Reklama

Myślałam, że znamy się na wylot. Dwanaście lat małżeństwa, wspólny kredyt, plany na budowę domku letniskowego i ta niezachwiana pewność, że cokolwiek by się nie działo, gramy do jednej bramki.

Byłam od organizacji

Kwestie organizacyjne zawsze spadały na mnie. Robert był wizjonerem, człowiekiem od wielkich projektów w branży IT, a ja tą, która pilnowała, żeby prąd nie został odcięty, a lodówka była pełna. Tamtego popołudnia siedziałam w jadalni, obłożona stertami papierów. Za oknem siąpił deszcz, uderzając rytmicznie o szyby, co tylko potęgowało moją senność.

Robert obiecał, że w tym roku zajmie się rozliczeniem podatkowym sam, ale jak zwykle, termin upływał, a on nagle musiał wyjechać na „kluczową konferencję” do Wrocławia. Zostałam więc ja, laptop i jego segregator z napisem „Ważne”, który w rzeczywistości zawierał wszystko, od gwarancji na ekspres do kawy po paragony ze stacji benzynowych.

– Dasz radę, kochanie? – zapytał w pośpiechu, pakując walizkę dwie godziny wcześniej. – Wszystko jest na koncie, wystarczy pobrać i wysłać księgowej.

Pokiwałam głową, nie odrywając wzroku od ekranu. Byłam zmęczona. Ostatnie miesiące w mojej pracy też nie należały do najlżejszych. Restrukturyzacja, zwolnienia, ciągłe napięcie. W domu chciałam spokoju, a nie zabawy w detektywa finansowego. Ale wiedziałam, że jeśli ja tego nie zrobię, nikt tego nie zrobi, a urząd skarbowy nie uznaje tłumaczeń o zapracowaniu.

Zdziwiłam się

Zalogowałam się na nasze wspólne konto. Mieliśmy też oddzielne rachunki, ale większość wydatków domowych i inwestycyjnych szła ze wspólnego. Przeglądałam listę operacji: zakupy spożywcze, rata kredytu, ubezpieczenie samochodu, opłata za siłownię, z której Robert korzystał raz na kwartał. Nuda.

I wtedy mój wzrok padł na pozycję z drugiego marca. Przelew na dwa tysiące osiemset złotych. Tytuł przelewu: „Czynsz marzec” i nazwisko kobiety jako odbiorcy. Zmarszczyłam brwi. Jaki czynsz? Mieszkanie, w którym siedziałam, było nasze, spłacaliśmy kredyt hipoteczny, a nie czynsz najmu.

Przewinęłam historię w dół. Luty: dwa tysiące osiemset. Styczeń: to samo. Grudzień: to samo. Serce zaczęło mi bić nieco szybciej, ale wciąż racjonalizowałam. Może wynajął jakiś magazyn Robert miał tendencję do podejmowania szybkich decyzji i informowania mnie o nich po fakcie. Sięgnęłam po telefon. Była dziewiętnasta, pewnie był już w hotelu.

– Cześć, kochanie – odebrał po drugim sygnale. W tle słyszałam gwar, pewnie kolacja biznesowa.

– Cześć. Słuchaj, robię te przelewy dla księgowej – zaczęłam spokojnie. – Co to za stałe zlecenie na dwa osiemset? Jakiś wynajem?

Miał wytłumaczenie

Przez chwilę w słuchawce panowała cisza.

– A, to… – zaśmiał się nerwowo. – To inwestycja. Zapomniałem ci powiedzieć. Start-up kumpla, wynajmujemy wspólnie lokal na serwerownię i małe biuro w centrum. Składamy się we trzech. To tymczasowe, dopóki nie dostaną dofinansowania.

– Na osobę prywatną?

– Jowita to właścicielka lokalu. Nie chciała faktury, wiesz jak jest, taniej wychodziło. Wszystko jest pod kontrolą. Muszę kończyć, prezes właśnie wznosi toast. Kocham cię!

Rozłączył się. Odłożyłam telefon na stół. Jego tłumaczenie miało sens. Robert ciągle inwestował w jakieś nowinki, połowa z nich nie wypalała, ale druga połowa przynosiła zyski, dzięki którym żyliśmy na wysokim poziomie. Powinnam była wrócić do segregowania faktur.

Ale coś mi nie pasowało. Głos Roberta był pośpieszny. I to „kocham cię” na końcu, rzucone jak zasłona dymna. Znałam go. Wiedziałam, kiedy kłamie, żeby uniknąć kłótni o nieumyte naczynia, ale to było inne kłamstwo. Cięższe. Następnego dnia w pracy nie mogłam się skupić. Siedziałam nad tabelkami z urlopami pracowników, ale przed oczami wciąż miałam ten przelew. „Czynsz marzec”. Wpisałam nazwisko odbiorcy w wyszukiwarkę. Nic konkretnego. Popularne nazwisko.

Miałam podejrzenia

Wróciłam do domu wcześniej. Czułam się jak złodziej we własnym życiu, kiedy weszłam do gabinetu Roberta. Zazwyczaj szanowałam jego prywatność, nigdy nie grzebałam w jego szufladach, ale niepokój, który zasiał we mnie poprzedniego wieczoru, kiełkował teraz w zastraszającym tempie, oplatając moje myśli trującym bluszczem podejrzeń.

W szufladzie biurka znalazłam starą umowę z bankiem. Numer konta pani Jowity zgadzał się z tym na wydruku. Ale obok leżała inna kartka – wydruk potwierdzenia nadania paczki kurierskiej sprzed dwóch tygodni. Adresat: Jowita.

W moim małżeństwie od roku wiało chłodem. Nie było kłótni, nie było dramatów. Była cisza. Robert wracał późno, był zmęczony, zasypiał przed telewizorem. Nasze rozmowy ograniczały się do logistyki. Tłumaczyłam to sobie jego karierą, naszym wiekiem, zmęczeniem materiału. Ale teraz, patrząc na ten adres, zaczęłam łączyć kropki, których istnienia wcześniej nie chciałam zauważać.

Nowe koszule, które sam sobie kupował, choć wcześniej nienawidził zakupów. Nagła chęć dbania o formę. Częstsze wyjazdy służbowe. Telefon, którego nie wypuszczał z ręki nawet w łazience. Wzięłam głęboki oddech. Musiałam to sprawdzić, nie dla satysfakcji, ale dla świętego spokoju. Żeby móc spojrzeć mu w oczy, kiedy wróci, i przeprosić go w duchu za te paranoiczne myśli.

Musiałam to sprawdzić

Wsiadłam do samochodu. Dojazd na adres z nadania zajął mi dwadzieścia minut. Było wczesne popołudnie, słońce nieśmiało przebijało się przez chmury. Osiedle było piękne – zadbane trawniki, kolorowe elewacje, cisza przerywana śmiechem dzieci. Zaparkowałam. Czułam się absurdalnie. Elegancka kobieta siedzi w samochodzie i szpieguje własnego męża, który rzekomo jest we Wrocławiu. Spojrzałam na domofon. Pod czwórką widniało nazwisko, to samo, co na przelewie.

Wysiadłam. Nogi miałam jak z waty. Co ja powiem? Że szukam serwerowni? Że jestem z administracji? Plan był prosty: zobaczę, co to za miejsce. Jeśli otworzy mi facet w okularach i zobaczę w środku komputery – wracam do domu i robię Robertowi najlepszą kolację w życiu w ramach przeprosin. Jeśli otworzy kobieta… zapytam o Roberta.

Weszłam na klatkę schodową, gdy ktoś akurat wychodził. Na wycieraczce stały buty. Męskie buty sportowe. Znałam te buty. Kupiłam je Robertowi rok temu. Powiedział mi, że trzyma je w biurze na siłownię. Stały tu, uwalane błotem, jakby ktoś w nich przed chwilą chodził.

Oszukiwał mnie

W tym momencie mój świat zaczął wirować. To nie była serwerownia. Zadzwoniłam dzwonkiem. Raz. Cisza. Zadzwoniłam drugi raz, dłużej. Usłyszałam szuranie kapci i cichy płacz dziecka. Drzwi się uchyliły. W progu stanęła młoda kobieta. Mogła mieć najwyżej dwadzieścia pięć lat. Miała na sobie rozciągnięty dres, włosy związane w niedbały kok i zmęczoną, bladą twarz bez makijażu. Była ładna.

– Słucham? – zapytała cicho, kołysząc w ramionach niemowlę.

Zabrakło mi powietrza. Patrzyłam na nią, na te męskie buty na wycieraczce, na jej zmęczone oczy.

– Dzień dobry – wykrztusiłam. – Ja… szukam Roberta.

Kobieta drgnęła. Jej wyraz twarzy zmienił się z obojętnego na czujny, a potem na przestraszony. Mocniej przytuliła dziecko.

– Roberta nie ma – powiedziała szybko. – Jest w delegacji. A pani jest z jego firmy?

Z firmy. Więc wiedziała o nim. Wiedziała, kim jest

– Nie – powiedziałam. – Nie jestem z firmy. Jestem jego żoną.

Czas się zatrzymał

Widziałam, jak ta informacja dociera do niej z opóźnieniem, jak jej oczy rozszerzają się w niedowierzaniu.

– Żoną? – powtórzyła szeptem. – Ale Robert mówił, że jest w trakcie rozwodu i mieszkacie oddzielnie od dwóch lat. Że żona utrudnia formalności.

Poczułam, jak żółć podchodzi mi do gardła. Mój mąż, ten sam, który wczoraj mówił mi przez telefon, że mnie kocha, stworzył dla tej dziewczyny alternatywną rzeczywistość, w której ja byłam przeszkodą, wariatką, przeszłością.

– Nie jesteśmy w trakcie rozwodu – powiedziałam twardo, choć w środku rozsypywałam się na kawałki. – Mieszkamy razem, mamy wspólne życie. A te buty na wycieraczce kupiłam mu rok temu.

Dziewczyna zbladła jeszcze bardziej, opierając się o framugę. Wtedy dziecko w jej ramionach poruszyło się i zaczęło płakać. Odsłoniła kocyk, żeby je uspokoić. Spojrzałam na małą buzię. Chłopczyk mógł mieć cztery, może pięć miesięcy. Miał jasne, rzadkie włoski i charakterystycznie zadarty nosek.

Ale to nie nosek sprawił, że musiałam chwycić się ściany, żeby nie upaść. To był dołeczek w brodzie. Identyczny, głęboki dołeczek, jaki mieli Robert i jego ojciec. Cecha genetyczna, z której Robert był taki dumny.

Miał syna

Patrzyłam na to dziecko i widziałam mojego męża w miniaturze. To nie była tylko zdrada fizyczna. To nie był skok w bok. To było drugie życie, druga rodzina, drugi dom opłacany z naszych wspólnych oszczędności pod przykrywką inwestycji.

– Jak on ma na imię? – zapytałam, czując, że łzy napływają mi do oczu.

– Krzyś – szepnęła dziewczyna, płacząc. – Robert chciał, żeby miał na imię Krzysztof, po dziadku.

Krzysztof, mój teść. Robert zawsze mówił, że jeśli będziemy mieli syna, nazwiemy go Krzysztof. My nie mogliśmy mieć dzieci. Staraliśmy się przez cztery lata, wydaliśmy fortunę na lekarzy, aż w końcu odpuściliśmy. Robert twierdził, że to nie ma znaczenia, że wystarczymy sobie nawzajem. Kłamał. We wszystkim kłamał.

Ta dziewczyna była tak samo oszukana jak ja. Stałyśmy tam, na klatce schodowej eleganckiego bloku, dwie kobiety połączone kłamstwem jednego mężczyzny. Ona z dzieckiem na ręku, ja z ruinami mojego życia w sercu.

– On wraca jutro – powiedziała, ocierając łzy wierzchem dłoni. – Miał przyjechać prosto tutaj. Mówił, że musi odpocząć po konferencji, zanim… pojedzie do tej „wariatki” podpisać papiery.

– Nie przyjedzie tutaj – powiedziałam chłodno. Wyjęłam telefon i zrobiłam zdjęcie butów na wycieraczce. – Przykro mi, ale on nie jest tym, za kogo go uważasz.

Odwróciłam się i odeszłam

W windzie pozwoliłam sobie na pierwszy szloch. Potem wytarłam twarz i wsiadłam do samochodu. Jazda do domu była jak trans. Weszłam do naszego domu, który nagle wydał mi się obcy i pusty. Zaczęłam się pakować. Nie zamierzałam spać w tym łóżku ani minuty dłużej.

Zadzwoniłam do Roberta. Nie odebrał. Napisałam mu wiadomość: „Wiem o Jowicie. Wiem o Krzysiu. Nie wracaj do domu. Klucze zostaw u adwokata”. Zadzwonił minutę później. Odrzuciłam połączenie. Dzwonił jeszcze trzydzieści razy. Zablokowałam numer.

Minęło pół roku. Rozwód jest w toku. Robert próbował wszystkiego – od błagania na kolanach, przez groźby, po próby przekupstwa. Okazało się, że Jowita też go wyrzuciła. Kiedy dowiedziała się prawdy, spakowała jego rzeczy w worki na śmieci i wystawiła przed blok. Paradoksalnie, to ona stała się moim nieoczekiwanym sojusznikiem w ustalaniu majątku Roberta, który ukrywał przed nami obiema.

Brutalna prawda, choćby nie wiem jak bolesna, jest lepsza niż najpiękniejsze kłamstwo. Dokumenty podatkowe uratowały mi życie. Gdyby nie ten jeden przelew, wciąż żyłabym w iluzji, gotując obiady dla człowieka, który wychodząc z domu, zdejmował obrączkę w samochodzie.

Helena, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama