Reklama

To miał być zwykły weekend, początek naszej jesieni życia, którą zaplanowaliśmy w najdrobniejszych szczegółach. Kiedy Edek, mój mąż od trzydziestu pięciu lat, stanął w progu salonu ze szpachelką w dłoni i tym swoim zawadiackim uśmiechem, myślałam, że czeka nas co najwyżej trochę kurzu i tydzień bałaganu.

Nie wiedziałam, że ten pierwszy ruch ręką, to pierwsze zerwanie starej, wyblakłej tapety, uruchomi lawinę, która pogrzebie nasze oszczędności, nasze poczucie bezpieczeństwa i – o mały włos – naszą miłość. Zamiast kłaść "pudrowy róż", odsłoniliśmy czarną, pulsującą zgniliznę, która pożarła wszystko, na co pracowaliśmy przez dekady.

Mąż nie mógł usiedzieć w miejscu

Pamiętam ten dzień dokładnie. Edek od trzech miesięcy był na emeryturze i nosiło go po domu. Przez całe życie pracował fizycznie, więc teraz, kiedy nadszedł czas odpoczynku, nie potrafił usiedzieć w miejscu. Naoglądał się tych wszystkich programów o remontach, gdzie uśmiechnięci ludzie w dwa dni zamieniali ruinę w pałac. To tam narodził się ten pomysł.

– Stasia, spójrz na to – powiedział, wskazując na róg naszego dużego pokoju, tuż przy oknie balkonowym. – Ta tapeta odchodzi. Wstyd, jak Kaśka z wnukami przyjedzie.

Kaśka i tak rzadko nas odwiedzała, ale dla Edka każdy pretekst był dobry. Spojrzałam na róg. Faktycznie, beżowa tapeta w drobne kwiatki, kładziona jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, lekko się odklejała, ale mi to nie przeszkadzało. Ten dom był stary, tak jak my. Miał swoje zmarszczki i blizny.

– Zostaw to, Edward – westchnęłam, odkładając krzyżówkę. – Mamy pieniądze odłożone na wyjazd do Ciechocinka. Po co to ruszać?

– Jaki Ciechocinek, kobieto! – oburzył się, a w jego oczach zapalił się niebezpieczny błysk domorosłego majsterkowicza. – Puszka farby i gładzie to grosze. Sam to zrobię. Zobaczysz, będzie jak w apartamencie. W weekend się uwinę.

Gdybym wtedy wiedziała, że to "uwinę się" będzie początkiem naszego osobistego piekła, wyrzuciłabym tę szpachelkę przez okno. Ale nie zrobiłam tego. Zgodziłam się dla świętego spokoju i dla jego męskiej dumy, którą emerytura trochę nadszarpnęła.

Otworzyliśmy puszkę Pandory

Sobota rano. Edek wstał skoro świt, ubrał stare spodnie robocze i włączył radio. Przesunęliśmy meblościankę na środek pokoju, przykryliśmy folią kanapę. W powietrzu unosił się zapach starego kurzu.

Zrobiłam kawę, usiadłam w kuchni i nasłuchiwałam. Dźwięk zdzieranej tapety jest specyficzny. Szur, szur, trzask. Edek nucił pod nosem. Przez pierwszą godzinę wszystko szło gładko, aż nagle zapadła cisza. Nie taka zwykła, kiedy człowiek robi przerwę. To była cisza ciężka, gęsta.

– Edek? – zawołałam z kuchni. – Wszystko w porządku?

Brak odpowiedzi. Wstałam, czując dziwny ucisk w żołądku. Weszłam do salonu. Mój mąż stał przy ścianie szczytowej i patrzył na mur jak zahipnotyzowany. W ręku trzymał kawałek tapety, który wyglądał, jakby był oślizgły. Podeszłam bliżej i zamarłam.

To nie był beton ani tynk. Pod warstwą tapety, na powierzchni kilku metrów kwadratowych, rozciągała się czarno-zielona plama. Wyglądało to jak martwa tkanka. Grzyb. Ale nie taki zwykły nalot z łazienki. To była gruba, włochata warstwa pleśni, która zdawała się pulsować. Śmierdziało stęchlizną, mokrą piwnicą i czymś słodkawym, co momentalnie wywołało u mnie odruch wymiotny.

– O Matko Boska... – szepnęłam, zasłaniając usta dłonią. – Edek, co to jest?

Mąż odwrócił się do mnie. Był blady.

– To... to tylko wilgoć, Stasiu. Nic takiego. Zagruntuje się, da się preparat i zniknie.

Kłamał. Widziałam w jego oczach strach, ale duma nie pozwalała mu przyznać, że odsłonił potwora. Przez lata tapeta trzymała to świństwo w ryzach niczym bandaż na ropiejącej ranie. Jej zerwanie było jak otwarcie puszki Pandory.

Miałam złe przeczucia

Zamiast wezwać fachowca, Edek wpadł w amok. Powinnam była wtedy przejąć stery, zadzwonić do córki, ale mąż machał rękami.

– Nie będziemy płacić obcym! – krzyczał, gdy próbowałam oponować. – Jadę do marketu. Wszystko załatwię.

Wrócił z trzema baniakami najtańszego środka grzybobójczego. Śmierdziało tak, że aż oczy łzawiły. Edek w zwykłej, papierowej maseczce zaczął szorować ścianę szczotką. Czarna maź spływała po murze na parkiet, o który dbałam trzydzieści lat.

Uważaj na podłogę! – krzyknęłam.

– Podłoga to pikuś! Musimy zabić to cholerstwo! – odwarknął, kaszląc.

Przez cały weekend żyliśmy w oparach chemikaliów. Smród wchodził wszędzie – w ubrania, w jedzenie, w nasze myśli. W poniedziałek rano ściana wyglądała na "czystą". Była mokra, ciemnoszara, ale bez kożucha pleśni.

– Widzisz? – Edek tryumfował, choć miał podkrążone oczy. – Załatwione. Teraz wyschnie, gładź i malujemy.

Mylił się. Tak bardzo się mylił.

Mąż niszczył nasze życie

Mijały kolejne dni. Ściana powinna schnąć, a zamiast tego tynk zaczął odpadać płatami. Spadał na ziemię z głuchym plaskiem, odsłaniając mokre, czerwone cegły i rury. Mieszkamy w bloku z lat 70., nikt nie miał planów instalacji. Okazało się, że w ścianie idzie jakiś pion. I ten pion był mokry.

Edek, zamiast się zatrzymać, wziął młotek.

– Muszę zobaczyć, skąd cieknie – mruknął.

Zostaw to! Edek, błagam cię, zawołajmy hydraulika ze spółdzielni! – prosiłam, czując serce w gardle.

– Spółdzielnia przyjdzie za tydzień, a ja mam rozgrzebaną robotę! – uderzył młotkiem. Raz, drugi. Cegła ustąpiła.

I wtedy trysnęło. Strumień brudnej, rdzawej wody uderzył prosto na naszą dębową klepkę. Edek zaczął kląć, biegać po miski i ścierki. Zakręcił zawór główny, ale zanim woda z rur zeszła, mieliśmy jezioro w salonie. Parkiet zaczął wstawać niemal w oczach.

Usiadłam w kuchni i rozpłakałam się bezgłośnie. Patrzyłam na męża, który w mokrych skarpetkach brodził po zniszczonej podłodze. Wyglądał na starego i bezradnego. Chciał być bohaterem domu, a właśnie niszczył nasze życie.

Wpadliśny w spiralę długów i kłamstw

To, co nastąpiło w kolejnych tygodniach, przypominało koszmar. Woda była tylko wierzchołkiem góry lodowej. Wilgoć w ścianie tkwiła tam od lat przez pękniętą rurę w pionie. Spółdzielnia umyła ręce, twierdząc, że to nasza wina, bo Edek kuł ścianę. Sąsiadka z dołu, pani Jadzia, przyszła z awanturą o zacieki na suficie.

Edek, chcąc uniknąć kar, brnął w "naprawy". Nasze 10 tysięcy na Ciechocinek poszło w tydzień: na osuszacze przemysłowe huczące całą dobę i hydraulika "po znajomości", kolegę Mietka, który zalepił rurę pianką, wziął pieniądze i zniknął. Po dwóch dniach znów zaczęło ciec. Wtedy zaczęły się kłótnie.

Zmarnowałeś wszystko! – krzyczałam, gdy Edek przyniósł worki z cementem. – To trzeba skuć do gołej cegły! Tu potrzebna jest firma!

– Nie stać nas na firmę! – wrzeszczał, a żyła na jego czole pulsowała. – Wiesz, ile oni biorą? Sami to zrobimy!

Wzięliśmy pożyczkę. Edek mnie namówił: "Tylko 5 tysięcy, Stasia, oddamy z emerytury". Byłam przerażona, ale bałam się, że grzyb zje nas żywcem. Budziłam się w nocy, dusząc się, czując w gardle smak pleśni. Kiedy córka zadzwoniła, skłamałam, że wszystko w porządku. Wstydziłam się przyznać, że mieszkamy na gruzowisku, w smrodzie zgnilizny.

Parkiet w salonie trzeba było zerwać. Pod spodem – zgniłe legary i czerń. Edek już nie krzyczał. Milczał. Chodził po domu jak duch, szary na twarzy. Zrozumiałam, że on wie. Wie, że przegrał.

Byliśmy pod ścianą

Pewnego wieczoru weszłam do salonu. Edek siedział na gołym betonie, pośród gruzu, i płakał. Trzymał w ręku naszą ślubną fotografię, która spadła z komody. Ramka była pęknięta, a zdjęcie pokryło się zielonym nalotem od wilgoci w powietrzu.

– Przepraszam cię, Stasiu – wychlipał. – Chciałem tylko, żeby było ładnie.

Pękło mi serce. Usiadłam obok niego na tym brudnym betonie i objęłam go. Śmierdział potem, kurzem i grzybem, ale to był mój Edek.

– Musimy to sprzedać – powiedziałam cicho. Słowa, które bałam się wypowiedzieć od tygodni.

– Ale to nasz dom... Tu wychowała się Kaśka...

– Edek, spójrz na to – wskazałam na czarną ścianę. – Nie mamy pieniędzy na generalny remont. Fachowiec, którego wezwałam w tajemnicy, wycenił naprawę, wymianę pionów, odgrzybianie i wylewki na 80 tysięcy złotych. Nie mamy tego. Mamy długi.

Mieszkanie, miesiąc temu warte pół miliona, teraz było ruiną. Wystawiliśmy je na sprzedaż jako "do generalnego remontu". Nie ukrywaliśmy stanu, smrodu i tak nie dało się zamaskować. Zaczęły się pielgrzymki "inwestorów". Handlarze w drogich garniturach wchodzili w butach na nasz gruz, mierzyli ściany laserami i kręcili nosami.

– Panie, tu jest grzyb w strukturze nośnej – mówił jeden, stukając w ścianę długopisem. – Tu trzeba skuwać tynki w całym mieszkaniu, ozonować tydzień. Dam 250 tysięcy. Gotówką, jutro u notariusza.

Dwieście pięćdziesiąt tysięcy. Połowa wartości. Połowa naszego życia. Edek chciał go wyrzucić, ale kolejni oferowali to samo. Widzieli naszą desperację: starszych ludzi w brudnych ubraniach, kaszlącą kobietę, zrozpaczonego mężczyznę. Byliśmy łatwym łupem.

W międzyczasie przyszło pismo ze spółdzielni – nakaz natychmiastowego usunięcia awarii. Sąsiadka chciała otrzymać odszkodowanie. Byliśmy pod ścianą. Dosłownie i w przenośni. W końcu przedaliśmy mieszkanie za śmieszne pieniądze. Podpisaliśmy akt notarialny ze łzami w oczach.

Zostało nam niewiele

Ostatni tydzień był najgorszy. Pakowanie to selekcja wspomnień. Musieliśmy wyrzucić meble – kanapa, fotele, dywany przesiąkło zapachem stęchlizny. Meblościanka, duma Edka, poszła na śmietnik. Zostaliśmy z kilkoma kartonami ubrań i dokumentami. Kaśka przyjechała pomóc. Gdy zobaczyła stan mieszkania, zamilkła.

– Mamo, dlaczego nie powiedzieliście wcześniej? – zapytała tylko raz, pakując moje książki.

Bo tata chciał być bohaterem – odpowiedziałam, patrząc, jak Edek wynosi na śmietnik resztki parkietu, który układał z własnym ojcem.

Patrzyłam na puste ściany, na ten nieszczęsny salon ziejący czernią. To miejsce nas pokonało. Chcieliśmy je upiększyć, a ono w rewanżu wygnało nas. Dziś mieszkamy w kawalerce na obrzeżach miasta. Kupiliśmy ją za gotówkę ze sprzedaży, spłacając po drodze długi. Zostało nam niewiele.

Edek się zmienił. Rzadko się uśmiecha, nie majsterkuje. Kiedy cieknie kran, z przerażeniem dzwoni po hydraulika. Nie ogląda już programów o remontach, a gdy w telewizji leci reklama farby, wychodzi z pokoju.

Często myślę o tym, co by było, gdybym wtedy powiedziała stanowcze "nie". Gdybym zabrała mu szpachelkę i zaakceptowała tę odklejającą się tapetę. Może żylibyśmy dalej w naszym dużym, starym mieszkaniu, a nie w ciasnej klitce z widokiem na parking.

Ale czasem, gdy patrzę na męża śpiącego niespokojnie obok mnie, myślę też o czymś innym. Że ten remont obnażył nie tylko grzyba w ścianie, ale i kruchość naszej stabilizacji. Myśleliśmy, że mamy wszystko pod kontrolą, że jesteśmy bezpieczni. A wystarczyło jedno pociągnięcie papieru, by wszystko runęło.

Stanisława, 65 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama