Reklama

Zarezerwowałam ten weekend z myślą, że będzie cichy, bezpieczny i tylko mój. Walentynki miały mnie ominąć, jak omija się wystawy, na które nie chce się patrzeć. Kilka miesięcy po rozwodzie wciąż uczyłam się oddychać bez planów na przyszłość i bez cudzych oczekiwań. Ten wyjazd miał być znakiem, że potrafię być sama. Nie wiedziałam jeszcze, jak łatwo ta pewność zacznie się kruszyć.

Nie będę o nim myśleć

Rezerwację zrobiłam późnym wieczorem, siedząc na kanapie z laptopem na kolanach. Przez chwilę wahałam się, czy nie zamknąć strony, jakbym robiła coś nieprzyzwoitego. Walentynkowy weekend w hotelu spa, jedna osoba, brak kolacji dla dwojga. Kliknęłam „potwierdź”, zanim zdążyłam się rozmyślić. Pomyślałam wtedy, że to akt odwagi. Albo przekory. Jeszcze nie umiałam odróżnić jednego od drugiego.

Powtarzałam sobie w myślach, że jadę tam dla ciszy, dla kontroli, dla poranków bez tłumaczeń, dlaczego milczę. Po rozwodzie wszystko wokół wydawało się głośniejsze, nawet moje własne myśli. Znajomi pytali, czy już mi lepiej, jakby istniał jakiś harmonogram dochodzenia do siebie. Ten wyjazd miał być dowodem, że nie potrzebuję niczyjej obecności, żeby przetrwać luty. W drodze do hotelu śnieg topniał na poboczu, a ja łapałam się na tym, że jadę wolniej, niż powinnam. Radio grało piosenkę, którą Paweł kiedyś nucił pod nosem, stojąc przy kuchennym blacie.

Wyłączyłam dźwięk gwałtownie, jakby to mogło wymazać wspomnienie. Obiecywałam sobie, że nie będę o nim myśleć, ale im bardziej się starałam, tym częściej wracał. Jego milczenie. Jego plecy, gdy wychodził do pracy bez pożegnania. Ostatnia rozmowa, która nie była rozmową, tylko wymianą faktów. Zatrzymałam się na parkingu hotelowym i przez chwilę nie wysiadałam z auta. Oddychałam głęboko, licząc do pięciu, jak nauczyła mnie terapeutka, choć wtedy jeszcze udawałam, że chodzę tam tylko z ciekawości.

Poprawiłam płaszcz, spojrzałam w lusterko. Wyglądałam normalnie. Wystarczająco. Tego dnia to musiało wystarczyć. Wchodząc do środka, pomyślałam, że jeśli przetrwam te walentynki sama, to może przetrwam już wszystko. Nie wiedziałam jeszcze, jak krucha była ta myśl i jak szybko miała zostać wystawiona na próbę.

Nie zniknęli

W lobby pachniało świeżością i czymś cytrusowym, co miało kojarzyć się z luksusem. Zdjęłam rękawiczki powoli, jakby ten gest mógł mnie przygotować na wejście w inną wersję siebie. Stanęłam w kolejce do recepcji i wtedy zobaczyłam ich odbicie w lustrzanej ścianie za ladą. Najpierw jego sylwetkę. Znajomą aż do bólu. Paweł stał lekko pochylony, słuchając kobiety obok, a jego dłoń spoczywała na oparciu jej krzesła.

Serce zabiło mi zbyt głośno. Odwróciłam głowę odruchowo, jakby to mogło sprawić, że znikną. Nie zniknęli. Ona była drobniejsza, niż sobie wyobrażałam, z włosami spiętymi niedbale, jakby nie musiała się starać. Uśmiechała się często, a on odpowiadał krótkimi zdaniami. Znałam ten ton. Zawsze taki był, gdy nie chciał wchodzić głębiej.

— Dzień dobry — powiedziała recepcjonistka, gdy przyszła moja kolej. Roksana, jak głosiła plakietka. Spojrzała na mnie uważnie, jakby od razu wyczuła napięcie. — Rezerwacja na nazwisko Irena Kowalczyk?

Skinęłam głową, starając się nie zerknąć w bok. Słyszałam ich śmiech, przytłumiony, ale wystarczająco wyraźny. Roksana podała mi kartę do pokoju, a jej ruchy były przesadnie spokojne.

— Pokój z widokiem na las. Strefa spa jest czynna do późna — dodała, po czym zawahała się przez ułamek sekundy. — Życzę miłego pobytu.

— Dziękuję — odpowiedziałam, choć słowo „miłego” zabrzmiało jak żart.

Kiedy odwróciłam się, nasze spojrzenia spotkały się na moment. Paweł zamarł. Lena spojrzała na mnie z ciekawością, której nie zdążyła ukryć. Przez sekundę wszyscy troje staliśmy w bezruchu, jakby ktoś nacisnął pauzę.

— Irena… — zaczął Paweł, ale głos mu się załamał.

Skinęłam głową, nie zatrzymując się. Nie byłam gotowa na rozmowę, na uprzejmości, na udawanie, że to tylko przypadek. W windzie poczułam, jak drżą mi dłonie. Porównywałam się z nią w myślach, wytykając sobie wszystko, czym nie byłam. A jednak coś mnie ukłuło, gdy zobaczyłam, jak Lena ścisnęła jego ramię, jakby potrzebowała potwierdzenia. Drzwi windy zamknęły się cicho. Zostałam sama z myślą, że to, co miało być weekendem bez świadków, właśnie nim przestało być.

Cisza była silniejsza

Strefa spa była zanurzona w półmroku i ciszy, która miała uspokajać, ale mnie tylko uwierała. Leżałam na podgrzewanym leżaku, przykryta cienkim kocem, i wsłuchiwałam się we własny oddech. Próbowałam skupić się na zapachu olejków, na ciepłej parze unoszącej się nad basenem, na szumie wody. Zamiast tego wracały obrazy sprzed lat. Wieczory, kiedy czekałam na Pawła z kolacją, coraz chłodniejszą, coraz bardziej symboliczną. Moje pytania bez odpowiedzi i jego zmęczone spojrzenie, które miało kończyć każdą rozmowę.

Zaczęłam układać w myślach listę własnych win, jakbym wreszcie miała czas, by je policzyć. Zbyt często naciskałam. Zbyt rzadko odpuszczałam. Ale im dłużej tam leżałam, tym wyraźniej czułam, że to nie była tylko moja historia zaniedbań. Była też jego nieobecność, konsekwentna i chłodna, jak decyzja podjęta dawno temu. W strefie ciszy nie wolno było rozmawiać, ale czyjeś kroki i tak wytrąciły mnie z myśli.

Podniosłam wzrok i zobaczyłam Pawła po drugiej stronie sali. Szedł wolno, z ręcznikiem przewieszonym przez ramię, jakby bał się, że każdy ruch zostanie źle odebrany. Zatrzymał się, gdy mnie dostrzegł. Nie powiedzieliśmy ani słowa. Patrzyliśmy na siebie z dystansem, który kiedyś nazywaliśmy spokojem. Usiadłam, udając, że poprawiam koc. On skinął głową, niemal niezauważalnie, i odwrócił wzrok. Przez chwilę miałam ochotę powiedzieć cokolwiek, nawet banalne „jak się masz”, ale cisza była silniejsza. W niej mieściły się wszystkie niewypowiedziane pretensje i to, że żadne z nas nie umiało już zrobić kroku w stronę drugiego.

Kiedy wyszedł, poczułam ulgę pomieszaną z żalem. Spa, które miało być azylem, stało się kolejnym miejscem konfrontacji z tym, czego nie potrafiłam zostawić za sobą. Zamknęłam oczy i po raz pierwszy dopuściłam myśl, że sama obecność Pawła potrafiła mnie rozchwiać bardziej niż wspomnienia.

Poczułam coś na kształt satysfakcji

Przez długi czas siedziałam na łóżku, wpatrując się w sukienkę przewieszoną przez oparcie krzesła. Mogłam zostać w pokoju, zamówić kolację i udawać, że ten wieczór nie istnieje. Zamiast tego wyszłam. Nie po to, żeby coś komuś udowodnić, ale żeby nie uciekać kolejny raz. Korytarze były pełne cichych rozmów i nerwowego śmiechu. Walentynki w hotelu miały własny rytm, którego nie dało się zagłuszyć.

Sala restauracyjna lśniła ciepłym światłem. Stoły ustawiono parami, jakby samotność była tu przeoczeniem. Kelner wskazał mi miejsce przy niewielkim stoliku blisko okna. Usiadłam i wtedy ich zobaczyłam. Paweł i Lena siedzieli kilka metrów dalej. Ona mówiła coś z ożywieniem, gestykulując lekko, a on słuchał, ale jego wzrok uciekał w bok. Znałam ten znak. Myślami był gdzie indziej.

Starałam się skupić na własnym talerzu, na dźwięku sztućców, na widoku za oknem. Mimo to obserwowałam ich ukradkiem. Lena poprawiała włosy, nachylała się ku Pawłowi, jakby chciała skrócić dystans. On odpowiadał półuśmiechem, grzecznym i nieobecnym. Po raz pierwszy poczułam coś na kształt satysfakcji, która przyszła nieproszona i od razu obudziła we mnie wstyd.

— Wszystko w porządku? — zapytał kelner, widząc, że niemal nie tknęłam jedzenia.

— Tak, dziękuję — skłamałam, prostując plecy.

W pewnym momencie Lena zerknęła w moją stronę. Jej spojrzenie zatrzymało się na mnie na sekundę dłużej, a potem wróciła do rozmowy z Pawłem, już ciszej. Zauważyłam, jak ścisnęła jego dłoń pod stołem, jakby potrzebowała zapewnienia. On odwzajemnił gest, ale bez przekonania. Ten obraz nie przyniósł mi ulgi, tylko potwierdził, że nic tu nie jest takie proste. Kiedy kolacja dobiegła końca, poczułam zmęczenie większe niż po całym dniu. Wyszłam pierwsza, z myślą, że samotność przy stole była łatwiejsza niż obserwowanie cudzej bliskości. A jednak wiedziałam już, że ten wieczór jeszcze się nie skończył.

Mogę iść dalej

Obudziłam się wcześnie, zanim hotel zdążył się obudzić razem ze mną. Za oknem było szaro i spokojnie, jakby noc nie zostawiła po sobie żadnego śladu. Ubrałam się ciepło i wyszłam na krótki spacer w stronę lasu. Ścieżka była wilgotna, powietrze ostre, ale czyste. Z każdym krokiem czułam, że napięcie z poprzedniego dnia powoli opada, choć nie znika całkiem. Minęłam ich na korytarzu, gdy wracałam po śniadaniu. Paweł szedł kilka kroków przed Leną. Nie trzymali się za ręce. Ona mówiła coś szybko, zbyt szybko, a on odpowiadał zdawkowo. Nie spojrzeli na mnie. I po raz pierwszy to nie zabolało tak, jak się spodziewałam. Zrozumiałam wtedy, że nie muszę być świadkiem ich historii, żeby wiedzieć, że nie jest moją.

Pakując walizkę, pomyślałam o tym, jak bardzo chciałam, by ten wyjazd był deklaracją siły. Okazał się raczej sprawdzianem. Walentynki dla siebie nie były ucieczką ani triumfem. Były konfrontacją z tym, czego nie da się zamknąć jednym kliknięciem „potwierdź rezerwację”. Wyjeżdżałam z poczuciem niedomknięcia, ale też z cichą ulgą. Po raz pierwszy dopuściłam myśl, że moje życie nie musi być odpowiedzią na decyzje Pawła. Że mogę iść dalej, nawet jeśli jeszcze nie wiem dokąd. I to wystarczyło na ten moment.

Irena, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama