„Chciałem tylko romansu i zabawy, a ona wszystko brała na serio. Uciekłem, jeszcze zanim wybrała prezent na walentynki”
„Spotykaliśmy się coraz częściej. Pisała pierwsza, a ja wmawiałem sobie, że to nic nie znaczy. Lubiłem te wieczory, rozmowy do późna, poczucie, że ktoś mnie wybiera. Ale za każdym razem, gdy robiło się zbyt ciepło, żartowałem albo zmieniałem temat”.

Luty zawsze traktowałem jak zwykły miesiąc, tylko bardziej oblepiony serduszkami. Walentynki mnie nie dotyczyły – tak przynajmniej powtarzałem sobie i innym. Lubiłem porządek, jasne zasady i brak deklaracji, bo to dawało mi spokój. A jednak pod tą chłodną narracją czaiło się zmęczenie i cicha pustka. Właśnie wtedy poznałem Igę. Od początku powiedziałem, że ma być lekko. Nie zauważyłem momentu, w którym przestało takie być.
Nie chciałem tego nazywać
Poznaliśmy się zupełnie zwyczajnie, bez historii godnej zapamiętania. Kawa, rozmowa, śmiech w momentach, w których zwykle zapada cisza. Iga miała w sobie coś, co sprawiało, że ludzie chcieli mówić więcej, niż planowali. Słuchała uważnie, czasem zbyt uważnie, jak na mój gust. Już wtedy powinienem był być ostrożniejszy.
Spotykaliśmy się coraz częściej. Najpierw „przy okazji”, potem już bez okazji. Pisała pierwsza, ja odpisywałem szybko, choć wmawiałem sobie, że to nic nie znaczy. Lubiłem te wieczory, rozmowy do późna, poczucie, że ktoś naprawdę chce wiedzieć, co myślę. Ale za każdym razem, gdy robiło się zbyt ciepło, żartowałem albo zmieniałem temat.
– Tylko żeby było jasne – powiedziałem kiedyś, niby mimochodem. – Ja nie lubię etykiet.
Spojrzała na mnie uważnie, jakby próbowała zajrzeć głębiej niż pozwalałem.
– Rozumiem – odpowiedziała po chwili. – Mi chodzi tylko o to, żeby było prawdziwie.
Uśmiechnąłem się, bo to słowo było wygodne. „Prawdziwie” nie zobowiązywało do niczego konkretnego.
Z czasem zaczęła zostawiać u mnie drobiazgi. Kubek, który lubiła. Szalik przewieszony przez krzesło. Ja udawałem, że tego nie widzę. Mówiłem sobie, że to jej decyzje, nie moje obietnice. A jednak czułem ukłucie, gdy opowiadała o planach na przyszłe tygodnie, używając liczby mnogiej.
– W lutym moglibyśmy… – zaczynała.
– Zobaczymy – przerywałem łagodnie.
Wiedziałem, że dla niej to „zobaczymy” brzmi jak nadzieja. Dla mnie było tylko bezpiecznym zawieszeniem sprawy. Coraz częściej łapałem się na myśli, że biorę więcej, niż daję. Łatwiej było schować się za ironią niż przyznać, że zaczyna mi na czymś zależeć.
Zobaczyłem sytuację z innej strony
Mój kumpel, Łukasz znał mnie na tyle dobrze, że nie musiał dopytywać. Wystarczyło kilka zdań, żebym sam zaczął mówić więcej, niż planowałem. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, a on słuchał w ten swój spokojny sposób, bez przerywania, bez ocen.
– Czyli jest fajnie, ale na wszelki wypadek trzymasz rękę na klamce – podsumował w końcu.
– Po prostu nie robię wielkich rzeczy z czegoś, co nimi nie jest – odburknąłem. – Od początku byłem szczery.
– Szczery wobec kogo? – zapytał. – Wobec niej czy wobec siebie?
To pytanie mnie zirytowało. Zawsze mnie irytowało, gdy ktoś sugerował, że nie mam nad sobą kontroli.
– Ona wie, że nie chcę deklaracji – powiedziałem stanowczo. – Niczego jej nie obiecywałem.
Łukasz westchnął i oparł się wygodniej.
– Brak obietnic nie znaczy brak wpływu, Tomek. Jeśli ktoś się angażuje, a ty to widzisz i nic z tym nie robisz, to też jest wybór.
Chciałem zaprzeczyć, ale zabrakło mi argumentów. Widziałem, jak Iga patrzyła, gdy mówiłem o „luźnym układzie”. Słyszałem pauzy w jej odpowiedziach, coraz dłuższe, coraz cięższe.
– Może po prostu potrzebuje czasu – rzuciłem słabo.
– A może ty go potrzebujesz, tylko nie chcesz się do tego przyznać – odpowiedział. – Pytanie brzmi: czego ty właściwie chcesz?
Nie umiałem odpowiedzieć. Zamiast tego wróciłem myślami do Igi, do jej planów, do jej obecności, która zaczęła wypełniać moje uporządkowane dni. Coraz bardziej kontrastowała z moim dystansem. Coraz trudniej było udawać, że tego nie widzę.
Przyparła mnie do muru
Nie planowałem tej rozmowy. Zaskoczyła mnie, tak jak zaskakują rzeczy, które odkłada się zbyt długo. Iga przyszła do mnie cicha, inna niż zwykle. Nie było w niej tej miękkości, do której się przyzwyczaiłem. Usiadła naprzeciwko i przez chwilę milczała, jakby zbierała siły.
– Muszę cię o coś zapytać – powiedziała w końcu. – I chcę, żebyś odpowiedział szczerze.
Skinąłem głową, choć w środku już czułem napięcie.
– Czy spotykasz się z kimś jeszcze?
To pytanie wisiało w powietrzu dłużej, niż powinno. Wiedziałem, że milczenie jest odpowiedzią, ale i tak je przeciągałem.
– To są… luźne rzeczy – powiedziałem w końcu. – Nic ważnego.
Jej twarz stężała. Nie podniosła głosu, nie zrobiła sceny. To było nawet gorsze.
– A ja? – zapytała cicho. – Też jestem „niczym ważnym”?
– Iga, przecież od początku było jasne, że… – zacząłem, ale przerwała mi gestem.
– Jasne dla kogo? – jej głos zadrżał. – Dla ciebie wszystko jest jasne, bo nie musisz nic ryzykować.
Wstała i zaczęła chodzić po pokoju, jakby szukała punktu zaczepienia.
– Myślałam, że to coś znaczy. Te rozmowy, ten czas. To, że byłam obok.
Poczułem, że jestem przyparty do muru. Wtedy powiedziałem to zdanie. Mechanicznie, obronnie, jakby miało mnie ochronić.
– To nie było na serio.
Zatrzymała się. Spojrzała na mnie tak, jakby mnie nie poznawała. W jej oczach pojawiło się coś, czego wcześniej nie widziałem – smutek.
– Dla mnie było – powiedziała po chwili. – I to wystarczyło, żebym się pomyliła.
Wyszła bez pożegnania. Zostałem sam z ciszą, która nagle stała się nieznośna. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że moje „na serio” i jej nigdy nie miały tej samej wagi.
Za późno to zrozumiałem
Po jej wyjściu mieszkanie nagle wydało mi się za duże. Każdy dźwięk był zbyt wyraźny, a jednocześnie panowała cisza, która ciążyła bardziej niż krzyk. Przez kilka dni łapałem się na odruchu sięgania po telefon, żeby coś jej wysłać, byle zdanie, byle pretekst. Za każdym razem odkładałem go z powrotem, tłumacząc sobie, że to byłoby nie w porządku. Jakby wcześniej wszystko było.
Luty powoli dobiegał końca. W pracy funkcjonowałem normalnie, nawet zbyt normalnie. Ludzie mówili o planach, o weekendach, a ja kiwałem głową, czując w środku pustkę, której nie potrafiłem nazwać. Najgorzej było wieczorami. Wtedy wracały fragmenty rozmów, jej pauzy, sposób, w jaki powiedziała: „dla mnie było”.
Spotkałem się jeszcze raz z Łukaszem. Spojrzał na mnie uważnie, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć.
– I co? – zapytał.
– Zrobiłem dokładnie to, przed czym mnie ostrzegałeś – odpowiedziałem. – I dalej nie wiem, czy potrafiłem inaczej.
Nie skomentował od razu. Dał mi tę przestrzeń, której sam sobie nigdy nie dawałem.
– Wiesz, co jest najgorsze? – dodałem po chwili. – Że naprawdę uważałem się za uczciwego. Myślałem, że skoro nic nie obiecuję, to żadnej krzywdy nie robię.
– A jednak zrobiłeś – powiedział spokojnie. – Bliskość bez odpowiedzialności też coś znaczy. Tylko zwykle dla jednej strony bardziej.
Te słowa zostały ze mną na dłużej. Zacząłem widzieć swój schemat wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej: dystans, ironia, krok w tył dokładnie w momencie, gdy robi się prawdziwie. Zrozumiałem, że straciłem coś realnego, choć od początku powtarzałem, że to „nic takiego”. Ta strata bolała bardziej, niż chciałem się przyznać.
Lepiej nie wracać
Zostałem sam nie tylko bez niej, ale też bez wygodnych usprawiedliwień. Walentynki dawno minęły niezauważone, dokładnie tak, jak zawsze chciałem. Tyle że tym razem nie przyniosło mi to ulgi. Zrozumiałem, że cały ten „brak etykiet” był tylko parawanem, za którym chowałem strach przed bliskością i odpowiedzialnością.
Najtrudniejsze było przyjęcie do wiadomości, że fakt, iż coś dla mnie nie było na serio, nie odbierał temu wagi dla kogoś innego. Moje słowa, wypowiedziane chłodno i bez emocji, miały konsekwencje, których nie chciałem widzieć. Emocjonalna obojętność okazała się decyzją, nie neutralnością.
Nie próbowałem wracać. Wiedziałem, że każda próba odezwania się byłaby bardziej dla mnie niż dla niej. Zostałem więc z refleksją, że strach przed zranieniem innych często maskuje strach przed byciem naprawdę widzianym. Łatwiej kpić z uczuć niż przyznać, że się ich potrzebuje.
Tomasz, 32 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Romantyczne ferie w Zakopanem to była porażka. Ukochany kręcił już od pierwszego dnia, aż wyszło szydło z worka”
- „Marzyłam, by stanąć na ślubnym kobiercu, ale mój luby wystawił mnie do wiatru. W końcu odpłaciłam się pięknym za nadobne”
- „Na ferie w Tatry pojechałam razem z mężem, ale wróciłam sama. Tamtego dnia na stoku widziałam go ostatni raz”

