Reklama

W tym roku zdaję maturę, ale zamiast uczyć się w swojej kawalerce w mieście, z kawą z lokalnej kawiarni w ręku i z widokiem na blokowisko, siedzę w rozwalającym się domu na wsi, gdzie zasięg łapie tylko w jednym kącie kuchni, a internet działa jakby miał czkawkę. Rodzice musieli wyjechać do pracy za granicę. Niby „na chwilę”, a minęły już dwa miesiące. Nie, nie mam im tego za złe. Jasne przecież, że nie. To w końcu dla nas: dla mnie i dla mojego brata. Tyle że ja nie potrzebuję tego „dla nas”. Potrzebuję przestrzeni. Potrzebuję ludzi, światła, życia. A tutaj jest martwo.

Wszystko tu jest martwe. Nawet światło jakby jakieś stare. Dom babci Zofii pachnie kapustą i kurzem. Jakby nikt tu niczego nie wyrzucał przez ostatnie 50 lat. Mój brat, Filip, wrzaskliwy potwór w kaloszach, nie rozumie słowa „cisza”. Biega, trzaska drzwiami, krzyczy, śmieje się sam do siebie. I wali kijem w drzwi, gdy zamykam się w pokoju. Bo zamykam się non stop. Bo nie mamy już ze sobą nic wspólnego. Kiedyś się bawiliśmy, serio. Był czas, że robiłam mu zamek z klocków, a on mówił, że jestem najlepszą siostrą na świecie. Teraz jestem wredną jędzą z laptopem i słuchawkami, której wszystko przeszkadza.

A może to ja przeszkadzam? Tylko że ja się czuję, jakby mi ktoś wyrwał całe życie i wcisnął w coś, czego nie chcę. Jakby mnie zamienili z kimś innym. Kimś, kto nie ma TikToka, Instagrama, przyjaciół, kawy z lokalnej kawiarni i świata. I teraz ten ktoś siedzi w moim ciele, z nosem w telefonie i nie umie oddychać, bo kuchnia pachnie kapustą, a ściany słuchają, jak płaczesz w nocy.

Usiadłam z powrotem

Siedziałam w kuchni, wciśnięta w róg pod oknem, bo tylko tam łapało Wi-Fi. Laptop grzał mi uda, a słuchawki w uszach próbowały zagłuszyć odgłosy tej wsi, których nienawidziłam: brzęczenie muchy, szuranie kapci babci, skrzypienie drzwi. I Filipa. Oczywiście, że Filipa.

— Magdaaa! Wyjdź na dwór! — darł się z podwórka, a jego głos niósł się po ogrodzie jak syrena alarmowa.

Udawałam, że nie słyszę. Przewijałam TikToka, ale każda sekunda marnowała się, bo filmiki się zacinały. Wzrok mi błądził po ścianach kuchni, żółtych od czasu i dymu z dawnych lat.

— Magdaaa! — Znowu.

Wstałam, podeszłam do drzwi i uchyliłam je.

— Czego? — spytałam, nie zdejmując słuchawek.

— Chodź, pokażę ci coś w sadzie! — Jego twarz była brudna, oczy świeciły ekscytacją. Pewnie znów znalazł jakiegoś padalca albo zdechłego ptaka.

— Nie. — Zamknęłam drzwi. Usiadłam. Włożyłam słuchawki. I wtedy się zaczęło. Najpierw uderzył w szybę piłką. Potem wparował do kuchni bez pukania.

— Nienawidzę cię! Nigdy się nie bawisz! Zawsze tylko siedzisz z tym głupim komputerem! — wrzeszczał.

— Bo nie jestem już dzieckiem! Przestań się mnie czepiać, Filip! Idź się baw sam! — rzuciłam, nie podnosząc wzroku.

— Kiedyś byliśmy razem! — krzyknął. — Teraz jesteś jak robot!

— A ty jak wrzaskliwa syrena! — odwarknęłam. — Mam dość! Gdyby nie ty, może bym miała normalne życie, rozumiesz?! Może bym była w domu, w mieście, z ludźmi, a nie tutaj, z tobą i babcią, pośrodku niczego!

Zamilkł. Po raz pierwszy. Stał w progu, w kaloszach, z rękami zwieszonymi wzdłuż ciała. W jego oczach nie było płaczu, tylko coś gorszego — pustka. Odwrócił się i wyszedł. Nie zatrzymałam go. Nie przeprosiłam. Nie zamknęłam też drzwi. Usiadłam z powrotem. Komputer się zrestartował. Internet znów nie działał. Słuchawki leżały na stole. Nie miałam ochoty ich wkładać. Z każdą minutą w głowie tłukły mi się moje własne słowa, jak echo. „Gdyby nie ty…” — wbiło się jak drzazga. Bo przecież nie chciałam tak naprawdę. Ale wypowiedziałam to, co myślałam, a może to, czego się bałam.

