„Chciałam być dobrą matką, więc urządziłam święta jak z reklamy. Dziś myślę o tym, kto za to wszystko zapłaci”
„Zaczęło się niewinnie, od bombek. Zobaczyłam je w galerii, kiedy tylko z głośników popłynęło Last Christmas. Czerwone, matowe, w zestawie z ręcznie malowanymi gwiazdkami. Kosztowały tyle, co moje zakupy na dwa dni, ale wtedy pomyślałam: raz się żyje”.

Mam ośmioletnią córkę i kredyt na samochód, którego raty właśnie zaczynają mnie wykańczać. Pracuję w dziale obsługi klienta w firmie, która od pięciu lat obiecuje mi awans, ale jakoś nigdy nie ma na to odpowiedniego momentu. Klara, moja córka, często pyta, dlaczego u nas święta nie wyglądają jak w reklamach. Tych z choinką aż do sufitu, z uśmiechniętą rodziną i z kuchnią, w której wszystko pachnie miłością, a nie przypalonym bigosem.
W moim rodzinnym domu świąt się nie obchodziło. Matka wolała spać, niż piec pierniczki. Na Wigilię był rosół albo nic, a prezenty… raz dostałam używaną lalkę bez ręki i nawet się ucieszyłam. Dlatego obiecałam sobie, że moje dziecko będzie miało inaczej. Że zrobię święta, o jakich sama marzyłam. Z atmosferą jak z bajki, z prawdziwymi cudami. Nawet jeśli będę musiała wszystko wziąć na raty.
— Mamo, my też tak zrobimy, prawda? Z taką choinką ogromną? — zapytała mnie ostatnio, przytulona do mnie wieczorem.
— Jeszcze lepszą, kochanie. Zrobimy święta jak z bajki — zapewniłam.
I naprawdę wierzyłam, że dam radę. Tyle że jeszcze nie wiedziałam, że ta bajka skończy się jak dramat.
Wierzyłam, że robię dobrze
Zaczęło się niewinnie, od bombek. Zobaczyłam je w galerii, kiedy tylko z głośników popłynęło „Last Christmas”. Czerwone, matowe, w zestawie z ręcznie malowanymi gwiazdkami. Kosztowały tyle, co moje zakupy na dwa dni, ale wtedy pomyślałam: raz się żyje. Włożyłam je do koszyka, a potem poszło już z górki: świąteczny obrus, złote serwetki, świeczniki w kształcie reniferów, girlanda na okno. Przez chwilę miałam wrażenie, że dekoruję swoje życie, a nie tylko mieszkanie.
Kiedy przyszła Kasia, moja przyjaciółka, spojrzała na to wszystko z wyrazem konsternacji na twarzy.
— Aneta, ty widziałaś ten paragon? — zapytała, trzymając w ręku zwitek papieru długi jak girlanda, która radośnie zdobiła okno.
— To tylko raz w roku. W końcu zrobię to porządnie — odpowiedziałam, próbując zachować pewność siebie.
— Ale co z ratami za laptopa? I ten kredyt na auto? — dopytywała.
— Spokojnie. Dam radę.
Nie dodałam, że część prezentów zamówiłam już — Klarze zestaw do robienia biżuterii, sobie nową sukienkę. Wzięłam wszystko z „zapłać później”. To „później” wtedy wydawało się odległe, niemal nieprawdziwe. Wiedziałam, że mnie na to nie stać, ale czułam, że muszę. To nie były tylko ozdoby, a próba naprawienia czegoś, co nigdy nie zostało mi dane.
Choinkę zamówiłam największą, jaką można było wcisnąć w windę. Pachniała jak las. Klara podskakiwała z radości. Patrząc na nią, wierzyłam, że robię dobrze. Jeszcze nie czułam, że wdeptuję w pułapkę.
Zrobiło się cicho
Stół wyglądał jak z katalogu: biały obrus, zastawa w zimowe wzory, szklanki z cynamonowymi pałeczkami. Na honorowym miejscu stanęła choinka, która niemal dotykała sufitu. Klara biegała w koronkowej sukience, którą kazała sobie kupić. Ja krzątałam się między kuchnią a salonem, próbując wyglądać na spokojną. Pachniało cynamonem i pierogami z cateringu. Wszystko było gotowe. Wszystko, poza emocjami.
Moja matka przyszła z torbą, w której zamiast ciasta był worek mandarynek i gazetka z promocjami. Od progu spojrzała krytycznie na choinkę.
— Nie za duża? Taka moda teraz na przesadę?
Zignorowałam to. Usiadłyśmy do kolacji. Pierwsza potrawa — barszcz z uszkami. Matka z grymasem spróbowała i odłożyła łyżkę.
— To nie barszcz, tylko jakiś kompot z kostki. Kto to robił?
— Mamo, może po prostu spróbuj zjeść i nie komentuj — powiedziałam spokojnie, choć w środku coś zaczęło się we mnie gotować.
— Ja tylko mówię, co myślę. Po co ta cała szopka? Nigdy nie byliśmy tacy… teatralni.
Klara patrzyła to na mnie, to na babcię, zdezorientowana. Zrobiło się cicho. Zbyt cicho. Siedziałam przy tym idealnym stole i czułam, jak z każdym słowem mojej matki łamie się coś, co próbowałam zbudować. Nie z dekoracji. Z ciszy, czułości i udawanej normalności. Kiedy Klara rozpakowywała prezenty, uśmiechałam się szeroko, ale w środku miałam ochotę krzyczeć. To miały być święta, które mnie uleczą. Zamiast tego znów czułam ból.
Zostałam sama
Pierwszego dnia po świętach w mieszkaniu panowała cisza jak po huraganie. Tylko światełka na choince dalej migały, jakby nie wiedziały, że magia już się skończyła. Klara bawiła się swoimi prezentami, układając koraliki w bransoletki, a ja siedziałam przy kuchennym stole z telefonem w dłoni i bijącym sercem.
Pierwszy SMS z banku przyszedł z samego rana: Przypomnienie o nadchodzącej racie: 347,28 zł. Termin: 28.12. Potem drugi. I trzeci. Przelewy za catering, za prezenty, za dekoracje. Karta kredytowa wykorzystana niemal do cna. Otworzyłam kalkulator. Liczby skakały mi przed oczami. Kasia zadzwoniła wieczorem.
— I co, zadowolona? Była magia? — zapytała z przekąsem.
— Klara była szczęśliwa. To się liczy — odpowiedziałam, zbyt zmęczona, żeby się tłumaczyć.
— Zadowolona z tego, że teraz siedzisz pośród bombek i długów?
— Zrobiłam to dla niej. Chciałam, żeby miała coś, czego ja nie miałam — powiedziałam z przekonaniem, ale głos mi zadrżał.
— Ale kosztem czego, Aneta? Siebie? Normalności?
Późnym wieczorem zadzwoniła matka. Nie, żeby zapytać, jak się czuję, tylko żeby powiedzieć, że zostawiła u mnie swoje rękawiczki. I że te pierogi jednak były niedogotowane. Wtedy wszystko we mnie puściło.
— Wiesz, że te święta zrobiłam, żeby ci coś udowodnić?
— Mnie? Ja już niczego nie potrzebuję. Tylko żebyś ty w końcu przestała udawać.
Zamknęłam oczy. Z kuchni dobiegał chichot Klary. Zrozumiałam, że zostałam sama w tym wszystkim. Jak zawsze.
Nie żałowałam, że to zrobiłam
W salonie nadal stała choinka, ale teraz wyglądała jak z innego życia. Światełka nadal migały, ale nie było już w nich ciepła, tylko wspomnienie po czymś, co nie wyszło. Wszędzie walały się resztki świąt: opakowania po prezentach, wyschnięta skórka pomarańczy, brokat na dywanie. Klara spała w swoim pokoju, a ja siedziałam sama przy stole z wyciągiem z konta. Saldo: –1320 zł. Limit przekroczony, debet otwarty, zbliżały się raty.
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Wstałam, przeszłam przez mieszkanie i zwinęłam wszystkie dekoracje do jednego pudła. Bombki brzęczały cicho, jakby mówiły: To nie my jesteśmy winne. Zdjęłam obrus, zgasiłam światełka. Potem usiadłam na podłodze i zaczęłam płakać. Cicho, bezgłośnie, jak wtedy, gdy miałam dziewięć lat i marzyłam, że pod choinką znajdę coś prawdziwego — miłość, zainteresowanie, nie tylko używaną zabawkę i herbatę z proszku.
Wtedy wszystko do mnie wróciło. Ta jedna Wigilia sprzed lat, kiedy matka powiedziała: Nie marudź, to tylko dzień jak każdy inny. A ja marzyłam, żeby choć raz był wyjątkowy. Może święta nie są od tego, żeby coś naprawiały. Może to tylko chwila. Moment, który nie musi wyglądać jak z filmu. Może chodziło tylko o bycie razem. A ja... próbowałam za to kupić przebaczenie. I dzieciństwo.
Spojrzałam na zdjęcie Klary, uśmiechniętej przy choince. Nie żałowałam, że to zrobiłam. Żałowałam tylko, że uwierzyłam, że magia to rzeczy, a nie ludzie.
Nie muszę być matką roku
Pierwszym krokiem było wystawienie kilku prezentów na sprzedaż. Z bólem serca, ale bez wahania. Zestaw do robienia biżuterii Klarze zostawiłam, a reszta poszła do sprzedania. Nawet girlanda LED za 169 zł. Zgarnęła ją jakaś influencerka. Ironia losu. Kasia przyszła następnego dnia z dwiema kawami.
— No i? Jakie plany? — zapytała bez owijania w bawełnę.
— Nie wiem. Sprzedaję, piszę, liczę. Może ktoś to wszystko kupi, zanim mnie zaleje fala rat.
— Pomogę ci. Przebijemy się. Ale musisz zacząć patrzeć na siebie jak na człowieka, nie projekt do naprawy.
Wieczorem usiadłam z Klarą.
— Mamusiu, te święta były najlepsze na świecie! — powiedziała, obejmując mnie.
— A jak za rok nie będzie tylu prezentów? I nie będzie choinki aż do sufitu? — zapytałam cicho.
— To będziemy piekły pierniczki i oglądały Kevina. I będziesz obok mnie. To wystarczy.
Patrzyłam na nią przez dłuższą chwilę. Dziecko z sercem większym niż mój limit na karcie kredytowej. Wtedy zrozumiałam: nie muszę być matką roku. Nie muszę naprawiać przeszłości za pośrednictwem dekoracji. Wystarczy, że będę prawdziwa i obecna.
Aneta, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Boże Narodzenie całkiem straciło wartość. Kiedyś to było duchowe przeżycie, teraz liczą się tylko drogie prezenty”
- „Całe życie poświęciłam moim dzieciom, a one po latach kompletnie o mnie zapomniały. Teram mogę liczyć tylko na siebie”
- „Moja teściowa przyjeżdża do mnie na święta i się rządzi. Gdy wcisnęła wścibski nos do mojego bigosu, nie wytrzymałam”

