„Chciałabym choć raz mieć prawdziwy Dzień Babci. Szkoda tylko, że czekam na darmo, bo nikt o mnie nie pamięta”
„Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. W kuchni stół wyglądał jak scena przygotowana pod spektakl, którego nikt nie zapowiedział. Usiadłam na chwilę, tylko na moment. Telefon leżał obok, ekran czarny, obojętny. Powiedziałam sobie, że jeszcze jest czas. Przecież zawsze jest jakieś jeszcze”.

Obudziłam się przed budzikiem, choć nie miał mnie kto poganiać. Cisza w mieszkaniu była gęsta, jakby noc zapomniała wyjść. Zegar tykał wyraźnie, bez wstydu, przypominając mi, jaki jest dzień. Dzień Babci. Dawniej ten poranek pachniał kawą pijaną w pośpiechu, słychać było śmiech Beaty i trzaskanie drzwiami, gdy wnuki wpadały do kuchni w butach. Teraz wstałam wolno, ostrożnie, jakby każdy krok mógł coś zepsuć.
Umyłam stół, choć był czysty. Wyjęłam obrus, ten „od święta”, który leżał w szafie od miesięcy. Ręce same wiedziały, co robić. Piekarnik grzał się pod sernik, dokładnie ten sam, który Beata zawsze chwaliła. Przez chwilę widziałam ją wyraźnie, opartą o framugę drzwi, z lekkim uśmiechem i zmęczonymi oczami. Przełknęłam ślinę i wróciłam do pracy.
Na klatce schodowej spotkałam Basię. Miała torbę z zakupami i spojrzenie, które bywało uważne, ale nie nachalne.
— Dzień dobry, pani Aniu. Święto dziś, prawda? — zagadnęła, zerkając na pudełko po cieście.
— A tak… dzieci coś planują — odpowiedziałam szybko. — Ma być niespodzianka.
— To pięknie. Dobrze mieć rodzinę blisko.
— Oj, to prawda. — Skinęłam głową i poprawiłam płaszcz. — U pani wszystko w porządku?
Zmieniłam temat bez zastanowienia. Wstydziłam się samotności bardziej niż bólu. Telefon w kieszeni był ciężki, choć milczał od rana. Wróciłam do mieszkania z postanowieniem, że skoro już udaję, nie wolno mi się potknąć.
Pukanie rozległo się nagle
Nakrywałam do stołu powoli, z przesadną dokładnością. Dwie filiżanki ustawiłam naprzeciw siebie, trzecią odsunęłam na bok, jakby była pomyłką. Potem ją jednak dołożyłam. Przecież Michał i Kuba byli różni, każdy zawsze chciał „swoje”. Rozłożyłam serwetki, poprawiłam talerzyki, postawiłam sernik na środku stołu. Pachniało wanilią i czymś jeszcze.
Z okna widziałam, jak na parking podjeżdżają samochody. Wysiadali z nich młodzi ludzie z torbami, dzieci ciągnęły babcie za ręce, ktoś niósł bukiet tulipanów. Złapałam się na tym, że liczę kroki na klatce schodowej. Każde otwarcie drzwi sprawiało, że prostowałam plecy. Pukanie rozległo się nagle. Otworzyłam zbyt szybko.
— Pani Aniu, dzień dobry! — Edek z parteru stał z blachą ciasta owiniętą folią. — Pomyślałem, że podrzucę. Święto dziś.
— Oj, panie Edku, nie trzeba było. — Uśmiechnęłam się szeroko. — Ja tu czekam, bo… no wie pan, wnuki.
— Aaa, to pewnie zaraz się zlecą — ucieszył się. — Przyjadą?
— Po południu chyba. Nic nie mówią. To taka ich niespodzianka — zaśmiałam się, aż mnie w gardle zapiekło.
— Młodzi teraz tacy zabiegani, ale pamiętają. — Pokiwał głową. — To ja nie przeszkadzam.
Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. W kuchni stół wyglądał jak scena przygotowana pod spektakl, którego nikt nie zapowiedział. Usiadłam na chwilę, tylko na moment. Telefon leżał obok, ekran czarny, obojętny. Powiedziałam sobie, że jeszcze jest czas. Przecież zawsze jest jakieś „jeszcze”.
Telefon leżał obok albumu
Popołudnie rozciągnęło się jak guma. Światło za oknem zmieniło kolor, a stół nadal stał nienaruszony. Usiadłam przy nim na chwilę, potem wstałam bez powodu i znów podeszłam do okna. Znałam już na pamięć każdy ruch na podwórku. W pewnym momencie przestałam patrzeć na ludzi, a zaczęłam patrzeć przez nich. Wyjęłam z szuflady stary album. Okładka była przetarta, kartki miękkie od dotykania. Na pierwszym zdjęciu Beata miała jeszcze krótkie włosy i śmiała się tak, jakby jutro nie mogło jej dotknąć. Przesunęłam palcem po jej twarzy.
— Zobacz, jaka byłaś szczęśliwa — powiedziałam cicho. — Wszystko jeszcze było przed tobą.
Kolejne zdjęcia pokazywały chłopców. Najpierw małych, w za dużych kurtkach, potem coraz wyższych, coraz bardziej nieobecnych. Z kieszeni fartucha wyciągnęłam złożone kartki. Rysunki, krzywe litery, kilka zdań zapisanych dawno temu.
— „Kochana babciu, wszystkiego najlepszego” — przeczytałam na głos, powoli. — Pamiętasz, Michał? Jeszcze nie mieściłeś się w linijkach.
Przełknęłam ślinę i sięgnęłam po następną.
— „Babciu, dziękuję za pierogi”. — Uśmiechnęłam się blado. — Zawsze mówiłeś, że najlepsze na świecie.
Głos mi się załamał. Kartki opadły na stół, a ja zakryłam twarz dłońmi. W głowie pojawiło się pytanie, którego nie chciałam wypowiadać. Czy to była moja wina. Czy byłam za cicha, za mało potrzebna. Może za bardzo udawałam silną.
— Jeszcze jest czas — powiedziałam do pustego pokoju. — Przecież dzień się nie skończył.
Telefon leżał obok albumu. Nie spojrzałam na niego. Bałam się, że zobaczę dokładnie to, czego się spodziewałam.
Nie było żadnej niespodzianki
Zrobiło się ciemno, zanim naprawdę to zauważyłam. Lampka nad stołem rzucała żółte światło na filiżanki, które wciąż stały nietknięte. Zegar na ścianie wskazywał dziewiętnastą. Potem dziewiętnastą pięć. Każda minuta miała swój ciężar. Telefon wreszcie zawibrował. Drgnęłam tak gwałtownie, że aż krzesło zaskrzypiało o podłogę. Spojrzałam na ekran z bijącym sercem.
„Wszystkiego najlepszego babciu! Dużo zdrowia!” — nic więcej. Bez zdjęcia, bez serduszka. Przez chwilę patrzyłam na te słowa, jakby były napisane w obcym języku. Po chwili przyszła druga wiadomość. Krótki gif. Kolorowy, obcy, niepasujący do ciszy w pokoju.
— Dziękuję, kochanie… — powiedziałam na głos, starając się, żeby brzmiało to normalnie.
Słowa zawisły w powietrzu i opadły bez echa. Wstałam powoli. Ciasto było już wystudzone. Owinęłam je folią, jakby miało komuś przeszkadzać. Filiżanki zniosłam do zlewu. Woda szumiała jednostajnie, zagłuszając myśli. Każdy talerz odkładałam ostrożnie, jakby robiła to inna osoba. Usiadłam w fotelu, tym samym, w którym Beata karmiła kiedyś chłopców butelką. Spojrzałam na stół, teraz pusty i zbyt duży. Wtedy coś we mnie pękło.
Nie było żadnej niespodzianki. Nie było pośpiechu, spóźnienia ani nagłego telefonu. Była tylko krótka wiadomość, wysłana przy okazji.
— Zostałam zapomniana — powiedziałam cicho, już bez udawania.
Łzy spłynęły same. Nie otarłam ich. Po raz pierwszy tego dnia pozwoliłam sobie nie być silną.
Stałam jeszcze chwilę
Nie spałam tej nocy. Leżałam z zamkniętymi oczami, słuchając własnego oddechu, który brzmiał obco w ciszy mieszkania. Po północy wstałam i narzuciłam na ramiona sweter. Balkon był zimny, metalowa balustrada lodowata pod palcami. Miasto spało, tylko gdzieś w oddali przejechał samochód.
— Beata… — powiedziałam cicho, wpatrując się w czarne okna naprzeciwko.
Głos zadrżał, choć nie planowałam płakać. Łzy przyszły same.
— Czemu ich tak wychowałaś — wyszeptałam. — Czemu nie nauczyłaś ich pamiętać o starej matce.
Od razu poczułam wstyd. Przecież wiedziałam, że to niesprawiedliwe. Beata była dobra. Zawsze była dobra. Ścisnęłam poręcz mocniej.
— Wiem, że byś przyszła. Nawet chora. Nawet zmęczona — mówiłam dalej, urywanymi zdaniami. – Ty zawsze pamiętałaś.
W głowie pojawiła się Wigilia sprzed lat. Stół uginał się od potraw, Michał kłócił się z Kubą o opłatek, a Beata śmiała się, poprawiając im kołnierze koszul. Pamiętałam ciepło, zapach barszczu i jej dłoń na moim ramieniu.
— Mówiłaś wtedy, żebym usiadła i odpoczęła — szepnęłam. — A ja krzątałam się dalej, jakbym miała czas na wszystko.
Zamknęłam oczy. Cisza odpowiedziała mi milczeniem, do którego zdążyłam się już przyzwyczaić.
— Zostałam sama, córeczko — powiedziałam w końcu, bez gniewu. — I nie wiem, jak się z tym pogodzić.
Stałam jeszcze chwilę, aż chłód wszedł mi w kości. Wróciłam do środka powoli, jakby każde zamknięcie drzwi oddzielało mnie od niej na nowo.
Siedziałyśmy w ciszy
Rano zdjęłam obrus i złożyłam go starannie, jakby to była jakaś ważna czynność, która wymaga skupienia. Filiżanki wróciły do szafki, sernik schowałam do lodówki. Kuchnia znów wyglądała zwyczajnie, aż bolało od tej normalności. Usiadłam na chwilę przy stole i powiedziałam sama do siebie:
— Trzeba się pogodzić. Tylko jak.
Nie miałam już siły udawać. Założyłam płaszcz i wyszłam na klatkę schodową. Drzwi do mieszkania Basi były zamknięte, ale i tak zapukałam. Otworzyła prawie od razu.
— Pani Aniu? Coś się stało?
— Mogę wejść? — zapytałam cicho. — Na chwilę.
Usiadłyśmy w jej kuchni. Zapach kawy był przyjemny, prawdziwy. Basia nic nie mówiła, czekała.
— Byłam sama — powiedziałam w końcu. — Nikt nie przyszedł. Nawet nie zadzwonił.
Głos mi zadrżał, ale nie uciekłam od tych słów.
— Chce pani kawałek sernika? — dodałam po chwili. — Upiekłam… tak po prostu.
Basia spojrzała na mnie uważnie, bez litości, bez współczucia, które boli.
— Chętnie — odpowiedziała. — I może kawę do tego. Posiedzimy chwilę.
Nie powiedziała, że wszystko będzie dobrze. Nie musiała. Siedziałyśmy w ciszy, która tym razem nie była pusta. Po raz pierwszy od dawna nie udawałam niczego. I choć nadal byłam sama, nie czułam się już zupełnie niewidzialna.
Anna, 78 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Dzień Babci dowiedziałam się, że wnuki się mnie wstydzą, bo nie udaję nastolatki. Obejdę się bez ich łaski i badyli”
- „W moim związku od dawna wiało nudą. Mąż był zimny jak lód, więc szukałam ciepła w ramionach innego”
- „Nigdy nie myślałam, że w Dniu Babci wnuki potraktują mnie tak okrutnie. Zamiast dać kwiaty, odebrali mi godność”