Pachniał dzieciństwem

Wieczorem nie zjadłam kolacji. Nie chciałam zejść na dół, żeby nie spotkać Filipa. Siedziałam w swoim pokoju, owinięta kocem, z laptopem na kolanach, ale ekran świecił pustką. Nie mogłam się skupić. W głowie słyszałam tylko jego głos. I swój. Gdy zapadł zmrok, usłyszałam skrzypienie schodów. Ciche, niemal niezauważalne, jakby ktoś stąpał z ostrożnością, której nie da się nauczyć, tylko się ją ma. Potem delikatne pukanie. Nie odpowiedziałam. Drzwi się uchyliły.

Babcia Zofia stała w progu, trzymając tacę z kubkiem herbaty. Tę samą, co zawsze — miętowa z łyżką miodu, choć nigdy nie mówiłam, że taką lubię.

Przyniosłam ci coś ciepłego — powiedziała łagodnie. — Na sen.

Usiadła powoli na krześle przy biurku, nie patrząc na mnie, tylko na zdjęcie stojące obok — moje i Filipa, sprzed kilku lat. Ja w koronie z papieru, on w pelerynie z koca. Oboje z błotem na kolanach.

— Miałam kiedyś młodszą siostrę — powiedziała po chwili. — Kłóciłyśmy się, jakby od tego zależał świat. O lalki, o miejsce przy stole, o to, która szybciej zmywa. A potem nagle nie było już o co się kłócić.

Zamilkła, nie musiała mówić więcej. Wiedziałam, co miała na myśli.

— Nie rozumiem go — stwierdziłam. — On mnie doprowadza do szału. A ja… ja po prostu chcę być gdzie indziej.

— Może on też — odpowiedziała cicho. — Ale nie potrafi tego powiedzieć tak jak ty.

Podała mi kubek. Pachniał dzieciństwem.

— Jutro, jeśli chcesz, możemy razem pooglądać stare albumy. Może tam znajdziesz siebie, zanim zaczęłaś chcieć być kimś innym.

Nie odpowiedziałam. Ale nie odmówiłam. Babcia wstała, podeszła do drzwi.

— Dobranoc, Magdo.

— Dobranoc, babciu — szepnęłam.

Zostałam sama. Z kubkiem herbaty, zdjęciem sprzed lat i ciszą, która nie bolała. Po raz pierwszy od dawna.

Wszystko było proste

Wieczorem zeszłam na dół bez słuchawek, bez telefonu w ręku, z mokrymi włosami i w dresie, który miał więcej lat niż Filip. W kuchni pachniało kakao, takim prawdziwym, gotowanym, nie żadnym z torebki. Babcia siedziała już przy stole i przeglądała wielki, pożółkły album z bordową okładką. Obok niej stał drugi, jeszcze starszy. Filip był pierwszy raz od rana cicho. Siedział przy stole, skulony, z brodą opartą na rękach. Gdy weszłam, nie spojrzał na mnie. Ale nie wyszedł.

Usiadłam po drugiej stronie stołu. Babcia bez słowa przesunęła w moją stronę jeden z albumów. Wzięłam go, otworzyłam na chybił trafił. Na pierwszym zdjęciu moi rodzice, jeszcze młodzi, śmiali się w kuchni, trzymając się za ręce. Tata miał wąsy, mama grzywkę i sweter w renifery. Na kolejnym — ja na sankach, zawinięta w różowy kombinezon, z rozdziawioną buzią. Filip na rękach u mamy, zawinięty jak naleśnik.

— Zobacz — odezwała się babcia, wskazując jedno ze zdjęć. — Tu masz plaster na kolanie. To po tym, jak spadłaś z jabłoni, bo chciałaś zobaczyć, co robią ptaki w gnieździe.

Nie pamiętam tego — mruknęłam, ale uśmiechnęłam się.

Filip nie wytrzymał i podsunął babci inny album.

— Pokaż to z urodzin! Tam, gdzie Magda zdmuchuje świeczki, a ja z tyłu płaczę, bo chciałem tort pierwszy.

Przesunęliśmy się razem, żeby widzieć lepiej. Zdjęcie było dokładnie takie, jak mówił. Ja w koronie z papieru, z nadętymi policzkami, Filip z miną jak po końcu świata.

— I potem dostałeś drugi kawałek, i byłeś zadowolony — powiedziałam.

— Bo miał więcej kremu. — Uśmiechnął się pod nosem.

Przez chwilę wszystko było proste. Śmiech wychodził lekko, jakby zapomniał, że wczoraj bolało. Komentowaliśmy kolejne zdjęcia — ja z farbą na twarzy w przedszkolu, Filip z marchewką w ręce i napisem „Mój pierwszy zbiór”, mama w ciąży, tata z dziecinnym wózkiem, babcia z kwiatem we włosach.

— Widzisz? — powiedziała cicho babcia. — Zawsze mieliście coś wspólnego. Tylko czasem trzeba to sobie przypomnieć.

Spojrzeliśmy na siebie z Filipem, jeszcze nie pewni, czy można się naprawdę uśmiechnąć. Ale już nie było w nas złości.

Usiadł naprzeciwko

Obudziłam się wcześniej niż zwykle. Nie dlatego, że coś mnie wyrwało ze snu, tylko po prostu otworzyłam oczy i wiedziałam, że już nie zasnę. W domu było cicho. Słychać było tylko tykanie zegara na korytarzu i coś jeszcze: głęboką, gęstą ciszę, jakby świat wstrzymał oddech. Podeszłam do okna i zobaczyłam biały świat. Śnieg. Prawdziwy, nie ten byle jaki z deszczu i błota, tylko biały, równy, czysty. Leżał na wszystkim — na dachu, trawie, płocie. Nawet jabłonie wyglądały, jakby się uspokoiły.

W kuchni było jeszcze zimno. Zawinęłam się w koc i postawiłam na kuchence garnek z mlekiem. Sięgnęłam po kakao, to samo, co wczoraj. W międzyczasie wyjęłam dwa kubki. Filip spał pewnie jeszcze, ale coś mnie tknęło. Nie zdążyłam nawet nalać do końca, gdy usłyszałam ciche kroki. W progu stanął Filip, w piżamie, rozczochrany, z zaspanym spojrzeniem. Trzymał coś w ręku — kartkę papieru.

— Patrz, co narysowałem — powiedział, nieśmiało, jakby się bał, że zaraz go zgaszę.

Podał mi kartkę. Był na niej dom babci, ganek, jabłoń bez liści. Na schodkach siedziała postać z książką — ja. A obok stał chłopiec w kaloszach — on. Rysunek był koślawy, kredki miejscami wyjechały za linię, ale nie oderwałam od niego wzroku. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Przez moment było mi głupio, że ostatnio go tak zraniłam.

— Chodź, napij się, zanim wystygnie — powiedziałam tylko i postawiłam przed nim kubek.

Usiadł naprzeciwko. Pił powoli, trzymając ręce wokół kubka, jakby to było coś, czego nie chciał wypuścić. Milczeliśmy, ale nie było między nami nieręcznie. Po raz pierwszy od dawna cisza była spokojna.

— Myślisz, że będzie się trzymał ten śnieg? — zapytał.

— Może. Dziś wygląda, jakby świat chciał trochę odpocząć.

Skinął głową. Wstał, podszedł do okna. Ja wstałam za nim. Patrzyliśmy razem, jak płatki dalej spadają, powoli, jakby miały czas.

Spojrzałam przez okno

Wieczorem siedziałam z notesem na kolanach. Tego dnia nie chciało mi się zaglądać do żadnego ekranu. W telefonie dalej nic nie działało, a laptop już nawet nie kusił. Zapisałam datę. Nie wiem po co. Chyba tylko po to, żeby zapamiętać, że coś się zmieniło. Nie chodziło o to, że się pogodziliśmy. Nie powiedziałam Filipowi przepraszam. On nie powiedział, że mnie rozumie. Ale przyszedł, narysował coś, usiadł przy stole. I ja nie wyrzuciłam go z kuchni. To było coś. Coś innego niż wcześniej.

Babcia wieczorem czytała książkę w swoim fotelu. Mruczała pod nosem, tak jak zawsze, jakby opowiadała historii swoje komentarze. Światło z lampy rzucało cienie na sufit. W kuchni było cicho, ale nie pusto. Zastanawiałam się, co będzie, kiedy wrócimy do miasta. Czy znowu zaczniemy krzyczeć na siebie, czy znowu zamknę drzwi, a Filip będzie walił w nie kijem. Może tak. Ale może już nie aż tak.

Może nie jesteśmy tylko maturzystką, która chce uciec, i dzieciakiem, który wszystko psuje. Może jesteśmy rodzeństwem. Po prostu. Spojrzałam przez okno. Filip siedział na ganku w kurtce, z nogami zwisającymi ze schodka. Dołączyłam do niego bez słowa. Śnieg wciąż padał. Powoli. Cicho. Usiedliśmy obok siebie. On nie pytał, czemu przyszłam. Ja nie mówiłam nic. Milczeliśmy, patrząc w to samo miejsce. I tyle.

Magdalena, 18 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama