

Zimą codziennie przechodziłam obok biura podróży. Na wystawie zawsze było zdjęcie pary uśmiechniętych narciarzy pod Mont Blanc. Patrzyłam na nich, jakby to byli moi znajomi – ona z różowymi goglami, on z kubkiem grzanego wina. Tyle że ja tylko mijałam ich za szybą, wracając z pracy w administracji małej firmy.

– Może kiedyś – mówiłam do siebie, odkładając kolejne złotówki na „nagłe wydatki”.

Ale te nagłe wydatki zawsze się pojawiały – a to dentysta, a to lodówka się zepsuła, a to siostrzenica miała komunię. Zimowy urlop był zawsze poza zasięgiem. Pewnego wieczoru siedziałam pod kocem z kubkiem herbaty i patrzyłam na zdjęcie koleżanki z Francji. W tle były Alpy. Poczułam ukłucie w środku i pomyślałam: A może by tak przestać tylko patrzeć zza szyby i po prostu… pojechać?

Rozsądek przegrał z marzeniem

Zaczęłam przeliczać wszystko od nowa. Ile kosztowałby wyjazd? Noclegi, skipassy, wypożyczenie sprzętu, dojazd, ubezpieczenie. Sumy wychodziły duże, większe niż miałam na koncie, ale nie aż tak duże, żeby było to całkiem niemożliwe. Zanim zdążyłam się przestraszyć, wpisałam w wyszukiwarkę: „kredyt gotówkowy na ferie zimowe”.

– Wiem, że to szaleństwo – powiedziałam Monice, koleżance z pracy, gdy zadzwoniłam do niej wieczorem. – Ale nie mogę przestać o tym myśleć.

– A nie boisz się brać kredytu na wakacje? – zapytała ostrożnie. – No wiesz, lepiej się zadłużyć na coś trwałego. Chociażby na samochód…

– Wiem – westchnęłam. – Ale ja nie mam dzieci, nie buduję domu, nie planuję nowego auta. Po prostu chcę coś przeżyć.

Monika zamilkła na chwilę, potem dodała:

– Tylko nie rób tego zbyt pochopnie.

A ja już wiedziałam, że się na to zdecyduję. Po tylu latach oszczędzania na wszystko, chciałam raz w życiu coś sobie dać. Nie prezent. Nie nową bluzkę. Tylko wspomnienie. Jeszcze tego samego dnia wypełniłam wniosek o kredyt. Ręce trochę mi się trzęsły, ale serce waliło jak oszalałe z ekscytacji.

Zaczęłam się bać

Decyzja zapadła, wniosek poszedł, kredyt został przyznany szybciej, niż się spodziewałam. Siedziałam przy komputerze i patrzyłam na przelew, który właśnie wpłynął na moje konto. Niby powinnam się cieszyć – to przecież oznaczało, że jestem o krok bliżej spełnienia marzenia. A jednak zamiast radości poczułam ścisk w żołądku.

– Co ja najlepszego zrobiłam? – mruknęłam do siebie, przełykając ślinę.

Po kilku godzinach wróciła ekscytacja. Zarezerwowałam wyjazd – tydzień w małej miejscowości w Austrii, niedaleko Zell am See. W cenie miałam noclegi, śniadania i codzienne wejście do sauny. Nigdy wcześniej nie byłam za granicą sama. Tylko ja, narty i cisza w górach. Perspektywa była cudowna i przerażająca jednocześnie.

Na kilka dni przed wyjazdem zaczęłam się budzić w nocy. W głowie miałam tysiące pytań: A co jeśli coś się stanie? Co jeśli się przewrócę i złamię nogę? Co jeśli nie zrozumiem nikogo, bo zapomnę całego niemieckiego z liceum?

Na śniadaniu w pracy Monika rzuciła:

– No to jesteś gotowa? Spakowana?

– Gotowa tak, spakowana nie. Ale bardziej przerażona niż kiedykolwiek.

Uśmiechnęła się ciepło:

– To dobry znak. Najlepsze rzeczy zaczynają się od strachu.

Łzy szczęścia na stoku

Wsiadając do autobusu, byłam jak na emocjonalnej huśtawce. Raz chciałam zawrócić i udawać, że to wszystko się nie wydarzyło, a zaraz potem ogarniało mnie wzruszenie – naprawdę to robię, naprawdę jadę w Alpy. Gdy wysiadłam w małej, górskiej miejscowości, od razu poczułam, że jestem w innym świecie. Wszystko pachniało drewnem i zimą, a śnieg skrzypiał pod butami jak w dzieciństwie.

Pierwszy dzień był szokiem. Wypożyczyłam sprzęt, kupiłam karnet i weszłam na wyciąg. Na górze stanęłam na krawędzi stoku i... znieruchomiałam. Przede mną był szeroki, długi zjazd. Ludzie zjeżdżali z lekkością, jakby mieli skrzydła. Ja – jakby mi ktoś nogi zamurował. Serce mi waliło, a ręce zaczęły się trząść.

– Dasz radę – szepnęłam do siebie i ruszyłam.

Było nierówno, niezdarnie i trochę strasznie. Na dole byłam cała mokra od potu i łez. Ale nie z bólu – z dumy. Usiadłam na ławce przy karczmie, zdjęłam kask, zamknęłam oczy i przez dłuższą chwilę nic nie mówiłam. Potem pomyślałam: To już się dzieje. Spełniasz swoje marzenie. I nikt ci tego nie odbierze.

Cichy rachunek sumienia

Każdy kolejny dzień był łatwiejszy. Coraz śmielej poruszałam się po stokach, a zjazdy zaczęły dawać mi prawdziwą frajdę. Wychodziłam z hotelu wcześnie rano, wracałam zmęczona, ale szczęśliwa. Wieczorami siadałam w saunie z kieliszkiem wina i patrzyłam przez okno na zaśnieżone szczyty. Czułam się tak, jakby ktoś podmienił moje życie – z szarego i zwykłego, na filmowe i odrobinę bajkowe.

Ale w głowie zaczęły się pojawiać inne myśli. Myślałam o tym, że po powrocie zostanie mi kredyt do spłaty. I że jeszcze kilka miesięcy będę musiała dokręcić sobie finansową śrubę. Czułam mieszankę dumy i niepokoju – bo przecież wiedziałam, że to był luksus ponad moje możliwości. Zadałam sobie pytanie: czy było warto?

Odpowiedź przyszła ostatniego dnia. Zjeżdżałam ze stoku o zachodzie słońca. Śnieg skrzył się jak brokat, niebo było różowe, a ja płynęłam w dół bez strachu, z roziskrzonym sercem. Na dole roześmiałam się głośno. Było warto. Dla tej jednej chwili – absolutnej, czystej radości. Bo choć będę spłacać ten wyjazd przez kilka miesięcy, wspomnienia zostaną ze mną na całe życie.

Wróciłam nie tylko ze zdjęciami

Po powrocie do domu usiadłam w kuchni z kubkiem herbaty, jeszcze w kurtce, z nieodpakowaną walizką. Było cicho. Tylko ja i tykający zegar. Przeglądałam zdjęcia w telefonie – te na stoku, te w karczmie, to jedno zrobione z wyciągu, gdzie śmiałam się sama do siebie. Uświadomiłam sobie, że wróciłam z czymś więcej niż zdjęciami. Przywiozłam sobie inną wersję siebie – odważniejszą, bardziej zdecydowaną, mniej przestraszoną życiem.

Kredyt oczywiście został. Musiałam zacisnąć pasa i odpuścić inne plany. Nie chodziłam do kosmetyczki, nie kupiłam nowej kurtki na wiosnę, raz nawet pożyczyłam pieniądze od siostry, bo nie starczyło mi na rachunek. Ale nie żałuję. Naprawdę. Bo zamiast kolejnej zimy spędzonej w mieście, pełnej narzekań, że „wszyscy gdzieś wyjeżdżają, tylko nie ja”, zrobiłam coś tylko dla siebie.

Nie wiem, czy jeszcze kiedyś pojadę w Alpy. Może tak, może nie. Ale teraz, gdy mijam to zdjęcie z wystawy biura podróży, uśmiecham się pod nosem. Bo wiem, jak pachnie powietrze wysoko w górach. I wiem, że mogę więcej, niż mi się czasem wydaje.

Justyna, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama