Reklama

Czasem mam wrażenie, że gdybym zniknęła, wszystko by się zawaliło, ale nikt nie zwróciłby na to uwagi. Pranie by się nie zrobiło, nikt nie pomyślałby o zakupach, obiad by się nie pojawił na stole, a dzieci najpewniej jadłyby płatki z mlekiem do znudzenia.

Paweł, mój mąż, wciąż siedzi z nosem w ekranie, ze słuchawkami na uszach. Od dawna przestałam mówić do niego pełnymi zdaniami – zbywa mnie skinieniem głowy albo półsłówkiem: „aha”, „zaraz”, „muszę coś skończyć do pracy”. Tyle że ta jego „praca” trwa od rana do nocy. I nawet gdy śpi obok mnie, czuję się tak, jakbyśmy mieszkali na dwóch różnych planetach.

W pracy też łatwo nie jest. Wszyscy czegoś ode mnie chcą. I w domu też wszyscy chcą – ale nikt nie pyta, czego ja bym chciała. Może po prostu się położyć. Albo żeby ktoś zrobił za mnie herbatę. Żebym raz mogła być tą, która nic nie musi.

Te ferie w domu teściowej – na totalnym odludziu – miały być przerwą, „odpoczynkiem”. Tak przynajmniej powiedział Paweł. Że cisza, że dzieci się wyśpią, że my się oderwiemy. A ja tylko skinęłam głową, bo nie miałam już siły się sprzeczać. Zresztą – jego matka niby jest miła, ale pod spodem zawsze czuć to: „ja wiem lepiej”. Wszystko, na każdy temat.

Jeszcze zanim wyruszyliśmy, coś mnie w środku ściskało. Taki niepokój, jakby... jakby ta „cisza” miała mnie pochłonąć. Bo wiem jedno – jak wszystko będzie „jak zwykle”, to ja tam po prostu nie wytrzymam. A śnieg sypał już wtedy bez opamiętania. I chociaż nie wiedziałam jeszcze, że zasięgu tam nie będzie, że dzieci będą marudzić od rana do nocy, a sklepy będą zamknięte, to i tak czułam – te ferie mnie rozbroją.

Czułam narastającą złość

Pierwsze cztery dni w domu teściowej przypominały scenariusz filmu, w którym bohaterowie są uwięzieni pod lawiną. Tylko że w naszym przypadku nikt nie krzyczał o pomoc, bo każdy udawał, że wszystko jest w porządku.

Śnieg sypał nieprzerwanie, zasięgu nie było, sklepy zamknięte. Dzieci marudziły od świtu – najpierw o tablet, potem o słodycze, a na końcu po prostu dlatego, że były znudzone. Miałam nadzieję, że może wreszcie pobawią się ze sobą, ale oczywiście każdy chciał co innego i kończyło się na płaczu. Próbowałam zająć ich czymkolwiek – wycinanki, bajki, bitwa na poduszki – wszystko kończyło się fiaskiem.

Paweł siedział przy stole w kącie salonu z laptopem. Słuchawki na uszach, wzrok wbity w ekran. Cały dzień był „zajęty”, choć trudno mi było uwierzyć, że akurat w ferie, na odludziu, tak pilnie ktoś go potrzebuje. Podchodziłam kilka razy, ale za każdym razem słyszałam:

– Muszę coś skończyć do pracy.

Odwracał głowę, jakby nie chciał nawet na mnie spojrzeć. Z kolei jego matka przechadzała się po domu w swoich kapciach na koturnie i co chwilę rzucała niewinne, nie mające nic wspólnego z uprzejmością uwagi, które bolały mnie bardziej niż otwarta krytyka.

– Za moich czasów dzieci jadły wszystko, co im się dało – powiedziała, kiedy młodszy odmówił zjedzenia grochówki.

– Trzeba im ograniczyć bajki, to będą się lepiej zachowywać – dodała następnego dnia, patrząc na mnie z pobłażliwym uśmiechem, jakby łaskawie wybaczała mi wszystkie moje matczyne porażki.

Oczywiście gotowałam. Rano śniadanie, potem obiad, potem kolacja. Między posiłkami sprzątałam, ogarniałam dzieci i starałam się trzymać nerwy na wodzy. Czułam się, jakby mnie tam wzięli na etat. W kuchni była lista zadań, tylko nikt jej nie zapisał, bo wszystko było oczywiste – wiadomo, że ja wszystko zrobię.

– Agnieszko, ja mogę dzisiaj ugotować zupę – powiedziała teściowa pewnego poranka, tonem, który miał brzmieć jak propozycja, ale w rzeczywistości był wykładem o tym, jak należy prawidłowo przyprawiać.

– Nie trzeba, ja zrobię – odpowiedziałam, choć chciałam dodać coś jeszcze, ale nie miałam siły. Wolałam nie wdawać się w dyskusję, wiedząc, jak się skończy.

Wieczorem usiadłam na krześle w kuchni, patrząc przez zaparowane okno. Paweł nadal siedział w swoim kącie, dzieci coś rysowały przy stole. Próbowałam coś powiedzieć, zaczęłam zdanie, ale urwałam w połowie. On nawet nie zdjął słuchawek.

– Paweł, możemy porozmawiać?

– Mam jeszcze trochę roboty.

Zacisnęłam usta, wstałam i zaczęłam zbierać talerze. Zupa była gorąca, talerze parzyły dłonie, ale to był jedyny moment dnia, kiedy czułam cokolwiek innego niż zobojętnienie. W środku mnie narastała złość, zmęczenie i poczucie, że znowu wszyscy stoją, a ja biegnę. Jeszcze się trzymałam. Jeszcze.

Miałam tego wszystkiego dość

To było po południu, piątego dnia. Śnieg dalej zasypywał podjazd, dzieci nudziły się tak bardzo, że zaczęły sobie nawzajem dokuczać. Jeden uderzył drugiego poduszką, drugi się popłakał. Podniosłam głos, żeby ich rozdzielić, i wtedy starszy rzucił:

– Ty zawsze jesteś zła. Tylko krzyczysz.

Nie odpowiedziałam, ugryzłam się w język. To nie ich wina. Skąd mieli wiedzieć, że krzyczę, bo jak nie krzyknę, to nikt mnie nie usłyszy?

Zeszłam do kuchni. Zaczęłam kroić marchewkę na zupę, choć nikt nie powiedział, że mam to robić. Nikt nigdy nie mówi. Wszystko robi się samo – pranie, sprzątanie, jedzenie. Tylko, że to nieprawda. Ja to robię. Ja sama.

Teściowa weszła do kuchni. Patrzyła na mnie chwilę z góry, jakby coś kalkulowała. W końcu powiedziała, z tym swoim charakterystycznym spokojem:

– Wiesz, Agnieszko... dzieci bardzo dużo siedzą w telefonach. Potem nie chcą z nikim rozmawiać. Może spróbuj jakoś inaczej je wychować, zanim całkiem je zepsujesz.

Zamarłam z nożem w dłoni. Wciągnęłam powietrze, poczułam zimny dreszcz na karku. Nie wiem, czy bardziej bolały mnie te słowa, czy ten ton. Uprzejmy, wyrozumiały, jakby mówiła do kogoś niespełna rozumu. Odłożyłam nóż i odwróciłam się do niej. Nie krzyczałam, ale głos mi drżał.

Niech mama przestanie.

– Agnieszka, ale o co chodzi?

– O wszystko – odpowiedziałam. – O to, że jestem tu jak służąca. Gotuję, sprzątam, opiekuję się dziećmi, których ojciec od pięciu dni udaje, że nas nie widzi. O to, że mama mówi to wszystko tym swoim tonem, jakby chciała pomóc, ale tylko wbija mi szpilki. Za moich czasów to, za moich czasów tamto. Mam dość.

Wzięłam głębszy oddech, ale to nie powstrzymało kolejnych słów.

– Nie pamiętam, kiedy ktoś zapytał mnie, jak się czuję. Nie pamiętam, kiedy zjadłam obiad, siedząc. Nie wiem, po co tu przyjechałam. Myślałam, że odpocznę, że może Paweł wyjdzie z tego swojego kokonu i spojrzy na mnie, ale nie. Jego wciąż nie ma. Są tylko dzieci i mama. A ja już nie mogę udawać, że wszystko jest w porządku.

Teściowa stała naprzeciwko mnie. Nie uciekała wzrokiem. Słuchała, nie przerwała. Patrzyłyśmy sobie w oczy. W kuchni panowała cisza. Tylko zegar tykał za jej plecami. Myślałam, że zaraz mi odpowie jakimś protekcjonalnym frazesem, że się obrazi, że mnie zgasi, jak to robiła do tej pory. Ale ona tylko powiedziała jedno:

– Wiem. Ja też tego nienawidziłam, jak byłam młoda.

Powiedziała to cicho, bez tej swojej maniery. I nic więcej. Odwróciła się i wyszła, zostawiając mnie z roztrzęsionymi dłońmi, pokrojoną marchewką i czymś, czego nie umiałam nazwać. Spodziewałam się wojny, a dostałam spokój. I to było gorsze.

Może nie byłam sama

Następnego dnia nie było żadnej rozmowy. Żadnych przeprosin, wyjaśnień ani ostentacyjnego milczenia. Zwykły poranek. Tylko że coś było inaczej. Teściowa nie komentowała tego, co dzieci jedzą. Nie poprawiała mojej techniki krojenia warzyw. Nie patrzyła na mnie z góry. Po prostu weszła do kuchni, zawiązała fartuch i powiedziała:

Robimy pierogi. Z kapustą. Ty wałkujesz.

Skinęłam głową i podeszłam do stołu. Wzięłam wałek do ręki, bez pytania. Zaczęłam rozwałkowywać ciasto, które już wcześniej zdążyła zagnieść. Nie było muzyki, nie było śmiechów. Tylko dźwięk wałka, mąka na stole, stuk łyżki o miskę. Pracowałyśmy obok siebie, nie komentując, nie zerkając na siebie z ukosa.

– Dość cienko, ale nie za cienko – rzuciła po kilku minutach.

– Tak? – zapytałam cicho.

– Dobrze.

To było jedyne, co powiedziała. Nagle przypomniałam sobie, jak kiedyś mama uczyła mnie lepić pierogi. Ja lepiłam po swojemu, a ona poprawiała z boku, cmokając z niezadowoleniem. Pamiętam, że wtedy też miałam ochotę rzucić wszystkim i wyjść z kuchni. Teraz stałam obok innej kobiety, która też kiedyś była córką, żoną, matką – i chyba nadal nią była. Tylko że dawno temu przestała mieć siłę mówić o swoich uczuciach. Tak jak ja teraz.

– Zamrożę trochę, może Paweł weźmie do pracy– powiedziała, nie patrząc na mnie.

– Dobrze – odpowiedziałam równie cicho.

To nie było pojednanie. To nie było zbliżenie. Ale coś się zmieniło. Już nie była przeciwko mnie. A może nigdy nie była, tylko nie umiała inaczej?

Lepiąc pierogi, poczułam, że znowu oddycham. Że pierwszy raz od wielu dni nikt ode mnie niczego nie chce. Nie muszę zabawiać dzieci, nie muszę rozmawiać z mężem, który i tak mnie nie słucha. Wystarczy wałek, ciasto i ten rytmiczny stukot, który układał się w coś znajomego, może nawet kojącego.

Poczułam, jak w oczach zbierają mi się łzy, ale odwróciłam głowę i udawałam, że szukam ściereczki. Może nie jestem sama. Może każda kobieta ma takie momenty. Może one nie krzyczą, nie rzucają talerzami, tylko w ciszy robią pierogi i pozwalają dłoniom robić to, czego serce jeszcze nie umie wypowiedzieć.

Zaczął się nowy etap

Śnieg w końcu zaczął topnieć. Droga dojazdowa przestała być białą ścianą i po kilku dniach ciszy słychać było w oddali pierwszy samochód. Dzieci wybiegły na ganek, jakby to był dźwięk wybawienia. Paweł zamknął laptopa, tylko po to, żeby wyjąć telefon. I tak wróciliśmy do punktu wyjścia.

W drodze powrotnej dzieci zasnęły na tylnym siedzeniu. Paweł prowadził w milczeniu. Nie zapytał, jak się czuję, czy wszystko w porządku. Ja też nie mówiłam nic. Nie miałam już ochoty ciągnąć go za język, mówić do ściany, podpowiadać mu, jak być obecnym. Zorientowałam się, że kiedy przestałam czekać na jego uwagę, poczułam coś na kształt ulgi.

W domu znowu wszystko było na mojej głowie. Trzeba było rozpakować walizki, zrobić zakupy, nadrobić zaległości. Ale coś się zmieniło. Ja się zmieniłam. Nie miałam już tej samej cierpliwości do udawania, że wszystko gra. Kiedy starszy znowu zaczął krzyczeć na młodszego, zamiast jak zwykle rozdzielać ich i próbować rozmawiać, powiedziałam:

– Załatwcie to między sobą albo każde idzie do swojego pokoju. Nie będę w to wnikać.

Kiedy Paweł rzucił:

– Nie ma już mleka

spojrzałam na niego i odpowiedziałam:

– To kup. Masz pieniądze.

Nie powiedział nic, ale poszedł do sklepu. Może był zaskoczony, może wcale mu się nie chciało. Nie miało to już dla mnie znaczenia.

Zaczęłam się zastanawiać nad sobą. Co dalej. Czy naprawdę nie mogę odmówić kolejnego zebrania w szkole? Czy naprawdę muszę brać na siebie dodatkowe godziny w pracy, bo „tylko ty sobie z tym poradzisz”? Może nie muszę. Może mogę powiedzieć: nie.

Wieczorem usiadłam sama w salonie, z kubkiem herbaty, której nikt mi nie podał, ale też nikt jej ode mnie nie oczekiwał. I pomyślałam, że to nie jest nowy początek. Że nie będzie nagłego zwrotu, w którym Paweł się obudzi, dzieci będą grzeczne, a ja znowu poczuję się szczęśliwa. Ale może zaczął się inny etap. Taki, w którym ja przestanę być ostatnia w kolejce do życia.

Agnieszka, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama