Reklama

Mówią, że jak kochasz, to puszczasz wolno. Ja nie potrafię. Od miesięcy patrzę, jak Julia oddala się ode mnie krok po kroku, i zamiast pozwolić jej odejść, łapię ją mocniej. Zaciskam palce na tym, co zostało, byle nie zniknęła zupełnie. Tylko że ona już dawno mi się wyślizguje. Nie pamiętam, kiedy ostatnio się śmiała. Nawet jak wraca, to jakby jej nie było — ciałem przy mnie, myślami kilometr stąd.

— Stary, może ona już nie chce z tobą być? — rzucił ostatnio Tomek, mój kumpel z liceum. — Ty sam już tego nie widzisz?

Nie. Albo nie chcę widzieć. Kocham ją, tak sobie wmawiam. Ale coraz częściej mam wrażenie, że to nie miłość, tylko uzależnienie. Że bardziej się jej boję stracić, niż pragnę mieć. A mimo to… robię wszystko, żeby została. Od jakiegoś czasu noszę pierścionek zaręczynowy w plecaku. Myślałem, że kiedyś znajdę odpowiedni moment. Że będzie zachód słońca, że się uśmiechnie. Ale takich chwil już nie ma. Są za to kłótnie, milczenie i ta coraz częstsza myśl: „Jeśli teraz nic nie zrobię, odejdzie na dobre”. I może właśnie dlatego… pewnego dnia się oświadczyłem. Po kłótni. Tylko po to, żeby ją zatrzymać.

Zrobiło się bardzo cicho

— Może po prostu mnie już nie kochasz — rzuciłem, stojąc oparty o framugę.

Julia nawet nie podniosła głowy znad torby, do której właśnie wrzucała swoją szczoteczkę do zębów.

Nie rób znowu scen, Michał — mruknęła znudzonym tonem.

— Czyli znowu ja robię sceny? — burknąłem. — Ty się pakujesz, a ja mam siedzieć cicho?

— Nie, masz w końcu zrozumieć, że duszę się w tym wszystkim — wycedziła. — Że to już nie działa.

— Bo nie walczysz! — zawołałem. — Ty po prostu chcesz zniknąć, zamiast coś naprawić!

— Bo nie wszystko się da naprawić. Czasem trzeba odejść.

Milczałem chwilę. W mieszkaniu pachniało pastą do zębów i szamponem. Patrzyłem na nią, jak zapina torbę i jak jej ręce się trzęsą. I wtedy to zrobiłem. Sięgnąłem do plecaka, wyjąłem małe pudełko. Serce mi waliło jak głupie. Podszedłem do niej, a potem uklęknąłem.

— Zostań ze mną, Julka. Wyjdź za mnie.

Zamarła. Spojrzała na mnie tak, jakby zobaczyła obcego człowieka. Przez chwilę myślałem, że wybuchnie śmiechem. Ale nie — tylko oczy jej się zaszkliły.

— Michał… — wyszeptała, jakby chciała mi powiedzieć „nie”. Ale zamiast tego szepnęła: — Tak.

Założyłem jej pierścionek i nagle zrobiło się bardzo cicho. Tak cicho, że aż bolało. A potem spojrzałem na nią i poczułem coś dziwnego. Bo choć powiedziała „tak”, jej twarz wyglądała, jakby właśnie coś w niej pękło.

Patrzyła na mnie długo

Nie płakała ze wzruszenia. Nie zrobiła zdjęcia pierścionka na Instagram ani nie zadzwoniła do mamy. Przyjęła oświadczyny, po czym… poszła spać. Bez słowa. Zostawiła mnie w salonie z pudełkiem po pierścionku i pustką, która aż dźwięczała w uszach. Przez następne dni próbowałem udawać, że wszystko jest normalnie. Zrobiłem kolację przy świecach. Zasugerowałem wspólny wypad za miasto, żeby „świętować”. Chciałem mówić o dacie, o gościach, o tym, jak zawsze wyobrażałem sobie, że będzie wyglądać mój ślub. A Julia… milczała. Uśmiechała się, ale tym uśmiechem, który znałem z jej sesji terapeutycznych, kiedy wracała wyprana z emocji.

W końcu spotkałem Olę, jej przyjaciółkę. Zatrzymała mnie przed wejściem do bloku, jakby czekała specjalnie na mnie.

— Michał… Ty naprawdę myślisz, że ona chce z tobą ślubu? — spytała powoli.

— Przecież powiedziała „tak”.

— Bo się bała, że się rozpadniesz, jak powie „nie” — rzuciła mi prosto w twarz, a potem patrzyła na mnie długo.

Poczułem, jakby ktoś zdzielił mnie w twarz. Wieczorem przyglądałem się Julii, jak siedzi w kuchni i wpatruje się w ekran telefonu. I pierwszy raz dopuściłem do siebie myśl, że może Ola ma rację. Że może wcale mnie nie kocha.

Głos mi się załamał

Wróciłem wcześniej z pracy. Coś mnie tknęło. Taki impuls, że muszę być dziś w domu. Drzwi były uchylone. Julia nie usłyszała, jak wchodzę. Cisza, potem… szloch. Cichy, zdławiony. Zatrzymałem się w przedpokoju. Dźwięki dochodziły z łazienki. Przylgnąłem do drzwi. Nie miałem prawa tego słuchać, a jednak zostałem.

— Nie wiem, jak mu to powiedzieć… — mówiła przez telefon. Głos jej drżał. — On się posypie, a ja nie chcę go zniszczyć… Tak, wiem, że to głupie. Ale nie potrafię go zostawić po czymś takim… — Chwila ciszy, a potem znowu szloch. — Nie kocham go już. Od dawna. Ale powiedziałam „tak”, bo… bo się bałam, że sobie coś zrobi.

Stałem tam jak wryty. Każde słowo wbijało się we mnie jak odłamek. Złapałem za klamkę. Drzwi ustąpiły bez oporu. Julia siedziała na podłodze, skulona, z telefonem przy uchu. Spojrzała na mnie, jakby zobaczyła ducha.

— To powiedz mi teraz — rzuciłem. Głos mi się załamał. – Wolę się posypać niż żyć w kłamstwie.

Rozłączyła się i schowała twarz w dłoniach. Nie podchodziłem. Nie dotykałem jej. Patrzyłem tylko, jak płacze.

— Przepraszam, Michał. Ja nie chciałam cię skrzywdzić.

— A jednak właśnie to zrobiłaś.

Może jeszcze wróci

— Może pójdziemy razem na terapię? — zaproponowałem następnego dnia. — Jeszcze to uratujemy. Przecież kiedyś było dobrze. Przecież nie mówiłaś wtedy, że się dusisz.

— Bo wtedy jeszcze miałam nadzieję, że coś się zmieni — odpowiedziała cicho. — Teraz już nie mam siły.

Siedzieliśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole. Miała kubek z herbatą, ale jej nie piła. Ja nie miałem nic, oprócz tego cholernie pustego spojrzenia w lustrze.

— To powiedz mi, kiedy przestałaś mnie kochać.

— Nie ma jednego momentu. To działo się po trochu. Każde „co znowu ci jest?”, każda twoja zazdrość o kolegę z pracy. Każda noc, kiedy nie zasnęłam, bo analizowałam, czy znów cię czymś wkurzyłam.

— Przecież ja tylko… Ja się bałem. Że odejdziesz. Że cię stracę.

— I dlatego trzymałeś mnie tak mocno, że aż bolało?

Nie odpowiedziałem. A ona zgarnęła torbę, której wczoraj nie zdążyła zabrać. Zamknęła za sobą drzwi bez słowa. Zadzwoniłem więc do Tomka. Poszedłem do niego jak zbity pies. Opowiedziałem wszystko: o pierścionku, o łazience, o rozmowie przy stole.

— Michał… — westchnął. — Nie można nikogo zmusić do miłości. Nawet jeśli bardzo się chce.

Pokiwałem głową. Ale w środku nadal coś wrzeszczało: nie odpuszczaj. Może jeszcze wróci. Może się rozmyśli. Może…

Może kiedyś go sprzedam

Wróciłem do pustego mieszkania. Pachniało jej perfumami, ale Julii już nie było. I to wszystko bez pożegnania, bez „przepraszam” czy „dziękuję”. Tylko echo klucza, który zostawiła na szafce.
Sprzątałem bezmyślnie. Składałem jej rzeczy, jakby miała wrócić za chwilę i powiedzieć: „Zrobiłam błąd”. Ale nie wróciła.

Dopiero wieczorem, szukając ładowarki, otworzyłem szufladę przy łóżku. Leżał tam pierścionek. Ten sam, który założyłem jej drżącymi rękami, licząc na cud. Patrzyłem na niego długo. W końcu wziąłem go do ręki. Był zimny. Pusty. Usiadłem na łóżku. Wziąłem telefon. Wybrałem jej numer. Sekunda… druga…

— Cześć, tu Julia. Nie mogę teraz odebrać… — Sygnał poczty głosowej urwał mi myśl.

— Nie wiem, jak to się stało — wyszeptałem. — Przecież chciałem dobrze. Chciałem tylko, żebyś została. Żebyś była moja. — Zamilkłem na chwilę, po czym się rozłączyłem. Skasowałem jej numer.
Z pierścionkiem w dłoni przesiedziałem pół nocy. A potem schowałem go z powrotem do tej samej szuflady. Nie miałem siły go wyrzucić. Może kiedyś go sprzedam. Może nie.

Michał, 30 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama