Reklama

Każdy mój dzień wyglądał podobnie. Wstawałam przed siódmą, choć budzik dawno przestał być potrzebny. W kuchni zapalałam małą lampkę, żeby nie marnować światła, i siadałam przy stole z kartką, na której zapisywałam wydatki. Emerytura starczała, jeśli nic się nie wydarzyło. A przecież zawsze coś się wydarzało.

Liczyłam wszystko: rachunki, leki, jedzenie. Przekładałam pieniądze z koperty do koperty, jakbym w ten sposób mogła oszukać czas. Czas, który przypominał mi, że nie mam już gdzie iść po więcej. W takich chwilach wracałam myślami do lat, gdy byłam młodsza i silniejsza, i do decyzji, które wtedy wydawały się oczywiste.

Czułam lęk

Zrezygnowałam z pracy, gdy Lena była mała. Mówiłam sobie, że dziecko potrzebuje matki w domu, że to najważniejsze. Później nie wróciłam już na etat. Zawsze było coś pilniejszego: szkoła, obiady, zajęcia dodatkowe. Ambicje odkładałam na później, tak jak nowe ubrania czy wyjazdy. „Jeszcze przyjdzie czas” – powtarzałam sobie uparcie. Czas przyszedł, tylko nie taki, jak sobie wyobrażałam.

Czasem spotykałam Irenę na klatce schodowej. Zawsze niosła siatki sama, choć widziałam, ile ją to kosztuje.

– Danusiu, dzień dobry – mówiła cicho, ale z uśmiechem.

– Sama z tymi zakupami? – pytałam odruchowo.

– Jak zawsze – odpowiadała spokojnie. – Człowiek się przyzwyczaja.

Jej słowa zostawały ze mną na długo. Bałam się tego przyzwyczajenia. Bałam się, że jeśli teraz nie pomyślę o przyszłości, to za chwilę nie będę miała już żadnego wyboru. Przecież nie byłam nierozsądna. Wychowałam dziecko, dałam z siebie wszystko. Czy to naprawdę było tak wiele oczekiwać, że nie zostanę sama?

Wieczorami siedziałam w fotelu i patrzyłam na telefon. Nie dzwoniłam do Leny. Tłumaczyłam sobie, że nie chcę jej przeszkadzać, że ma swoje życie. Ale prawda była prostsza i bardziej wstydliwa: bałam się usłyszeć obojętność. A jeszcze bardziej bałam się tego, że bez jej pomocy po prostu sobie nie poradzę.

Poprosiłam córkę o wsparcie

Umówiłyśmy się w małej kawiarni niedaleko jej pracy. Wybrała to miejsce, bo było „po drodze”. Dla mnie było obce, zbyt głośne, pełne młodych ludzi, którzy mówili szybko i pewnie, jakby wszystko było jeszcze przed nimi. Siedziałam już przy stoliku, kiedy weszła. Uśmiechnęła się krótko, zerknęła na zegarek.

– Mamo, mam tylko godzinę – powiedziała, zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć.

Skinęłam głową. Przygotowywałam tę rozmowę w myślach od tygodni, układałam zdania, wygładzałam je, żeby nie zabrzmiały jak pretensja. Chciałam być rzeczowa, spokojna, rozsądna. Przecież chodziło o przyszłość, o fakty.

– Lena… ja chciałam porozmawiać o tym, co będzie za kilka lat – zaczęłam ostrożnie. – Nie młodnieję. Wiesz, jaka jest moja emerytura.

Popatrzyła na mnie z uwagą, ale bez cienia niepokoju.

– No tak, każdy ma jakąś – odpowiedziała neutralnie.

Wzięłam głęboki oddech.

– Myślałam, że… że może będziemy się wspierać. Że jeśli przyjdzie gorszy czas, to będę mogła na ciebie liczyć. Tak normalnie. Finansowo też.

Przez chwilę milczała. A potem się roześmiała. Nie głośno, raczej krótko, jakby nie dowierzała.

Mamo, ty chyba żartujesz – powiedziała, kręcąc głową. – Ja ledwo ogarniam swoje życie.

Poczułam, jak coś we mnie opada. Mimo to próbowałam dalej.

– Wychowałam cię sama przez tyle lat. Zawsze byłaś dla mnie najważniejsza. To chyba naturalne, że…

– Naturalne dla kogo? – przerwała mi. – Ja nie planowałam być niczyim zabezpieczeniem.

Zrobiło mi się gorąco. Ludzie przy sąsiednich stolikach śmiali się, rozmawiali, a ja nagle poczułam się bardzo mała.

– Nie chodzi o bycie bankomatem dla mnie – powiedziałam ciszej. – Chodzi o rodzinę.

Westchnęła, sięgnęła po torebkę.

– Mamo, ja ci nic nie obiecywałam i nie obiecam. To twoje decyzje, twoje życie.

Te słowa zabolały bardziej, niż się spodziewałam. Patrzyłam, jak dopija kawę, jak wstaje, poprawia płaszcz.

– Muszę lecieć – rzuciła na pożegnanie. – Pogadamy innym razem.

Zostałam sama przy stoliku, z niedopitą herbatą i myślą, że to, co dla mnie było oczywiste, dla niej było absurdem.

Byłam rozczarowana

Wracałam do domu wolno, jakby każdy krok miał mi dać czas na poukładanie myśli. Oczywiście, że się nie układały. Rozsypywały się na drobne obrazy z przeszłości, które do tej pory trzymałam głęboko, bo łatwiej było myśleć o sobie jak o tej, która poświęciła wszystko. Teraz te obrazy zaczęły mówić innym głosem.

Przypomniałam sobie Lenę jako nastolatkę, stojącą w drzwiach pokoju, z ramionami skrzyżowanymi na piersi.

– Mogę dziś wyjść do koleżanki? – pytała wtedy.

– Najpierw lekcje. I wróć przed dziewiątą – odpowiadałam automatycznie.

Zawsze to samo… – mruczała pod nosem.

Nie przytulałam jej wtedy. Byłam zmęczona, spięta, przekonana, że wychowanie to przede wszystkim kontrola i obowiązek. Miłość miała być oczywista. Teraz zaczęłam się zastanawiać, czy ona w ogóle ją widziała.

Ryszard też wrócił w moich myślach. Jego wieczne „zaraz”, „nie teraz”, „muszę odpocząć”. Gdy odszedł, mówiłam sobie, że dam radę sama. I dałam. Tylko że w tej samodzielności zrobiłam się twarda. Może zbyt twarda.

W domu usiadłam na kanapie i długo patrzyłam na ścianę. Zaczęło do mnie docierać coś niewygodnego: Lena nie widziała we mnie kobiety, która się poświęciła. Widziała kogoś, kto zawsze czegoś wymagał. Lepszych ocen, posłuszeństwa, wdzięczności. A teraz jeszcze pieniędzy.

Przesadziłam? – zapytałam sama siebie.

Poczułam żal, ale inny niż zwykle. Nie tylko do niej. Także do siebie. Bo jeśli całe macierzyństwo opierałam na nadziei, że kiedyś coś dostanę w zamian, to może nigdy nie było bezinteresowne. Ta myśl bolała najbardziej. Bo odbierała mi ostatnią linię obrony.

Córka nie ma wyrzutów sumienia

Ten śmiech córki wracał do mnie falami. Nie był złośliwy ani głośny, a jednak wbijał się we mnie mocniej niż podniesiony głos. Leżałam w nocy w łóżku i słyszałam go wyraźnie, jakby Lena siedziała obok i wciąż nie mogła uwierzyć w to, co powiedziałam. W jej oczach zobaczyłam coś, czego wcześniej unikałam: dystans, ale też ulgę, że wreszcie powiedziała „nie”.

Próbowałam sobie przypomnieć moment, w którym nasza relacja zaczęła przypominać umowę, choć nigdy jej nie spisałyśmy. Ja dawałam, ona miała kiedyś oddać. W mojej głowie było to uczciwe. W rzeczywistości – nigdy jej o to nie zapytałam. Następnego dnia zadzwoniła.

Mamo, ja nie chciałam cię zranić – zaczęła ostrożnie.

– Wiem – odpowiedziałam zbyt szybko. – Po prostu się pogubiłam.

Zapadła cisza. Ta inna niż zwykle, cięższa.

– Ja nie chcę, żebyś liczyła na mnie jak na plan – powiedziała w końcu. – To mnie przygniata.

Zamknęłam oczy. „Plan”. To słowo zabolało najbardziej, bo było prawdziwe.

– Myślałam, że tak wygląda rodzina – szepnęłam.

Rodzina to nie dług do spłacenia – odpowiedziała cicho. – Przynajmniej dla mnie.

Rozłączyła się pierwsza. Odłożyłam telefon i poczułam, jak pęka coś, co trzymałam w sobie od lat. Nie było już złości, tylko wstyd. Zrozumiałam, że przypisałam sobie moralne prawo, którego nikt mi nie dał. Że budowałam bliskość na oczekiwaniu, a nie na rozmowie.

Muszę sobie poradzić

Przez kilka dni po tej rozmowie chodziłam jak w zawieszeniu. Robiłam to, co zwykle: zakupy, sprzątanie, gotowanie prostych obiadów. Tylko że wszystko straciło swój sensowny rytm. Została tylko prawda, z którą nie bardzo wiedziałam, co zrobić.

Irena zapukała któregoś popołudnia, pytając, czy nie mam pożyczyć cukru. Usiadłyśmy przy stole, tak jak setki razy wcześniej.

– Dzieci są różne – powiedziała nagle, jakby czytała mi w myślach. – Ale człowiek na starość i tak zostaje głównie sam.

Skinęłam głową. Tym razem nie próbowałam się bronić ani zaprzeczać. Zobaczyłam w niej nie ostrzeżenie, lecz dowód, że da się żyć bez oparcia w cudzych obietnicach. Trudno, skromnie, ale uczciwie.

Wieczorem wyjęłam kartkę i zaczęłam zapisywać liczby. Nie po to, by się bać, ale żeby wiedzieć. Co mogę, z czego muszę zrezygnować, jak długo dam radę sama. Było w tym coś upokarzającego, ale też zaskakująco spokojnego. Jakby strach, nazwany po imieniu, tracił część swojej władzy.

Leny już nie obwiniałam. Coraz częściej myślałam o tym, że całe życie czekałam na zwrot. Na potwierdzenie, że moje wybory miały sens, bo ktoś je kiedyś spłaci. A przecież życie nie działa jak konto, na którym rosną odsetki od poświęceń.

Danuta, 64 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama