Reklama

Walentynki nigdy nie były dla mnie wielkim świętem. Zawsze powtarzałem, że miłość powinno się okazywać każdego dnia, nie tylko czternastego lutego. Jednak odkąd jestem mężem, staram się nie lekceważyć takich okazji. W tym roku żona przez kilka tygodni delikatnie nawiązywała do walentynkowych niespodzianek, chociaż twierdziła, że nie potrzebuje niczego specjalnego. Udawałem, że nie słyszę, ale w środku czułem presję. Zastanawiałem się, co jej podarować, żeby poczuła się wyjątkowo. Ostatecznie postawiłem na praktyczny prezent, przekonany, że ją ucieszy. To był ogromny błąd.

Przecież liczy się gest

Od początku lutego czułem, że w naszym domu atmosfera robi się gęstsza z każdym dniem. Żona zaczęła częściej wspominać o koleżankach z pracy, które dostają od swoich mężów wyjątkowe upominki. Niby mówiła to mimochodem, ale z każdą taką opowieścią coraz mocniej wbijała mi do głowy myśl, że w tym roku nie mogę po prostu przejść obok walentynek obojętnie.

— Słyszałeś, co Arek kupił Basi na rocznicę? — pytała wieczorem, kiedy jedliśmy kolację. — Zabiera ją na weekend do Zakopanego. I jeszcze wręczył jej pierścionek!

Udawałem, że skupiam się na wiadomościach w telewizji, ale przecież dobrze słyszałem każdą nutę rozczarowania w jej głosie. Próbowałem bagatelizować temat, żartowałem, że pierścionki są przereklamowane i najlepiej spędzić wieczór w dresie, jedząc pizzę. Jednak sam czułem, że nie wypada mi w tym roku zbyć tego święta byle jakim tekstem lub symboliczną czekoladką. Wiedziałem, że domowy budżet nie pozwala mi na ekstrawagancję, ale przecież liczy się gest, powtarzałem sobie. Przez kilka dni myślałem intensywnie nad prezentem, analizowałem, co mogłoby ją ucieszyć. Potrzebowałem czegoś, co naprawdę się przyda, a nie tylko ładnie wygląda na zdjęciach.

Wyobrażałem sobie jej uśmiech

Ostatecznie decyzję podjąłem przypadkiem. W pewne sobotnie popołudnie, kiedy kolejny raz potknąłem się o suszący się w salonie stojak z praniem, zaskoczyło mnie, jak bardzo zaczęło mnie to denerwować. Zimą problem urastał do rangi tragedii: ubrania nie schły, a zapach wilgoci mieszał się z obiadem i kawą. Pamiętałem, jak żona wzdychała: „Może byśmy w końcu kupili suszarkę do prania?”. Powiedziała to wtedy pół żartem, pół serio, ale ja to zapamiętałem.

W pracy podpytywałem kolegów o opinie. Każdy, kto miał suszarkę, zachwalał ją pod niebiosa.

— Człowieku, to zmienia życie, serio! — przekonywał mnie Bartek z magazynu.

To mnie przekonało ostatecznie. Zamiast niepewnego pierścionka albo perfum, zamówiłem wymarzoną suszarkę, inwestując praktycznie wszystkie oszczędności z ostatnich miesięcy. Przecież to prezent, który będzie nam służył przez lata, tłumaczyłem sobie, zadowolony z własnej przebiegłości. Zamówiłem dostawę specjalnie na czternastego lutego. Po cichu liczyłem, że żona będzie naprawdę zaskoczona. Chciałem, żeby wreszcie nie musiała denerwować się tym wiecznym suszeniem skarpet i ręczników na kaloryferze. Wyobrażałem sobie jej uśmiech, wdzięczność i ulgę. Tym razem, byłem pewien, naprawdę ją uszczęśliwię.

Wpatrywała się w nią w milczeniu

Czternastego lutego wróciłem do domu nieco wcześniej niż zwykle, podekscytowany i lekko zestresowany. Suszarka czekała już w korytarzu, elegancko zapakowana, gotowa do odsłonięcia. Przygotowałem szybki obiad, zapaliłem nawet świeczkę na stole — chciałem, żeby atmosfera była choć trochę świąteczna. Słyszałem, jak żona wraca po pracy: jej kroki, zgrzytanie kluczem, krótki telefon do mamy na schodach. Wyszedłem do przedpokoju, żeby ją przywitać.

— Co tu robi to wielkie pudło? — zapytała od razu, zaskoczona i trochę rozbawiona.

— Mam dla ciebie niespodziankę na walentynki — odpowiedziałem z dumą.

W jej oczach pojawił się błysk, jakby przez sekundę naprawdę się ucieszyła. Pomogłem jej rozpakować przesyłkę. Kiedy z pudeł wyłoniła się nowa, błyszcząca suszarka, żona przez chwilę wpatrywała się w nią w milczeniu. Uśmiech na jej twarzy stopniowo gasł. Stała z dłońmi opartymi o biodra i patrzyła, jakby nie dowierzała.

— To… suszarka? — wydusiła w końcu.

— No, przecież mówiłaś, że marzysz o takiej — zacząłem tłumaczyć, ale nie takiej reakcji się spodziewałem.

W tym momencie zrozumiałem, że jej wyobrażenie o idealnych walentynkach nie miało nic wspólnego z moją praktycznością.

To nie kwestia zmęczenia

Reszta wieczoru ciągnęła się niemiłosiernie długo, choć miała trwać zaledwie kilka godzin. Zamiast czułej rozmowy czy wspólnego śmiechu przy kolacji, między nami zawisła ciężka cisza. Żona niby starała się udawać zadowoloną, ale widziałem, jak bardzo ją zawiodłem. Oglądała suszarkę, sprawdzała programy, po czym po prostu poszła do sypialni przebrać się w piżamę. Ja zostałem w kuchni, słysząc jej kroki za ścianą i bijące gdzieś w środku poczucie winy.

Zaproponowałem wspólne obejrzenie filmu, nawet znalazłem komedię, którą lubiła, ale odpowiedziała tylko cicho:

Może innym razem, jestem zmęczona.

Nie nalegałem, bo wiedziałem, że to nie kwestia zmęczenia, tylko rozczarowania. Sam siedziałem na kanapie, patrząc na elegancką, zimną suszarkę w kącie. Dopiero teraz zrozumiałem, że pomyliłem praktyczność z troską, a użyteczność z romantyzmem. Przez głowę przelatywały mi słowa, których nie powiedziała, a które wisiały w powietrzu: „Nie chciałam sprzętu, tylko chciałam być dla ciebie ważna, chociaż przez jeden wieczór”. Wtedy dotarło do mnie, że czasem nawet najlepsze intencje prowadzą prosto w ślepy zaułek.

Nie był to dramatyczny kryzys

Kolejne dni upływały pod znakiem chłodnej uprzejmości. Żona wciąż używała suszarki, doceniała jej funkcjonalność, ale już nie próbowała ukrywać, że coś między nami się zmieniło. Z pozoru było normalnie: rozmawialiśmy o pracy, zakupach, planach na weekend, ale zabrakło między nami bliskości, tej lekkości, która jeszcze tydzień wcześniej sprawiała, że dom wydawał się bezpiecznym schronieniem.

Próbowałem kilka razy naprawić sytuację. Kupiłem kwiaty, przygotowałem kolację, nawet zaproponowałem spontaniczny spacer wieczorem. Za każdym razem spotykałem się z grzeczną rezerwą.

Dziękuję, są ładne — powiedziała, gdy wręczyłem jej tulipany. Włożyła je do wazonu i zajęła się parzeniem herbaty, jakby nic szczególnego się nie stało.

Wtedy pierwszy raz od lat poczułem się prawdziwie samotny w naszym własnym domu. Zrozumiałem, że jeden niefortunny prezent wystarczył, by zburzyć coś, co budowaliśmy przez lata. Zacząłem się zastanawiać, jak łatwo można przekroczyć granicę, zza której trudno wrócić. Nie był to dramatyczny kryzys, ale ciche rozczarowanie, które zżerało nas od środka. Patrząc na żonę, widziałem już nie złość, lecz smutek, który nie znikał nawet, gdy śmiała się do kogoś przez telefon.

Słuchałem jej w ciszy

Minęło kilka tygodni, zanim odważyłem się naprawdę porozmawiać z żoną o tamtym wieczorze. Czułem, że narosło między nami coś, czego nie da się rozładować zwykłymi przeprosinami. W końcu usiedliśmy naprzeciwko siebie przy kuchennym stole, z kubkami herbaty w dłoniach i całą górą niedopowiedzeń między nami.

— Wiesz, nie chodziło mi o sam prezent — powiedziała w końcu, patrząc na mnie poważnie. — Chciałam, żebyś przez chwilę przestał być praktyczny. Chciałam czuć się wyjątkowa, nawet jeśli miałoby to być tylko głupie serduszko z kiosku albo wyjście na spacer w deszczu.

Słuchałem jej w ciszy, czując narastające wyrzuty sumienia. Zrozumiałem, że za bardzo skupiłem się na tym, żeby było wygodnie i funkcjonalnie, a zupełnie zapomniałem o magii drobnych gestów. Przeprosiłem ją, nie tłumacząc się już ani budżetem, ani logiką. Od tamtego czasu staram się pamiętać, że miłość to nie lista zakupów, a czasem najważniejsze jest po prostu być: obecnym, uważnym, gotowym na coś szalonego lub zupełnie niepraktycznego. Suszarka stoi nadal w łazience i służy nam każdego dnia, ale o tamtych walentynkach nie pozwoli mi zapomnieć już nigdy.

Bartek, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama