„Chciałam odbudować rodzinną więź podczas wyjazdu w góry, ale na stoku spotkam swoją pierwszą miłość”
„Tłum kolorowych kurtek falował, ludzie się przepychali, ktoś najechał mi na nartę. Piotr z Zuzią byli gdzieś z przodu, udało im się przecisnąć do bramki single line, a ja utknęłam w głównym nurcie. Stałam, patrząc tępo w plecy jakiegoś wysokiego mężczyzny w czarnej, nieco znoszonej kurtce snowboardowej”.

To miał być tydzień, który naprawi wszystko. Tydzień w Białce Tatrzańskiej, z dala od warszawskiego zgiełku, korporacyjnych deadlinów i cichych dni, które ostatnio zdarzały się nam z Piotrem zbyt często. Chciałam wierzyć, że śnieg przykryje nasze problemy, a mróz zamrozi narastającą obojętność. Nie wiedziałam jednak, że los ma poczucie humoru, i to wyjątkowo czarne. Wystarczyło jedno spojrzenie spod zaparowanych gogli, by moje poukładane, bezpieczne życie zachwiało się w posadach. Bo przeszłość nigdy nie umiera — ona tylko czeka na odpowiedni moment, by uderzyć ze zdwojoną siłą.
Pogoda była piękna
Piotr jest człowiekiem, który życie traktuje jak projekt do zarządzania. Nasz wyjazd na narty nie był wyjątkiem. Wszystko było zaplanowane w Excelu, co do minuty. 7:00 pobudka, 7:30 śniadanie białkowo-tłuszczowe, 8:15 wyjście na stok. Kocham go za tę jego solidność, naprawdę. Kiedyś, dziesięć lat temu, ta jego przewidywalność była dla mnie ukojeniem po latach emocjonalnych rollercoasterów. Ale teraz? Teraz czułam się, jakbym dusiła się pod warstwą termoaktywnej bielizny.
— Wiktoria, pospiesz się, Zuzia zgubiła jedną rękawiczkę, a za dziesięć minut zamykają bramkę na parkingu pod Kotelnicą! — krzyczał z korytarza, a w jego głosie słyszałam to charakterystyczne napięcie, które pojawiało się zawsze, gdy rzeczywistość nie pasowała do harmonogramu.
Zuzia, nasza sześcioletnia córka, płakała, bo kask ją uwierał, a ja, próbując wcisnąć stopę w sztywny but narciarski, zastanawiałam się, dlaczego właściwie to robimy. Czy to jest ten słynny „quality time”? Krzyki, pośpiech i stres, żeby potem przez cztery godziny marznąć i udawać, że świetnie się bawimy? W końcu dotarliśmy na stok. Pogoda była piękna — słońce odbijało się od śniegu tak mocno, że bez okularów nie dało się patrzeć. Piotr od razu przejął dowodzenie, instruując Zuzię, jak ma układać narty w pług, a ja zostałam nieco z tyłu. Chciałam po prostu odetchnąć. Zjechać raz czy dwa w swoim tempie, poczuć wiatr na twarzy, zapomnieć o kredycie we frankach i o tym, że wczoraj wieczorem znów zasnęliśmy odwróceni do siebie plecami.
Czas nie stanął w miejscu
To stało się przy trzecim zjeździe. Kolejka do sześcioosobowej kanapy była gigantyczna. Tłum kolorowych kurtek falował, ludzie się przepychali, ktoś najechał mi na nartę. Piotr z Zuzią byli gdzieś z przodu, udało im się przecisnąć do bramki single line, a ja utknęłam w głównym nurcie. Stałam, patrząc tępo w plecy jakiegoś wysokiego mężczyzny w czarnej, nieco znoszonej kurtce snowboardowej.
Wyróżniał się. Wszyscy dookoła mieli najnowsze modele Spydera czy Rossignola, a on wyglądał trochę jak relikt z lat dwutysięcznych. Luźne spodnie, deska poobklejana starymi wlepkami zespołów rockowych. I ten zapach. Nawet przez mroźne powietrze i woń spalin z ratraków, poczułam coś znajomego. Mieszankę drogich perfum, tych samych, które kiedyś kupowałam za ostatnie kieszonkowe, i tytoniu.
