Reklama

Macierzyństwo zawsze wydawało mi się czymś naturalnym, oczywistym. Takim etapem, który przyjdzie sam, jak ślub, jak wspólne mieszkanie, jak plany na wakacje. A jednak, im bardziej się staraliśmy, tym bardziej miałam wrażenie, że wisi nad nami jakaś kara. Kolejne testy były jak wyroki. Michał pocieszał mnie, powtarzał, że jestem dla niego wszystkim, ale z czasem i on przestał mówić cokolwiek. Wtedy pojawiła się ona, Wiktoria. Moja koleżanka. Nigdy nie sądziłam, że zburzy nasz świat ani że właśnie dzięki niej… zostanę matką.

Patrzyłam na niego z niedowierzaniem

— A może ty po prostu za bardzo chcesz? — usłyszałam kiedyś od znajomej z pracy, gdy po raz kolejny poprosiłam o wolne na badania.

— Co to znaczy „za bardzo”? — zapytałam ostro. — To dziecko. To nie nowa torebka.

Wszyscy mieli dobre rady. Że jak tylko odpuszczę, to się uda. Że może to stres. Że może to znak, że powinniśmy żyć tylko we dwoje. A ja czułam, jak pękam w środku. Każdy miesiąc kończył się łzami w łazience i udawaną siłą przy kolacji. Michał próbował. Przynosił wino, zamawiał sushi, mówił, że będzie dobrze. Ale coraz częściej widziałam w jego oczach bezradność.

Gdy wracaliśmy z kolejnej konsultacji, gdzie lekarz wzruszył ramionami i powiedział „Czasem się po prostu nie da”, Michał zatrzymał się na światłach i nie ruszył, kiedy zrobiło się zielone.

Może już wystarczy, co? — powiedział cicho. — Może musimy pogodzić się z tym, że nie będziemy rodzicami.

Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Zawsze wierzyłam, że razem przetrwamy wszystko. A teraz on, mój Michał, pierwszy puszczał moją dłoń. Wróciliśmy do domu w ciszy. Następnego dnia poszedł wcześniej do pracy. Tego samego dnia zadzwoniła Wiktoria.

Patrzyła gdzieś w bok

— Cześć, masz chwilę? — zapytała Wiktoria przez telefon. Brzmiała jakoś dziwnie, nieswojo.

— Jasne, co się stało?

— Muszę z kimś pogadać. Najlepiej na żywo. Wpadniesz?

Nie zdziwiło mnie to. Była impulsywna, zawsze mówiła, co myśli. Znałyśmy się jeszcze z liceum, potem nasze drogi trochę się rozeszły, ale w ostatnich miesiącach znów zaczęłyśmy się spotykać. Czasem pisałyśmy, czasem gadałyśmy przy kawie. Lubiłam ją — była taka inna niż ja. Luzacka, pewna siebie. Trochę roztrzepana, ale z sercem. Tego dnia siedziała przy kuchennym stole z kubkiem w dłoniach. Wyglądała na zestresowaną. Zapytałam, co się dzieje.

— Jestem w ciąży — powiedziała bez żadnych wstępów.

Zamarłam. Patrzyłam na nią, czekając, aż się uśmiechnie i powie „żartuję”. Ale nie mówiła nic więcej.

— Okej… a kto jest ojcem?

Znowu cisza. Patrzyła gdzieś w bok, jakby szukała tam odpowiedzi. A potem cicho dodała:

— To był… przypadek. Jedna noc. I nie, to nie był mój facet. Nie miałam nikogo wtedy.

Wyszłam stamtąd z dziwnym uczuciem. Coś mi nie pasowało. Jej zmieszanie, jej spojrzenie… Jakby bała się, że zaraz wszystko się wyda.

Zachowywał się nerwowo

Zaczęłam łączyć fakty: jej nagłe milczenie, jego późne powroty z pracy. Tajemnicze wiadomości, które ukradkiem sprawdzał, odwracając ekran telefonu. To nie była paranoja. Coś wisiało w powietrzu. Pewnego wieczoru Michał wziął prysznic i zostawił telefon na stole. Komórka zaczęła dzwonić. Na ekranie widniało: „W”. Zastygłam. Wiktoria. Odebrałam.

— Halo? — powiedziałam cicho.

Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem się rozłączyła. Telefon Michała zadrżał w mojej ręce jeszcze raz — przyszła wiadomość: „Nie dzwoń więcej, ona odebrała”. Poczułam, że robi mi się niedobrze. Przez kolejne dni tylko obserwowałam. Michał zachowywał się nerwowo, unikał mojego wzroku. Gdy zapytałam, czy widział się ostatnio z Wiktorią, zbyt długo milczał, zanim odpowiedział:

— Przecież to twoja koleżanka, nie moja.

Kłamstwo. Potwierdzenie. Nie powiedziałam nic. Wyszłam. Poszłam do Wiktorii. Chciałam usłyszeć prawdę. W twarz.

— Ja nie chciałam tego, rozumiesz? — mówiła zapłakana. — To się po prostu wydarzyło. Ty byłaś wtedy w takim stanie…

— W jakim stanie? — zapytałam.

— Przecież nie było cię przy nim od miesięcy. On był sam.

Wtedy dowiedziałam się, że Michał jest ojcem jej dziecka.

Nie miałam siły odpowiadać

Myślałam, że po takiej zdradzie będę krzyczeć, rzucać talerzami, pakować walizki. Że zburzę wszystko. Ale nie. Byłam pusta. Obserwowałam siebie z boku, jak siadam przy stole, jak nalewam herbatę, jak nie pytam Michała o nic. Nie kłamał. Sam mi się przyznał, gdy wróciłam od Wiktorii. Nie klękał, nie prosił. Po prostu powiedział:

— To był błąd. Ogromny. Ale nie chcę kończyć naszego życia przez jeden, głupi moment. Kocham cię.

Nie miałam siły odpowiadać. Poszłam spać. W kolejnych dniach chodził przy mnie ostrożnie, jakby bał się, że jedno słowo uruchomi lawinę. Ale ja się nie rozpadałam. Aż któregoś dnia zadzwoniła Wiktoria. Mówiła spokojnie, że nie daje sobie rady i że nie planowała tego wszystkiego, a teraz nie wie, co robić z tym dzieckiem. I wtedy powiedziałam słowa, których sama się po sobie nie spodziewałam:

— Poradzimy sobie, pomogę ci...

Zostawiła nam wszystko

Minęło kilka miesięcy. Michał zrobił wszystko, bym mu wybaczyła. Nie tłumaczył się — to chyba nas uratowało. Nie klękał, nie przysięgał, tylko był. Codziennie. I czekał, aż przestanę patrzeć na niego z tamtym cieniem w oczach. To nie przyszło od razu. Ale przyszło.

Wiktoria urodziła w marcu chłopca. Ja byłam przy niej na porodówce, nie Michał. To ja trzymałam ją za rękę, gdy krzyczała z bólu. To ja tuliłam małego i to ja dałam mu imię — Ignacy. Po porodzie Wiktoria powoli znikała. Mówiła, że nie czuje się matką, że to nie dla niej. Najpierw zaczęła zostawiać Ignasia u mnie na kilka godzin. Potem na weekendy. W końcu… został na zawsze.

Michał początkowo nie umiał spojrzeć na syna. Ale z czasem podchodził bliżej, uczył się go. I pokochał. Wiktoria zrzekła się praw do dziecka, więc maluch był z tatą, a tym samym ze mną. Zostawiła nam wszystko, nie pytając o nic. Czasem wysyła pocztówkę. A ja codziennie całuję synka w czoło i szepczę:

— Jesteś moim spełnionym cudem, nawet jeśli przyszedłeś inaczej, niż się tego spodziewałam.

Jesteśmy prawdziwi

Nigdy nie planowałam zostać mamą w taki sposób. Nie wpisywało się to w żaden mój scenariusz. Chciałam ciąży, brzuszka, kopniaków pod sercem. Chciałam porodu, który wszystko zmieni. Tymczasem zmienił mnie telefon koleżanki, zdrada męża i dziecko, które nie miało być moje. Ale jest. I to najważniejsze. Z Wiktorią nie mamy kontaktu. Michał… jest. Kocha nas. Bywa, że wracają złe myśli, ale potem Ignacy przybiega do mnie z rysunkiem i woła:

— Mamusiu!

I wszystko znika. Nie jesteśmy typową rodziną, ale jesteśmy prawdziwi. Nie przez przypadek — z wyboru. Z miłości.

Natalia, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama