„Chciałam, żeby dzieci choć raz miały lepsze ferie. Z naszym budżetem mogę zapomnieć o weekendzie w Tatrach”
„W nocy siedziałam w łazience na zimnych kafelkach, owinięta kocem. Udawałam, że przeglądam telefon, ale tylko wpatrywałam się w czarny ekran. Nie umiałam już nawet płakać normalnie. Wszystko we mnie było sztywne. Sztywne i ciche. Czułam się jak przegrana. Miałam dać dzieciom ferie, które będą wspominać, a dałam im wodę z termosu i śnieg przy drodze”.

Te ferie miały być inne. Może nie idealne, ale inne. Po prostu... lepsze. Przez dwa miesiące siedziałam wieczorami nad laptopem, gdy dzieci już spały i przeglądałam promocje, grupy z noclegami, fora dla rodziców, którzy „też chcą, ale mają ograniczony budżet”. Zapisałam się do tylu newsletterów, że codziennie miałam skrzynkę pełną cudzych marzeń w okazyjnej cenie. Próbowałam dopasować nasze możliwości do tych folderów, gdzie uśmiechnięte dzieci w kolorowych kombinezonach trzymają kubki z kakao.
Chciałam im pokazać coś więcej niż cztery ściany i plac zabaw pod blokiem. Chciałam, żeby poczuli, że świat jest dla nich, że też mogą. Że są ważni, chociaż nie mamy „pełnego kompletu”.
Znalazłam domek — tani, stary, z kuchenką dwupalnikową i łazienką, w której grzeje tylko jedno żeberko kaloryfera. Do stoku mamy szesnaście minut autem, a to znaczy: my z Łukaszem wozimy, my zamarzamy przy aucie, my pilnujemy wszystkiego. Śmieję się do nich, robię zdjęcia, pakuję zupę do termosu. Udaję, że to przygoda. I że wszystko mamy pod kontrolą.
Ale czasem wieczorem, kiedy dzieci już śpią, a ja siedzę z Łukaszem w tej kuchni z herbatą z torebki, zastanawiam się, co one z tego zapamiętają. Czy będą mówiły: „Ferie życia, mama była bohaterką, było wesoło!”? Czy raczej: „Zimno, nudno, biednie”. Czy kiedyś będą rozumiały, że robiłam, co mogłam? Że to nie było dla nich?
Jestem zmęczona, ale nie mogę tego po sobie pokazać. Muszę być silna. Ogarnąć wszystko sama i powiedzieć: „spoko, damy radę”, nawet jeśli w środku drży mi głos. Chcę tylko, żeby były szczęśliwe. Choć przez kilka dni.
Czułam się jak przegrana
— Mamo, a możemy iść do aquaparku? — zapytał Adaś, ledwo zdążyłam zdjąć mu z głowy czapkę.
Zosia siedziała już przy stole i waliła pięścią w termos. Wiedziałam, że jest wściekła.
— Tamci byli! Ci z marketu! — wrzasnęła. — Mieli reklamówki z aquaparku i frytki!
Próbowałam uśmiechnąć się półgębkiem, jakby to wszystko było w porządku, jakbyśmy po prostu rozmawiali o planach na wieczór. Usiadłam na stołku i powoli zaczęłam ściągać buty, żeby zyskać trochę czasu. Adaś jednak nie dawał za wygraną.
— Pojedźmy tam. Przecież możemy chociaż raz!
Zosia przytaknęła z zaciśniętymi ustami, a potem dodała cicho, prawie szeptem, ale tak, żebym usłyszała:
— Inni mogą. A my nigdy.
Wzięłam głęboki wdech i odpowiedziałam, spokojnie, chociaż gardło mi ścisnęło:
— Bo mają pieniądze, a my musimy oszczędzać.
Chciałam mówić dalej, wytłumaczyć coś więcej, ale głos mi zadrżał. Zosia spojrzała na mnie jak na obcą kobietę. Nie było w tym złości, tylko tona rozczarowania.
— To nie fair — powiedziała. — Wszyscy coś mają, tylko my zawsze musimy coś „zrozumieć”.
— U nas jacuzzi to gorący prysznic — rzuciłam z wymuszonym uśmiechem, próbując przekuć to wszystko w żart, ale nikt się nie zaśmiał.
W nocy siedziałam w łazience na zimnych kafelkach, owinięta kocem. Udawałam, że przeglądam telefon, ale tylko wpatrywałam się w czarny ekran. Nie umiałam już nawet płakać normalnie. Wszystko we mnie było sztywne. Sztywne i ciche. Czułam się jak przegrana. Miałam dać dzieciom ferie, które będą wspominać, a dałam im wodę z termosu i śnieg przy drodze. Słyszałam Zosię przez ścianę, jak przekręca się z boku na bok. Pewnie też nie mogła spać. Zastanawiałam się, czy one kiedyś mi to wybaczą. I czy w ogóle jest co wybaczać.
Całą drogę milczałam
Pojechaliśmy po chleb i mleko. Może też po coś słodkiego, żeby poprawić dzieciom humor. Długo kręciliśmy się między półkami. Liczyłam w głowie, dzieliłam, odejmowałam. Zosia marudziła, że zimno, Adaś chciał lizaka. Wzięłam jednego, tego najtańszego, i kazałam im się nim podzielić. Już przy kasie zobaczyłam rodzinę, która wyglądała, jakby właśnie wróciła z takiej katalogowej podróży, co to je reklamowali w telewizji. Dzieci miały kombinezony z drogimi naszywkami, kobieta buty, których cena była pewnie równa naszym tygodniowym wydatkom. I jeszcze śmiali się, jakby wszystko było łatwe.
Zosia wcisnęła się za mnie, jakby chciała zniknąć. Adaś spojrzał z zachwytem na kolorowe torby tamtych dzieci. Pachnieli perfumami i pizzą z prawdziwej restauracji. My pachnieliśmy herbatą z termosu.
— Zobacz, jak są ubrani — szepnęłam do Łukasza, który pakował zakupy do plecaka. — Nawet dzieci mają markowe czapki.
— Nie zazdrość im, Kaśka — odpowiedział spokojnie. — Może się tylko lepiej maskują.
— Albo po prostu ich stać — rzuciłam, patrząc, jak płacą bez sprawdzania paragonu.
Łukasz wzruszył ramionami. Nic więcej nie powiedział. Wyszliśmy na mróz, z reklamówką z taniego marketu i jedną paczką ciastek. Całą drogę milczałam. W głowie dudniła mi tylko jedna myśl — nie chciałam im zazdrościć, ale zazdrościłam. Nie lubiłam się za to. Chciałam być ponad to, ale nie byłam. Chciałam czuć dumę, że daję dzieciom ciepło i obecność. Niestety, czułam tylko bezsilność i wstyd.
Wracaliśmy powoli
Droga powrotna była cicha. Zosia znowu była obrażona, Adaś marudził, że bolą go nogi. Wiatr wiał w twarz, śnieg zacinał, rękawiczki przesiąkły. Po chwili usłyszałam śmiech. Zatrzymałam się i spojrzałam za siebie. Dzieci rzucały się śnieżkami. Zosia wzięła największą kulę i zaczęła ją toczyć po poboczu, aż stała się większa od niej.
— Zobacz, mamo! To nasz kulodron! — krzyknęła. — Będzie się toczył aż pod domek!
Adaś pobiegł jej pomóc, przewrócił się, ale zaraz wstał, cały w śniegu. Krzyczeli, pchali, śmiali się. Śnieg skrzypiał pod butami, w uszach mi dzwoniło, ale pierwszy raz od kilku dni poczułam coś więcej niż zmęczenie.
— Może nie potrzebują tego aquaparku — powiedziałam, stojąc obok Łukasza i patrząc, jak dzieci turlają się po zaspach.
— Może nie potrzebują. Ale my chcieliśmy im go dać, prawda?
— Bo chcemy czuć się lepsi niż jesteśmy — odpowiedziałam, sama się dziwiąc, jak łatwo mi to przyszło.
Nie zaprzeczył. Patrzył na nich tak samo jak ja — z zachwytem i czymś, co przypominało ulgę. Wracaliśmy powoli, z kulodronem, który ledwo się toczył i z dziećmi, które krzyczały, że to najlepsza zabawa na świecie. Może naprawdę nie chodziło o to, co widziałam w folderach. Może to ja wmawiałam sobie i im, że brakuje nam rzeczy, których wcale nie potrzebowali. Oni nie znali lepszego życia — to ja znałam i próbowałam im je narzucić. Ich nie bolało to, czego nie mieli. Bolało ich to, że ja nie byłam pewna, czy to wystarczy.
Milczałam dłuższy moment
Wróciliśmy z dziećmi przed zmrokiem. Zosia zasnęła z mokrymi włosami, Adaś nie zdążył nawet przebrać piżamy do końca. Zgarnęłam z podłogi porozrzucane skarpetki, zgasiłam światło. Łukasz zasnął w fotelu. Ja już miałam siadać z herbatą, kiedy zadzwoniła Anka.
— Pogadajmy chwilę — powiedziała. — To jak tam te wasze ferie?
Prawie wzruszyłam ramionami, choć przecież nie mogła tego zobaczyć.
— Myślisz, że to wystarczy? No wiesz, takie ferie.
Zapadła chwila ciszy.
— A jakie miały być? — odezwała się w końcu Anka.
— Lepsze. Inne. Ciepłe. Pamiętane. Nie wiem. Nie takie. — Westchnęłam. — A co, jeśli za kilka lat będą wspominać tylko ten smród z kuchenki i to, że marzyli o aquaparku, a dostali kulodron ze śniegu?
— Albo będą pamiętać śnieg, bitwy, jak lepiłaś z nimi wielką kulę — powiedziała cicho.
Milczałam dłuższy moment.
— Bo ja się czuję, jakbym ciągle przepraszała za to, że nie mamy więcej — wyszeptałam. – Jakbym się w kółko tłumaczyła, że robimy, co możemy. Jakbym za każdym razem musiała udowadniać, że mimo wszystko daję radę.
— A dajesz?
— Staram się.
— To widzą. I to zapamiętają.
Kiedy się rozłączyła, siedziałam tak jeszcze długo, myśląc o tym, że tak naprawdę czuję się szczęśliwa. Z nimi. Właśnie podczas tych ferii.
Nie było idealnie
Wstałam przed świtem. W kuchni było jeszcze ciemno, tylko na zewnątrz śnieg odbijał światło latarni. Zaparzyłam herbatę i podeszłam do okna. Zobaczyłam ślady — dziecięce buty odciśnięte w śniegu, resztki naszego kulodronu, który się rozpadł w nocy. Może spadł z górki, może wiatr go roztrącił. Zniknął jak wszystko, co się kończy, ale zostawił ślad.
Zosia spała wtulona w pluszaka, Adaś przekręcił się na bok i coś mamrotał przez sen. Usiadłam przy nich na chwilę i słuchałam, jak oddychają. Spokojnie, głęboko. Jakby wszystko było na swoim miejscu. Potem przyszedł Łukasz i objął mnie od tyłu. Wtedy poczułam, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam. I robię to, co należy.
Nie zrobiłam im zdjęcia na tle wyciągu. Nie było kąpieli z bąbelkami ani wycieczek do spa. Nie było ujęć z czekoladą na gorąco i uśmiechami w stronę aparatu. Nie będzie co wrzucać. Ale może nie o to chodzi. Może zapamiętają, że zmarzli, ale potem się śmiali. Może zostanie im w głowie ten termos z herbatą, który pachniał maliną i trochę przeciekał. Może będą pamiętać, jak śnieg skrzypiał, a śmiech rozchodził się po zaspach. Może wspomnienie będzie ciche, ale ciepłe. Zamknęłam oczy. Nie było idealnie, ale miło i rodzinnie.
Katarzyna, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Ostatni raz pojechałam na ferie razem ze szwagierką. Ma ego większe niż Tatry i ciągle nas upokarza”
- „Mąż zniknął tuż po porodzie i wrócił dopiero wieczorem. Wtedy nie sądziłam, że to początek końca”
- „Mój mąż buja w obłokach, a wydatki się piętrzą. Gdybym nie zareagowała, poszlibyśmy z torbami”