Mężczyzna odwrócił się gwałtownie, jakby poczuł na sobie mój wzrok. Miał na twarzy kominiarkę i lustrzane gogle, więc nie widziałam jego twarzy. Ale on musiał coś dostrzec w mojej. Może ten sam wyraz zagubienia, który miałam w wieku osiemnastu lat? Podniósł gogle na czoło. Zsunął kominiarkę na brodę. Czas nie stanął w miejscu. On eksplodował. To był Radek.
Ten sam Radek, przez którego przepłakałam całą maturę. Ten sam, z którym planowałam ucieczkę autostopem do Portugalii. Ten sam, który złamał mi serce tak dotkliwie, że przez dwa lata nie umiałam zaufać żadnemu facetowi, dopóki nie pojawił się bezpieczny Piotr.
— Wiki? — Jego głos był chrapliwy, nieco głębszy niż pamiętałam, ale ta intonacja... ten nonszalancki ton, który zawsze doprowadzał mnie do szału i ekstazy jednocześnie. — No nie wierzę. Mała Wiki na nartach? Przecież ty nienawidzisz zimna.
Zamarłam. Serce waliło mi tak mocno, że bałam się, że usłyszy je przez te wszystkie warstwy ubrań.
— Radek... — wydukałam tylko. — Co ty tu robisz?
Uśmiechnął się. Ten jego krzywy uśmiech, z dołeczkiem w lewym policzku. Zmarszczki wokół oczu tylko dodały mu uroku. Wyglądał doroślej, bardziej męsko, ale w oczach wciąż miał te same diabelskie ogniki.
— Żyję, Wiki. Jeżdżę. Oddycham. A ty? Wyglądasz na... ustatkowaną.
Spojrzał na mój drogi, dopasowany kombinezon, na kask z wbudowanym systemem audio. Poczułam się nagle strasznie paniusiowata. Jakbym zdradziła dawną siebie — dziewczynę w glanach, która gardziła komercją.
Musiałam postawić granicę
Bramki się otworzyły. Tłum nas popchnął. Zanim zdążyłam pomyśleć, siedzieliśmy razem na kanapie wyciągu. Tylko my dwoje i jacyś obcy ludzie na skraju. Piotr i Zuzia byli już pewnie na szczycie. Powinnam zadzwonić. Powinnam powiedzieć, że jadę. Ale telefon milczał w kieszeni, a ja milczałam obok Radka, czując, jak napięcie elektryzuje powietrze między nami.
— Ile to lat? Dwanaście? — zapytał, nie patrząc na mnie, tylko na ośnieżone szczyty Tatr.
— Trzynaście — poprawiłam go automatycznie.
— Liczysz? — Spojrzał na mnie z rozbawieniem.
— Nie, po prostu... pamiętam.
— Ja też pamiętam. — Jego głos spoważniał. — Pamiętam, jak rzuciłaś we mnie telefonem, kiedy powiedziałem ci, że wyjeżdżam do Londynu bez ciebie.
— Zasłużyłeś — odparłam, czując dawny gniew, ale taki... przytłumiony, sentymentalny.
— Zasłużyłem — przyznał. — Byłem gówniarzem. Głupim, samolubnym gówniarzem. Ale wiesz co, Wiki? Nigdy tam o tobie nie zapomniałem. Żadna dziewczyna w Londynie nie miała takiego ognia jak ty.
Te słowa uderzyły we mnie mocniej niż mróz. „Ognia”. Piotr nigdy nie mówił, że mam ogień. Piotr mówił, że jestem „zorganizowana”, „opiekuńcza”, „rozsądna”. Ogień zgasł dawno temu, zduszony kredytami, pieluchami i niedzielnymi obiadami u teściowej.
— Jestem tu z rodziną, Radek — powiedziałam to bardziej do siebie niż do niego. Musiałam postawić granicę. Musiałam przypomnieć sobie, kim jestem teraz.
— Wiem. — Skinął głową. — Widziałem. Facet w niebieskiej kurtce i mała dziewczynka w różowym kasku? Podobna do ciebie. Ma twoje oczy.
— Obserwowałeś nas?
— Trudno was nie zauważyć. Twój mąż... głośno instruuje. „Kolana do środka, biodra w dół”. Trochę jak w wojsku.
Poczułam ukłucie lojalności wobec Piotra. Chciałam go bronić, powiedzieć, że jest wspaniałym ojcem, że dba o nas. Ale słowa uwięzły mi w gardle, bo Radek miał rację. Piotr był jak wojskowy. A ja byłam jego szeregowcem.
— Jest dobrym człowiekiem — powiedziałam cicho.
— Nie wątpię. Ty byle kogo byś nie wybrała. Pytanie tylko, czy ty jesteś szczęśliwa, Wiki? Bo oczy masz smutne. Te same piękne oczy, ale zgaszone.
Dojeżdżaliśmy do szczytu. Miałam ochotę zeskoczyć z krzesełka w zaspę, byle tylko uciec od tej rozmowy i od prawdy, którą Radek wyciągał na wierzch bez żadnego znieczulenia.
— Spotkajmy się — rzucił szybko, gdy podnosiliśmy barierkę. — Dziś wieczorem. W „Bani”. O 20:00. Tylko na grzańca. Proszę. Chcę tylko pogadać. Jak starzy znajomi.
— Nie mogę — rzuciłam, zjeżdżając z rampy.
— Będę czekał! — krzyknął za mną.
Nawet na mnie nie spojrzał
Reszta dnia była koszmarem. Zuzia marudziła, Piotr się denerwował, że nie robimy postępów, a ja jeździłam jak automat. W głowie miałam tylko jedno: „Będę czekał”. Widziałam Radka jeszcze kilka razy na stoku. Śmigał na desce z taką lekkością, z taką wolnością, której ja nie czułam od lat. Mijał nas szerokim łukiem, wzbijając tumany śniegu, a ja czułam, jak moje serce wyrywa się do niego. To było irracjonalne, po ludzku głupie. Miałam męża, dziecko, stabilizację. Radek to przecież chaos. Radek to problemy.
Wieczorem, w hotelowym pokoju, atmosfera była gęsta. Piotr siedział nad laptopem, sprawdzając maile z pracy („tylko na chwilę, kochanie”), Zuzia oglądała bajkę na tablecie.
— Piotrek... — zaczęłam, stojąc przy oknie i patrząc na światła miasteczka. — Boli mnie głowa. Chyba potrzebuję się przejść. Może skoczę do apteki, a potem na krótki spacer?
— Masz tabletki w kosmetyczce — mruknął, nie odrywając wzroku od ekranu. — W tej bocznej kieszeni.
— Wiem, ale chcę się przewietrzyć. Źle się czuję w tym dusznym pokoju.
— Dobra, idź. Tylko weź telefon. I nie chodź długo, jutro wstajemy o 7:00.
Nawet na mnie nie spojrzał. To mnie ostatecznie przekonało. Ubrałam się, poprawiłam makijaż w łazience (czując się przy tym jak nastolatka, która wymyka się z domu) i wyszłam. W drodze do baru serce biło mi jak szalone. Co ja robię? Czy to zdrada? Przecież idę tylko pogadać. Przecież to tylko kawałek przeszłości. Ale w głębi duszy wiedziałam, że to nie jest „tylko” rozmowa. Szukałam czegoś, czego Piotr nie mógł mi dać. Emocji. Adrenaliny. Poczucia bycia pożądaną.
Radek siedział przy stoliku w rogu, z dala od hałaśliwego tłumu narciarzy tańczących w butach na stołach. Przed nim stały dwa kubki z grzańcem. Czekał. Był pewny, że przyjdę.
— Jednak jesteś. — Uśmiechnął się, gdy podeszłam.
— Tylko na chwilę — zaznaczyłam, siadając naprzeciwko.
Rozmowa z nim była jak jazda na rowerze. Natychmiast wpadliśmy w ten sam rytm, co kiedyś. Żartowaliśmy, wspominaliśmy starych znajomych, nauczycieli z liceum, nasze szalone wypady. Opowiedział mi o swoim życiu — o pracy grafika, o podróżach, o tym, że nigdy się nie ożenił, bo „zawsze czegoś brakowało”. Patrzył mi głęboko w oczy, a ja czułam, jak topnieje lód, którym obudowałam swoje serce.
— Wiesz, dlaczego wtedy wyjechałem? — zapytał nagle, chwytając moją dłoń leżącą na stole. Jego palce były szorstkie, ciepłe.
Przeszedł mnie prąd.
— Bo byłeś egoistą? — próbowałam żartować, ale głos mi zadrżał.
— Bo się bałem. Bałem się tego, jak bardzo cię kochałem, Wiki. Czułem, że jeśli zostanę, to już na zawsze. A ja nie byłem gotowy na „na zawsze”. Teraz... teraz żałuję każdego dnia.
Zabrałam rękę. To było za dużo. To było za blisko.
— Nie mów tak. Radek, mam męża. Mam córkę.
— A jesteś szczęśliwa? — powtórzył pytanie ze stoku. — Powiedz mi prosto w oczy, że jesteś szczęśliwa, że niczego ci nie brakuje, a wstanę i wyjdę. Nigdy więcej mnie nie zobaczysz.
Patrzyłam na niego. Miałam to na końcu języka. „Tak, jestem szczęśliwa”. Ale nie potrafiłam tego powiedzieć. Zamiast tego, w moich oczach stanęły łzy.
— To skomplikowane — szepnęłam.
— Nic nie jest skomplikowane. Albo czujesz, że żyjesz, albo wegetujesz. Chodź ze mną.
— Co?
— Wyjdźmy stąd. Mam pokój w pensjonacie obok. Tylko my. Bez telefonów, bez mężów, bez Excela. Przeżyjmy tę noc tak, jakbyśmy mieli znowu osiemnaście lat. Nikogo nie skrzywdzimy. To będzie nasza tajemnica.
Propozycja wisiała w powietrzu, kusząca i przerażająca zarazem. Wyobraziłam sobie to. Jego dotyk, jego zapach, pasję, której nie czułam od dekady. To byłoby takie łatwe. Piotr i tak siedzi przed komputerem. Zuzia śpi. Nikt by się nie dowiedział. Pochylił się i pocałował mnie w policzek, tuż przy kąciku ust. Jego usta parzyły.
— Zdecyduj, Wiktoria.
Wyglądałam żywo
Wstałam gwałtownie. Krzesło zachrobotało o drewnianą podłogę.
— Muszę iść do toalety — rzuciłam, uciekając wzrokiem.
Poszłam do łazienki, oparłam się o umywalkę i spojrzałam w lustro. Widziałam w nim kobietę, która stoi na krawędzi przepaści. Rozpalone policzki, rozszerzone źrenice. Wyglądałam pięknie. Wyglądałam żywo. Ale potem wyjęłam telefon. Na tapecie miałam zdjęcie Zuzi i Piotra, zrobione latem, na Mazurach. Piotr trzymał Zuzię na barana, oboje śmiali się do obiektywu. Piotr miał ten swój rzadki, szczery uśmiech, nie ten „służbowy”.
Przypomniałam sobie, jak robił mi herbatę z imbirem, gdy miałam grypę. Jak masował mi stopy, gdy byłam w ciąży i puchły mi kostki. Jak czytał Zuzi tę samą bajkę po raz setny, zmieniając głosy dla każdej postaci. On nie był pasjonującym kochankiem z latynoskiej telenoweli. Nie był szalonym snowboardzistą. Był moją skałą. Może czasami nudną, może przewidywalną, ale skałą, na której zbudowałam dom.
Radek oferował mi emocjonalny haj. Jedną noc. A potem co? Pustkę? Wyrzuty sumienia, które zniszczyłyby mnie od środka? Radek kochał wyobrażenie o mnie, wspomnienie nastolatki. Nie znał mnie takiej, jaka jestem teraz — zmęczonej matki, która martwi się o ratę kredytu i o to, czy dziecko ma czapkę. Piotr kochał tę prawdziwą, nudną wersję mnie. Wyszłam z łazienki. Nie wróciłam do stolika. Wyszłam tylnym wyjściem baru, prosto w mroźną noc. Śnieg skrzypiał pod moimi butami, gdy biegłam w stronę hotelu. Mroźne powietrze oczyszczało mi płuca, wypalając zapach perfum Radka.
Wiem, że wybrałam dobrze
Wpadłam do pokoju, zziajana. Piotr już spał. Laptop był zamknięty, leżał na szafce nocnej. Zuzia też spała w swoim łóżeczku, z kciukiem w buzi. Rozebrałam się po cichu i wślizgnęłam pod kołdrę. Przytuliłam się do pleców Piotra. Był ciepły, pachniał mydłem i tym swoim bezpiecznym zapachem domu. Przez sen mruknął coś niezrozumiale i odruchowo chwycił moją rękę, splatając nasze palce.
Rozpłakałam się. Cicho, w poduszkę. Płakałam za Radkiem, za młodością, za tym „ogniem”, który właśnie zgasiłam. Ale płakałam też z ulgi. Następnego dnia rano, przy śniadaniu, byłam inna. Piotr to zauważył.
— Wszystko w porządku? — zapytał, smarując tosta. — Wyglądasz jakoś... inaczej. Wypoczęłaś na tym spacerze?
Spojrzałam na niego. Naprawdę na niego spojrzałam, a nie prześlizgnęłam się wzrokiem. Zauważyłam, że ma nową siwą nitkę na skroni. Że jego oczy są troskliwe.
— Tak — powiedziałam i po raz pierwszy od dawna uśmiechnęłam się do niego szczerze. — Wypoczęłam. I wiesz co? Dzisiaj nie musimy być na stoku o 8:15. Możemy pójść o 9:00. Zjemy spokojnie.
Piotr zamrugał zaskoczony, ale potem kąciki jego ust drgnęły.
— No... w sumie. Stok nie zając, nie ucieknie.
Na stoku rozglądałam się jeszcze za neonową kurtką i deską z naklejkami. Ale Radek zniknął. Może wyjechał, może spał po upojnej nocy (z kimś innym lub sam), a może po prostu nasze ścieżki przecięły się tylko na ten jeden, potrzebny moment. Spotkanie z nim było jak zderzenie z lawiną. Przetrwałam, ale coś się we mnie zmieniło. Zrozumiałam, że fantazje są piękne tylko wtedy, gdy pozostają fantazjami. A prawdziwe życie — to nudne, z Excela, jest tym, co naprawdę ma wartość.
Choć muszę przyznać, czasem, gdy stoję w korku w Warszawie, przymykam oczy i czuję zapach grzańca i męskich perfum. I przez ułamek sekundy zastanawiam się: „Co by było, gdybym wtedy nie wyszła tylnym wyjściem?”. Ale potem Zuzia woła mnie z tylnego siedzenia, a Piotr łapie mnie za rękę, zmieniając bieg. I wiem, że wybrałam dobrze. Nawet jeśli ten wybór nie ma w sobie ognia, to ma w sobie ciepło, które nie parzy, a ogrzewa na całe życie.
Wiktoria, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Zainwestowałem moje oszczędności w remont domu rodziców. Szybko wyciągnęli ręce po więcej kasy”
- „Myślałam, że mąż był w delegacji. Paragon z 14 lutego pokazał mi, co naprawdę robił w walentynki”
- „Gdy mąż podarował mi bukiet tulipanów, sądziłam, że wybudził się z zimowego snu. Niestety jedna jaskółka wiosny nie czyni”

