Reklama

Zawsze uważałam, że praca nauczyciela to powołanie, ale powołaniem nie opłacę rachunków ani wymarzonego wyjazdu w góry. Kiedy postanowiłam udzielać korepetycji, myślałam, że czeka mnie prosta wymiana: moja wiedza za uczciwe wynagrodzenie. Szybko jednak odkryłam, że niektórzy rodzice traktują mnie jak darmową opiekunkę, cudotwórcę, a czasem kogoś, kto za kilkadziesiąt złotych sprzeda własną godność. To, co usłyszałam w tamtych domach, na zawsze zmieniło moje spojrzenie na ludzi.

Marzyłam o wyjeździe na górskie szlaki

Siedziałam w pustym pokoju nauczycielskim, wpatrując się w kalendarz wiszący na ścianie. Wielkimi czerwonymi literami ktoś zaznaczył na nim początek maja. Zbliżała się majówka, czas, kiedy wszyscy moi znajomi planowali wyjazdy. Jedni lecieli do ciepłych krajów, inni wynajmowali domki nad jeziorem. Ja natomiast, po opłaceniu czynszu, rachunków i zrobieniu podstawowych zakupów, mogłam co najwyżej zaplanować wycieczkę rowerową do pobliskiego lasu.

Uczyłam biologii w szkole podstawowej i w liceum. Bardzo lubiłam swoją pracę. Widok ucznia, który nagle rozumie zawiłości genetyki albo z fascynacją ogląda pod mikroskopem pantofelka, dawał mi ogromną satysfakcję. Jednak satysfakcja nie kupi mi biletu na pociąg ani noclegu w Tatrach, o których marzyłam od miesięcy. Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce.

Wrzuciłam ogłoszenie na kilka lokalnych portali. Napisałam jasno: przygotowanie do egzaminu ósmoklasisty, przygotowanie do matury z biologii na poziomie rozszerzonym. Podałam stawkę, która była uczciwa, ale nie wygórowana.

Mój telefon zaczął dzwonić niemal natychmiast. Popyt na korepetycje na kilka miesięcy przed egzaminami był ogromny. Wybrałam czworo uczniów, ułożyłam grafik tak, by po zajęciach w szkole mieć czas na dojazdy, i z optymizmem rozpoczęłam mój prywatny projekt pod nazwą „Zarobić na majówkę”. Nie miałam pojęcia, na co się piszę.

Rodzice dzieci zachowywali się absurdalnie

Moim pierwszym przystankiem był dom Zuzi, uczennicy ósmej klasy. Zuzia była cichą, przestraszoną dziewczynką, która bardzo bała się egzaminów. Jej matka, pani Alicja, powitała mnie w drzwiach z szerokim uśmiechem, parząc niezwykle drogą kawę z ekspresu. Mieszkanie wyglądało jak z katalogu wnętrzarskiego.

Lekcja z Zuzią minęła bez zarzutu. Tłumaczyłam jej budowę układu krwionośnego, rysowałyśmy schematy, a dziewczynka w końcu zaczęła się uśmiechać, widząc, że to wcale nie jest takie trudne. Po upływie umówionych sześćdziesięciu minut spakowałam swoje notatki i wyszłam do przedpokoju, gdzie czekała już pani Alicja.

Cudownie pani to tłumaczy, słuchałam z kuchni – zaczęła matka, poprawiając idealnie ułożone włosy. – Wie pani co, ja bym chciała, żebyśmy się spotykały dwa razy w tygodniu. Tylko mam taką małą propozycję.

Czekałam cierpliwie, spodziewając się prośby o drobną zniżkę przy większej liczbie godzin. To normalna praktyka, na którą byłam przygotowana.

– Jestem dystrybutorką luksusowych kosmetyków – kontynuowała pani Alicja, wyciągając z szafki gruby katalog i koszyczek produktów. – Co pani powie na to, że za co drugą lekcję będę pani płacić w produktach z naszej nowej linii? Szampony, kremy... Wie pani, my tu w domu dbamy o naturalne piękno. A pani, jako młoda kobieta, na pewno chce o siebie dbać. Pieniądze to tylko papier, a tu ma pani jakość.

Zamrugałam, starając się przyswoić to, co właśnie usłyszałam. Kobieta proponowała mi kremy w zamian za moją ciężką pracę i czas.

– Dziękuję za propozycję, ale w ogłoszeniu wyraźnie zaznaczyłam stawkę godzinową – odpowiedziałam spokojnie, starając się ukryć narastającą irytację. – Kosmetyki nie opłacą moich rachunków.

– Oj, jaka z pani materialistka – westchnęła teatralnie pani Alicja, wyciągając z portfela odliczoną gotówkę, którą niemal rzuciła na szafkę. – Przecież wy, nauczyciele, podobno uczycie z powołania, a nie dla zysku.

Wyszłam stamtąd z poczuciem głębokiego niesmaku. Powołanie to jedno, ale brak szacunku do mojego czasu to coś zupełnie innego.

Płacił za godzinę, oczekiwał trzech

Kolejnym moim uczniem był Kacper, maturzysta. Jego ojciec, pan Tomasz, zaprosił mnie do swojego wielkiego domu na przedmieściach. Od samego progu dał mi do zrozumienia, kto tu rządzi. Był typem człowieka, który uważa, że jeśli ma pieniądze, to może kupić absolutnie wszystko, włączając w to mój wolny czas.

Kacper miał ogromne braki z genetyki i metabolizmu. Zaczęliśmy intensywną pracę. Zgodnie z umową, nasze spotkanie miało trwać równe półtorej godziny. Tłumaczyłam, rysowałam cykl Krebsa, starałam się dotrzeć do chłopaka, który wyraźnie nie miał ochoty na naukę i ciągle zerkał w ekran telefonu. Kiedy wybiła godzina zakończenia zajęć, zaczęłam pakować swoje rzeczy.

W tym momencie do pokoju wszedł pan Tomasz.

A pani dokąd się wybiera? – zapytał, stając w drzwiach i krzyżując ręce na piersi.

– Nasz czas dobiegł końca, omówiliśmy zaplanowany na dziś materiał – odpowiedziałam z uprzejmym uśmiechem.

– O nie, moja droga pani. Ja płacę za to, żeby on to umiał, a nie za to, żeby pani posiedziała z zegarkiem w ręku – stwierdził tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Zadałem mu przed chwilą pytanie z tego cyklu czegoś tam, i nie potrafił odpowiedzieć. Siedzicie tu, dopóki on tego nie wyrecytuje z pamięci. Ja płacę, ja wymagam.

Byłam w szoku. Zrobiło mi się gorąco, a serce zaczęło mi bić ze zdenerwowania.

– Panie Tomaszu, umawialiśmy się na konkretny czas i konkretną stawkę. Mam za godzinę kolejnego ucznia i nie mogę zostać dłużej – powiedziałam, starając się utrzymać profesjonalny ton.

– To niech pani tamtemu odwoła. Mój syn jest najważniejszy. Dopłacę pani dziesięć złotych za fatygę, ale ma pani tu zostać, aż on się nauczy – naciskał ojciec Kacpra.

– Dziesięć złotych? – zapytałam, nie wierząc własnym uszom. – Mój czas jest cenny. Pracuję zgodnie z ustaleniami. Zostawiłam Kacprowi materiały do powtórki. Następnym razem sprawdzę jego wiedzę. Do widzenia.

Wyminęłam go w drzwiach. Za plecami usłyszałam tylko prychnięcie i komentarz o tym, że dzisiejsza młodzież nie chce pracować. W samochodzie musiałam posiedzieć kilka minut, zanim odzyskałam spokój na tyle, by bezpiecznie ruszyć w drogę.

Oczekiwała ode mnie cudów

Prawdziwym punktem zwrotnym była jednak wizyta u państwa Majewskich. Ich córki, bliźniaczki z siódmej klasy, miały wziąć udział w prestiżowym konkursie biologicznym na szczeblu wojewódzkim. Główną nagrodą były dodatkowe punkty do wymarzonego liceum. Matka dziewczynek, pani Beata, zadzwoniła do mnie z prośbą o pomoc w przygotowaniu specjalnego projektu badawczego, który był wymagany w pierwszym etapie konkursu.

Zgodziłam się, zafascynowana pomysłem. Miałyśmy wspólnie badać wpływ różnych rodzajów światła na wzrost fasoli. Wyobrażałam sobie, jak będę tłumaczyć dziewczynkom proces fotosyntezy na żywym przykładzie.

Kiedy przyjechałam na pierwsze spotkanie, czekał na mnie czysty stół, sterta materiałów i pani Beata z notesem. Bliźniaczek nigdzie nie było.

Gdzie są dziewczynki? – zapytałam, rozkładając swoje notatki. – Musimy ustalić hipotezę badawczą.

– Dziewczynki pojechały na basen, są bardzo przemęczone tym całym rokiem szkolnym – odpowiedziała lekko pani Beata, siadając naprzeciwko mnie. – Ale my przecież nie potrzebujemy ich do tego. Kupiłam nasiona, doniczki, mam ziemię. Niech pani napisze tę hipotezę, zrobi zdjęcia, napisze raport, a my to tylko wydrukujemy i podpiszemy ich nazwiskami.

Zamurowało mnie. Spojrzałam na kobietę, myśląc, że to jakiś niesmaczny żart.

– Chce pani, żebym to ja wzięła udział w konkursie i zrobiła projekt za pani córki? – upewniłam się.

– Ojej, niech pani nie używa takich wielkich słów. Przecież to tylko jeden projekt, co pani szkodzi? – zaśmiała się nerwowo matka. – Zapłacę pani podwójną stawkę za napisanie tego dokumentu. Dziewczynki muszą dostać te punkty do liceum, to sprawa ich przyszłości. Przecież pani to napisze w pół godziny. Zrobi to pani perfekcyjnie, a one i tak by coś zepsuły.

Proponuje mi pani oszustwo – powiedziałam twardo, zamykając swój notatnik. – Moim zadaniem jest uczyć, a nie pisać prace za uczniów. To nie tylko nieetyczne, ale i krzywdzące dla dziewczynek. Jak one poradzą sobie na kolejnych etapach, gdzie trzeba odpowiadać ustnie?

– To już pani zmartwienie, jak je pani potem przygotuje do ustnego! – oburzyła się pani Beata, podnosząc głos. – Myślałam, że jest pani profesjonalistką, która chce zarobić. Inny student wziąłby te pieniądze bez mrugnięcia okiem.

– Może i tak, ale ja nie jestem innym studentem. Jestem nauczycielką. Nie pomagam w oszukiwaniu – odpowiedziałam. Wstałam, zabrałam swoje rzeczy i skierowałam się do wyjścia.

Więcej pani nie zaproszę! – usłyszałam za sobą krzyk.

– Właśnie na to liczę – odpowiedziałam pod nosem, zamykając za sobą drzwi.

Postawiłam jasne granice

Wróciłam do swojego małego mieszkania kompletnie wyczerpana. Opadłam na kanapę i spojrzałam na mapę Tatr, którą przypięłam do tablicy korkowej nad biurkiem. Wyjazd na majówkę nagle wydał mi się celem, który nie jest warty takiego poniżania i stresu. Chciałam tylko uczciwie zarobić, dzieląc się swoją wiedzą, a zostałam potraktowana jak darmowa siła robocza, służąca i wspólniczka w oszustwie.

Zaparzyłam sobie mocnej herbaty i otworzyłam kalendarz. Miałam jeszcze dwóch innych uczniów, o których nie wspominałam, bo... byli zupełnie normalni. Ich rodzice traktowali mnie z szacunkiem, płacili na czas, witali z uśmiechem i interesowali się postępami swoich dzieci, nie ingerując jednak w sam proces nauczania.

Tamtego wieczoru podjęłam ważną decyzję. Wzięłam telefon i napisałam dwie wiadomości. Pierwszą do pani Alicji z informacją, że niestety mój grafik uległ zmianie i nie będę mogła kontynuować zajęć z Zuzią (poleciłam jej jednak świetne darmowe materiały w internecie, bo szkoda mi było samej dziewczynki). Drugą wiadomość wysłałam do pana Tomasza, informując go, że nasza współpraca dobiegła końca, ponieważ nasze oczekiwania co do formy prowadzonych zajęć są zbyt odmienne.

Poczułam ogromną ulgę. Zrozumiałam, że żaden wyjazd, choćby najbardziej wymarzony, nie jest wart tego, by pozwalać komukolwiek na brak szacunku. Ustalenie granic w relacjach zawodowych było najcenniejszą lekcją, jaką odebrałam z tej korepetycyjnej przygody.

Ostatecznie zarobiłam mniej, niż zakładałam na początku. Nie starczyło mi na ten drogi, drewniany domek z widokiem na Giewont. Znalazłam za to skromny pokój u starszej góralki w mniejszej, spokojniejszej miejscowości.

Kiedy w maju szłam szlakiem w Dolinie Kościeliskiej, wdychając rześkie, górskie powietrze, wiedziałam, że podjęłam właściwą decyzję. Ten wyjazd smakował o wiele lepiej właśnie dlatego, że pojechałam na niego z czystym sumieniem i poczuciem własnej wartości. Nie pozwoliłam, by czyjeś wygórowane ego zniszczyło moją pasję do uczenia. Wróciłam do szkoły z nową energią, bogatsza o świadomość, że szacunek do samej siebie to waluta, której nikt mi nigdy nie odbierze.

Matylda, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama