„Chciałam z wnukami zrobić faworki, a one mają w nosie tradycje. Nawet w ferie wszystko jest ważniejsze niż czas z babcią”
„To miały być ferie marzeń. Chciałam dać moim wnukom, Kacprowi i Zosi, to, czego sama miałam pod dostatkiem – zapach domu, ciepło kuchni i wspomnienia, które zostaną z nimi na zawsze. Zamiast tego dostałam lekcję pokory, która smakowała gorzej niż przypalony olej”.

- Redakcja
Przygotowywałam się do tego tygodnia od dawna. Kupiłam wiejskie jaja od sąsiadki, przesiałam mąkę trzy razy, żeby była puszysta jak obłok, i wyciągnęłam z kredensu stolnicę, która pamiętała jeszcze ręce mojej matki. To miały być ferie marzeń. Chciałam dać moim wnukom, Kacprowi i Zosi, to, czego sama miałam pod dostatkiem – zapach domu, ciepło kuchni i wspomnienia, które zostaną z nimi na zawsze. Zamiast tego dostałam lekcję pokory, która smakowała gorzej niż przypalony olej. To, co wydarzyło się w mojej kuchni, złamało mi serce, ale też otworzyło oczy na coś, czego jako matka i babcia wolałam nie widzieć.
Jakże się myliłam
Kiedy czarny SUV mojego zięcia wjechał na podjazd, poczułam to charakterystyczne ukłucie w żołądku. Mieszanka ekscytacji i lęku. Przez ostatnie miesiące widywałam wnuki głównie na ekranie telefonu, podczas krótkich, rwanych wideorozmów, w trakcie których Zosia pokazywała mi sufit, a Kacper odpowiadał półsłówkami, wpatrzony w coś poza kadrem. Teraz przyjechali na cały tydzień. Marta, moja córka, wysiadła z samochodu, wyglądając, jakby nie spała od dekady. Piotr, mój zięć, nawet nie zgasił silnika. Wyładowali walizki – dwie wielkie, jakby dzieci wyjeżdżały na emigrację, a nie do babci pod miasto – i rzucili szybkie, mechaniczne "cześć".
– Mamo, błagam, tylko bez cukru na kolację – rzuciła Marta, całując mnie w policzek.
– Nie martw się, kochanie. Zadbam o wszystko. Będziemy gotować – uśmiechnęłam się, próbując nawiązać kontakt wzrokowy z wnukami.
Kacper, dwunastolatek o wzroście, który zdawał się zmieniać z tygodnia na tydzień, wyszedł z auta z kapturem naciągniętym na głowę. W uszach miał te białe, bezprzewodowe słuchawki, które wyglądały jakby wrosły mu w małżowiny. Zosia, ośmiolatka, trzymała w rękach tablet w różowym etui, idąc w stronę domu jak lunatyk. Nie patrzyła pod nogi. Patrzyła w ekran.
– Cześć, skarby! – zawołałam, rozkładając ramiona.
Kacper mruknął coś, co mogło oznaczać "cześć". Zosia nawet nie podniosła głowy.
– Hasło do internetu to samo, co wcześniej? – zapytał Kacper, zanim w ogóle zdjął buty w przedpokoju.
To był ten pierwszy sygnał. Czerwona flaga, którą zignorowałam, bo przecież tak bardzo chciałam wierzyć, że to tylko zmęczenie podróżą. Że zaraz to minie. Że kiedy poczują zapach rosołu, staną się znowu moimi wnukami. Jakże się myliłam.
Czułam, jak narasta we mnie frustracja
Plan na wtorek był prosty i piękny. Faworki. Chrust. Te kruche, delikatne wstążki ciasta, smażone na głębokim tłuszczu, oprószone cukrem pudrem. Dla mnie to nie było jedzenie. To był rytuał. Pamiętam, jak moja mama sadzała mnie na blacie, dawała kawałek ciasta i pozwalała lepić koślawe kształty. Czułam się wtedy ważna. Czułam się częścią czegoś większego. Chciałam dać to samo Kacprowi i Zosi.
Rano wstałam o szóstej. Chciałam, żeby ciasto "odpoczęło", zanim dzieci się obudzą. W kuchni panowała ta idealna, poranna cisza, przerywana tylko tykaniem starego zegara. Wyjęłam składniki. Mąka pszenna, najjaśniejsza. Żółtka – dużo żółtek, bo to one dają kruchość. Kwaśna śmietana, gęsta jak masło. Kiedy wyrabiałam ciasto, uderzając nim o stolnicę, żeby napowietrzyć strukturę, czułam się silna. To fizyczna praca. Trzeba włożyć w to serce i mięśnie. Wnuki zeszły na dół dopiero koło dziesiątej. Zosia w piżamie z jednorożcem, Kacper w tych samych dresach, w których przyjechał.
– Dzień dobry, śpiochy! – zawołałam znad parującej herbaty. – Patrzcie, co będziemy robić. Faworki! Kto chce wałkować?
Zosia usiadła przy stole, stawiając przed sobą tablet.
– Nie jestem głodna – powiedziała, nie odrywając wzroku od ekranu.
– To nie śniadanie, to zabawa – próbowałam zachęcić, kładąc przed nią kawałek ciasta. – Spójrz, możesz zrobić kokardkę.
– Babciu, to tłuste – dotknęła ciasto, po czym natychmiast wytarła ręce o piżamę i wróciła do przeglądania ekranu.
Kacper nawet nie usiadł.
– Masz może ładowarkę? Mój kabel przerywa – zapytał.
– Kacper, może mi pomożesz? Twoja mama uwielbiała faworki, kiedy była w twoim wieku.
– Mama jest na diecie keto, babciu. Nie je węglowodanów – odpowiedział lekceważącym tonem.
Czułam, jak narasta we mnie frustracja. To nie była zwykła niechęć nastolatka. To była ściana. Szklana ściana, przez którą nie mogłam się przebić.
I co my będziemy robić?
Nie poddałam się. Jestem z pokolenia, które naprawia, a nie wyrzuca. Postanowiłam zastosować podstęp. Wyłączyłam router. Wiem, to brutalne. Ale tonący brzytwy się chwyta. Reakcja była natychmiastowa.
– Co jest? – wrzasnął Kacper z salonu. – Nie działa mi komputer!
– Babciu, bajka się zatrzymała! – zawtórowała Zosia, która oglądała coś na tablecie.
Weszłam do salonu, wycierając ręce w fartuch.
– Awaria – skłamałam gładko, choć serce biło mi jak oszalałe. Nie lubię kłamać. – Coś na linii. Panowie mówili, że potrwa to kilka godzin.
Zapadła cisza. Taka ciężka, oskarżycielska cisza. Kacper patrzył na telefon zawiedziony. Zosia zaczęła cicho popłakiwać.
– I co my będziemy robić? – zaczęła narzekać wnuczka.
– No właśnie! – klasnęłam w dłonie. – Chodźcie do kuchni. Nudzi wam się, to pomożecie babci. Zrobimy zawody, kto ulepi najładniejszego faworka. Nagrodą jest... pierwszy, gorący faworek.
Z niechęcią, powłócząc nogami, przyszli. To był mój moment triumfu. Tak mi się wydawało. Posadziłam ich przy stole. Dałam wałki. Pokazałam, jak nacinać ciasto w środku i przewlekać jeden koniec, żeby powstał charakterystyczny supełek.
– To się nazywa "krawat" albo "kokardka" – tłumaczyłam cierpliwie.
Przez chwilę, dosłownie przez pięć minut, było tak, jak sobie wymarzyłam. Zosia zachichotała, gdy mąka ubrudziła jej nos. Kacper, choć z miną męczennika, ulepił całkiem zgrabnego faworka. Pomyślałam: "Mam ich. Udało się". A potem usłyszałam dzwonek do drzwi. Dzieci sąsiadki wpadły się przywitać z wnukami. I czar prysł.
– Babciu, to my lecimy na dwór – krzyknął Kacper.
I tyle ich widziałam.
Jestem dla nich tylko tłem
Rozgrzałam olej w wielkim żeliwnym garnku. Smalec zmieszany z olejem rzepakowym. Zapach był intensywny, duszny. Patrzyłam na smażące się w tłuszczu faworki i czułam, jak wzbiera we mnie coś gorzkiego. To był żal. Żal o to, że jestem dla nich tylko tłem. Mało ważną postacią, która podaje jedzenie i zapewnia dach nad głową, ale nie ma znaczenia dla fabuły ich życia. Przygotowałam setki faworków. Piękne, cieniutkie, idealne. Ułożyłam je na tacy.
To był ten moment. Zrozumiałam, że wszystko inne było dla dzieci ważniejsze niż nasz wspólny czas. Ważniejsze niż nasze gotowanie. Ważniejsze niż ja. Wtedy zrozumiałam, że przegrałam. Nie z nimi. Z czasami. Z Martą, która pozwalała na to, by ekrany ich wychowywały, bo sama była zbyt zmęczona korporacyjnym wyścigiem. Z Piotrem, który wolał ciszę przy obiedzie niż rozmowę. Wyszłam z kuchni bez słowa. Poszłam do sypialni, zamknęłam drzwi i usiadłam na brzegu łóżka. Patrzyłam na zdjęcie Marty z czasów, gdy była w wieku Zosi. Miała całą buzię w czekoladzie i śmiała się do obiektywu. Pamiętam ten dzień. Robiłyśmy razem ciasto. Nie było idealne, kuchnia była brudna, ale byłyśmy razem. Naprawdę razem.
Siedziałam tam chyba z godzinę. Czekałam, aż ktoś przyjdzie. Aż zauważą, że babci nie ma. Że faworki stygną. Że w domu zrobiło się cicho. W końcu usłyszałam kroki na schodach. Drzwi uchyliły się.
– Babciu? – to była Zosia.
– Tak? – odpowiedziałam, nie odwracając się.
– Kacper pyta, czy zrobisz obiad, bo zgłodniał. I wiesz już może czy działa wi-fi? – zapytała.
Westchnęłam ciężko.
– Nie ma wifi, Zosiu – powiedziałam cicho, ale stanowczo. – I nie będzie do wieczora. A obiad jest w kuchni, tak jak zimne faworki.
Znów zniknęli w swoich światach
Zeszłam do nich po kolejnych piętnastu minutach. Siedzieli przy stole. Telefony leżały obok, ciemne ekrany odbijały szare światło dnia. Jedli faworki.
– Dobre? – zapytałam, stając w progu.
Kacper spojrzał na mnie.
– Dobre, babciu – mruknął. – Nawet bardzo.
Zosia podsunęła mi talerz.
– Zjesz z nami?
Usiadłam. Wzięłam faworka. Był zimny, tłusty i za słodki. Ale smakował nadzieją. To nie był happy end jak z amerykańskiego filmu. Po obiedzie włączyłam im router, bo nie miałam siły słuchać dłużej ich narzekania. Znów zniknęli w swoich światach. Ale przez te dziesięć minut, kiedy jedliśmy przy kuchennym stole, czułam, że gdzieś tam, pod warstwami pikseli i lajków, są jeszcze moje wnuki.
Zofia, 67 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na kolejne ferie zamkniemy z mężem dom na klucz. Synowa podrzuca nam dzieci na 2 tygodnie i nic więcej ją nie obchodzi”
- „Wstydzę się wnuków, bo są rozpuszczone i niewychowane. Czasy mamy inne, ale szacunek do babci ma być niezmienny”
- „Kupiłam wnuczce piękną kurteczkę w lumpeksie, ale synowa przewracała oczami. Dla niej liczą się tylko ciuchy z metką”

