Reklama

Planowałam ten wyjazd od miesięcy. W mojej głowie widziałam naszą czwórkę: ja, mój mąż, dwójka dzieci, śnieżne krajobrazy Tatr i spokojne wieczory przy kominku. Pragnęłam odetchnąć od codzienności, nacieszyć się rodziną i wspólnie spędzonym czasem. Potrzebowaliśmy tego – my wszyscy. Ferie w górach miały być naszym wytchnieniem, a zarazem resetem. Wszystko wydawało się idealnie dopięte… dopóki nie zadzwoniła moja teściowa z pytaniem, czy może się do nas dołączyć. Zgodziłam się, nie chcąc wyjść na niewdzięczną synową. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, jak bardzo zmieni to przebieg naszego wyjazdu.

Pasażerka na gapę

– W sumie to mogłabym pojechać z wami, co? I tak nie mam co robić w domu – rzuciła teściowa przez telefon z tą swoją charakterystyczną nutą niewinności, która u niej zwykle zapowiadała kłopoty.

Zamarłam na moment, ale tylko na moment.

– No… jasne – powiedziałam po krótkiej pauzie, próbując brzmieć entuzjastycznie. – Miejsce się znajdzie.

Marek, mój mąż, tylko wzruszył ramionami.

– Będzie weselej – rzucił i wrócił do pakowania. Dzieci się ucieszyły, bo babcia zawsze miała coś słodkiego w torebce i pozwalała im na więcej niż ja. Tylko ja czułam dziwny ucisk w żołądku.

Wyjechaliśmy następnego dnia o świcie. Sześć godzin jazdy z teściową z tyłu, komentującą styl jazdy Marka, korki, pogodę i moje dziwne podejście do wychowania dzieci.

– Ja bym im dała tabletki na chorobę lokomocyjną. Takie ziołowe, nie zaszkodzą – rzuciła, kiedy Jasiek się skrzywił.

– Ma tylko lekkie nudności, zaraz mu przejdzie – odpowiedziałam spokojnie.

Nie przeszło. Ani jemu, ani mi. Dojechaliśmy do Zakopanego zmęczeni, a ja miałam dziwne przeczucie, że to dopiero początek.

Lodowata atmosfera w domku

Domek wyglądał jak z bajki. Drewniany, z kominkiem, dużym stołem i widokiem na Giewont. Dzieci wbiegły do środka z piskiem, Marek zaczął rozpakowywać auto, a ja rozejrzałam się z ulgą. Przez chwilę poczułam spokój. Do momentu, gdy teściowa weszła za mną i powiedziała:

– No pięknie… tylko czemu ja mam spać w najmniejszym pokoju przy drzwiach?

– Bo tam jest jedno łóżko i najciszej – odpowiedziałam. – A dzieci mają swoje łóżeczka w większym pokoju.

– Aha. Czyli mnie zamykacie na zapleczu, żeby nie przeszkadzać. No dobrze, jakoś przeżyję – westchnęła teatralnie.

Wieczorem próbowałam zorganizować kolację. Zupa, kanapki, coś ciepłego dla dzieci.

– Ty tak codziennie gotujesz z proszku? – zapytała, zerkając do garnka.

– To tylko barszcz, taki szybki, po drodze przecież jedliśmy.

No tak, czasy się zmieniły. Ja to kiedyś, na wakacjach z dziećmi, robiłam pierogi. I kompot.

Zacisnęłam zęby. Marek jak zwykle udawał, że nic nie słyszy, zajęty rozpalaniem kominka. Wieczór zakończył się milczeniem. Siedzieliśmy przy ogniu, dzieci zasnęły, a ja zastanawiałam się, dlaczego zgodziłam się na ten układ.

Wieczne kąśliwe uwagi

Rankiem obudził nas szelest śniegu na dachu. Dzieci zerwały się z łóżek, a ja i Marek po cichu cieszyliśmy się, że w końcu możemy wyjść na spacer. Za oknem biało, czysto, cicho – idealne warunki na rodzinny wypad. Teściowa jednak od razu zaczęła komentować pogodę i plan trasy:

– Śnieg zbyt miękki, nogi będą mokre. Może lepiej pojechać do tej dolinki, tam płasko.

– Jasne, możemy – zgodził się Marek, a ja poczułam ukłucie irytacji. Zawsze znajdzie coś, co zmienia nasze plany.

Ruszyliśmy w drogę. Dzieci skakały po śniegu, ja robiłam zdjęcia, Marek niósł plecak z termosami. Teściowa szła z przodu, komentując wszystko: moje buty, kurtkę, sposób, w jaki trzymam termos, a nawet jak dzieci ubrałam. Każda jej uwaga była jak drobna igiełka w sercu. Przydałoby się więcej rękawic, zimno, a ty tak szybko stawiasz kroki – powiedziała, zatrzymując się, by poprawić mój szalik. Spojrzałam na nią wymownie, Marek milczał, udając, że nie słyszy.

Choć widoki były piękne, a śnieg skrzypiał pod butami, atmosfera stawała się napięta. Każdy drobiazg – mokre rękawiczki, skrzypienie śniegu, dziecięce śmiechy – teściowa komentowała lub poprawiała. Spacer, który miał być odprężający, zmienił się w lekcję cierpliwości. Dzieci w końcu przestały słuchać poleceń i zaczęły się bawić na własną rękę, a ja, marszcząc brwi, zastanawiałam się, czy te ferie w ogóle będą możliwe do przetrwania.

Pierwsze kłótnie przy kominku

Wieczór zapadł szybko, a my wróciliśmy do domku zmęczeni, zmarznięci, ale zadowoleni. Dzieci zajęły się grami planszowymi, ja przygotowałam kolację, a Marek rozpalił kominek. Chciałam wreszcie poczuć odrobinę spokoju. Niestety, teściowa nie podzielała mojego entuzjazmu.

– Kominek pali się za mocno – zauważyła, przestawiając garnitur drewna w koszu. – Trochę zimna w pokoju by się przydało.

– W porządku, zmniejszę ogień – mruknął Marek, a ja poczułam, jak napięcie w moich mięśniach narasta.

Rozłożyłam talerze, podając jedzenie. Teściowa od razu zaczęła komentować każdy kęs:

– Ziemniaki za słone. Zupa ziemniaczana za wodnista. Dzieci powinny jeść coś porządnego, a nie te „szybkie dania”.

– One to lubią – odpowiedziałam spokojnie, próbując nie reagować na jej ton.

Lubić to mogą, ale zdrowe nie jest – odpowiedziała, spoglądając na mnie znacząco.

Marek w końcu westchnął głośno, a ja poczułam, że się zagotowałam.

– Proszę, pozwólmy dzieciom cieszyć się kolacją – powiedziałam twardo. – Nie wszystko musi być idealne.

– Ach, zawsze tak bronisz tych maluchów, a siebie nie widzisz – odparowała teściowa, unosząc brew.

W tym momencie zrobiło się naprawdę gorąco. Napięcie narastało, a my wszyscy poczuliśmy, że spokojny wieczór przy kominku jest już niemożliwy.

Góra pretensji i koniec ferii

Ostatni dzień ferii zapowiadał się spokojnie, przynajmniej w teorii. Planowałam krótki spacer i pakowanie się do powrotu. Niestety, teściowa zdążyła wprowadzić napięcie, które wisiało w powietrzu przez cały wyjazd. Od samego rana komentowała wszystko: porę wstawania dzieci, sposób pakowania, kolejność śniadania. Każda jej uwaga była jak mały kamyk wrzucony do wody – wywoływała fale napięcia.

– Mogłabyś chociaż raz zrobić kanapki tak, jak ja mówię, a nie po swojemu – zwróciła się do mnie, nie kryjąc irytacji.

– One jedzą, niech smakują im tak, jak lubią – odpowiedziałam z rezerwą.

– To nie jest wychowanie – odparowała.

Marek stał obok, patrząc na nas, milczący. Dzieci próbowały zająć się swoimi zabawkami, unikając naszej kłótni, ale atmosfera była napięta. W końcu, podczas pakowania samochodu, teściowa zaczęła narzekać na pogodę, hałas i drobne niedociągnięcia w domku. Każde słowo wbijało się jak igła, a ja czułam, że mam dość.

Kiedy wyruszyliśmy w drogę powrotną, milczenie w samochodzie było złowrogie. Dzieci spały, Marek prowadził, a ja patrzyłam przez okno, myśląc o tym, jak niewiele pozostało z mojej wizji idealnych ferii. Te kilka dni miało być relaksem, a stały się lekcją cierpliwości i kompromisu, który okazał się trudniejszy niż sądziłam. Marzyłam tylko o tym, żeby w końcu wrócić do naszego mieszkania i odetchnąć od pretensji, które wisiały w powietrzu jak ciężki śnieg na górskich drzewach.

Lekcja wyniesiona z ferii

Wróciliśmy do domu późnym wieczorem, zmęczeni. Dzieci zasnęły w drodze, a ja siedziałam w samochodzie w milczeniu, analizując każdy moment ferii. Wyjazd, który miał być radosnym resetem, stał się niekończącym się pasmem drobnych napięć, komentarzy i pretensji. Wciąż widziałam w myślach te spojrzenia teściowej, jej uwagi i sposób, w jaki podważała wszystko, co robiłam dla rodziny. Miałam poczucie, że musiałam grać rolę, której nie chciałam, zachowując spokój, gdy w środku wrzało.

Marek nie mówił wiele, jakby rozumiał, że żadne słowa nie zmienią już atmosfery. Dzieci były szczęśliwe, bo dla nich liczyła się zabawa na śniegu, a nie drobne spory dorosłych. Poczułam jednocześnie ulgę i smutek. Ulga, że to się skończyło; smutek, że nasz wymarzony czas został przysłonięty pretensjami i niewypowiedzianym napięciem.

W nocy, gdy wszyscy spali, usiadłam przy oknie, patrząc na ciemne ulice. Zrozumiałam, że czasem nawet najlepsze plany mogą zostać zaburzone przez ludzi, których staramy się zadowolić. Ten wyjazd nauczył mnie cierpliwości, dystansu i tego, że marzenia o idealnym spokoju nie zawsze się spełniają. Ważniejsze jest zachowanie własnego spokoju i ochrona przestrzeni, która należy do nas.

Sylwia, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama