Reklama

Kiedy mój syn przedstawił mi swoją narzeczoną, uśmiechałam się, choć w środku czułam niepokój. Zawsze wierzyłam, że dla jedynego dziecka wybiorę to, co najlepsze – nawet jeśli oznaczało to wtrącanie się w jego decyzje. Nie przypuszczałam, że moja troska zostanie odebrana jak atak, a słowa, które wypowiadałam z przekonaniem, staną się murem między nami.

Miłość to nie wszystko

Oliwia przyszła do nas w niedzielne popołudnie. Przyniosła sernik i ogromny bukiet tulipanów.

– Dzień dobry, pani Renato. Bardzo się cieszę, że w końcu mogę panią poznać – powiedziała cicho, podając mi kwiaty.

Mój syn, Kamil, stał obok niej wyprostowany jak struna. Patrzył na mnie z napięciem, jakby od mojej reakcji zależało coś więcej niż tylko przebieg obiadu.

– Zapraszam – odpowiedziałam uprzejmie. – Rozgość się.

Przez pierwszą godzinę było poprawnie. Oliwia mówiła o pracy w bibliotece, o studiach podyplomowych, o planach wynajęcia większego mieszkania. Słuchałam, ale w głowie krążyła mi jedna myśl: ona była taka zwyczajna. Cicha, mało wyrazista. Mój syn zawsze miał ambicje, chciał podróżować, rozwijać firmę informatyczną. Bałam się, że przy niej utknie w miejscu. Wieczorem, kiedy Oliwia poszła do domu, nie wytrzymałam.

– Synu, naprawdę przemyślałeś tę decyzję? – zaczęłam, zbierając talerze.

– O jaką decyzję chodzi? – zapytał ostrożnie.

– O ślub. Jesteś młody. Masz przed sobą tyle możliwości. Ona… wydaje się miła, ale czy to ktoś dla ciebie?

Odłożył kubek z głośnym stukiem.

– Mamo, kocham ją.

– Miłość to nie wszystko – odpowiedziałam z przekonaniem. – Zasługujesz na kogoś bardziej przebojowego. Kogoś, kto będzie cię inspirował.

Jego twarz stężała.

– A może właśnie ona mnie inspiruje? – zapytał cicho. – Może przy niej jestem sobą?

Nie umiałam tego przyjąć. Widziałam w nim wciąż chłopca, którego prowadziłam za rękę do przedszkola. Byłam pewna, że wiem lepiej. Przez kolejne tygodnie temat wracał. Przy każdej okazji wplatałam drobne uwagi.

– Tak szybko ten ślub… – rzucałam niby mimochodem.

– Nie boisz się, że się pospieszysz? – dopytywałam.

Aż któregoś dnia Kamil przyszedł sam. Usiadł naprzeciw mnie i spojrzał prosto w oczy.

– Mamo, musimy porozmawiać.

Poczułam chłód.

– Jeśli nie przestaniesz podważać mojego związku, ograniczę z tobą kontakt – powiedział stanowczo. – Nie pozwolę, żebyś niszczyła to, co budujemy.

Zabrakło mi słów. Nigdy wcześniej nie mówił do mnie takim tonem.

– Grozisz mi? – wyszeptałam.

– Nie. Stawiam granicę.

Zostałam sama w kuchni, z niedopitą herbatą i myślą, że właśnie zaczęłam przegrywać walkę, którą sama rozpętałam.

Chcę dla niego jak najlepiej

Po tej rozmowie Kamil przestał wpadać bez zapowiedzi. Zawsze dzwonił wcześniej, a czasem odwoływał spotkanie w ostatniej chwili. Tłumaczył się pracą, obowiązkami, przygotowaniami do ślubu. Wiedziałam jednak, że to nie tylko to. Między nami pojawiła się cienka, ale wyraźna linia. Któregoś wieczoru zadzwoniłam do niego sama.

– Dawno cię nie widziałam – powiedziałam, starając się brzmieć lekko.

– Mamo, byłem u ciebie dwa tygodnie temu.

– Dwa tygodnie to długo.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Nie chcę znowu tej samej rozmowy – odezwał się w końcu. – Jeśli mam przyjść, to bez oceniania.

Zacisnęłam usta. W moim przekonaniu nie oceniałam. Chciałam tylko uchronić go przed błędem. Kilka dni później spotkałam sąsiadkę, panią Halinę. Znała Kamila od dziecka.

– Słyszałam, że syn się żeni – uśmiechnęła się szeroko. – Szczęściara z tej dziewczyny.

– Oby – odpowiedziałam wymijająco.

– A pani nie wygląda na zachwyconą – zauważyła z przenikliwością.

Westchnęłam.

– Chcę dla niego jak najlepiej. Mam wrażenie, że on mógłby więcej.

Pani Halina spojrzała na mnie długo.

– A może on chce po prostu spokojnego życia? Nie każdy musi zdobywać świat.

Te słowa nie dawały mi spokoju. Czy rzeczywiście mierzyłam go swoją miarą? Po śmierci męża to ja byłam dla niego całym światem. Wiele poświęciłam, żeby miał dobre studia, wsparcie, start w dorosłość. Może za bardzo utożsamiłam jego sukces z własnym? Niedługo potem Kamil zaprosił mnie na kolację do ich mieszkania. Poszłam z mieszanymi uczuciami. Drzwi otworzyła Oliwia, wyraźnie spięta.

– Dzień dobry, pani Renato – powiedziała, odsuwając się, by mnie wpuścić.

Mieszkanie było niewielkie, ale przytulne. Na stole stały świeczki, a w powietrzu unosił się zapach pieczonych warzyw.

Mam nadzieję, że będzie smakowało – dodała niepewnie.

Usiedliśmy. Rozmowa kleiła się z trudem. W końcu Oliwia odłożyła widelec.

– Chciałabym coś powiedzieć – zaczęła, patrząc raz na mnie, raz na Kamila. – Wiem, że nie jest pani do mnie przekonana. Ale naprawdę kocham pani syna.

Jej głos lekko zadrżał. Kamil ścisnął jej dłoń. Spojrzałam na nich. Byli zespołem. Wspierali się bez słów. I nagle dotarło do mnie, że stoję naprzeciwko nie dziewczyny, lecz kobiety, która buduje z moim synem wspólne życie.

– Ja… – zaczęłam, ale zabrakło mi odwagi, by dokończyć.

Wróciłam do domu z ciężarem w sercu. Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Przypominałam sobie, jak Kamil jako dziecko przybiegał do mnie z każdym problemem. Teraz to ja stałam się problemem. Następnego dnia zadzwonił.

– Mamo, powiedz mi wprost – zapytał zmęczonym głosem. – Czy zaakceptujesz mój wybór?

Wiedziałam, że od tej odpowiedzi zależy więcej, niż chciałam przyznać.

Każdy z nich miał swoje życie

– Czy zaakceptujesz mój wybór? – powtórzył Kamil, gdy milczałam zbyt długo.

Stałam przy oknie i patrzyłam na ludzi wracających z pracy. Każdy z nich miał swoje życie, swoje decyzje. A ja próbowałam sterować życiem dorosłego mężczyzny.

– Nie wiem – odpowiedziałam w końcu szczerze. – Boję się, że się sparzysz.

– A jeśli tak się stanie, to będzie moje doświadczenie – odparł spokojnie. – Nie możesz mnie przed wszystkim ochronić.

Te słowa zabolały. Przez lata byłam jego tarczą. Po rozwodzie z jego ojcem obiecałam sobie, że nic złego go nie dotknie. Może dlatego tak kurczowo trzymałam kontrolę.

– Czuję, jakbyś mi nie ufała – dodał ciszej. – Jakbyś uważała, że nie potrafię wybrać dla siebie dobrze.

Chciałam zaprzeczyć, ale wiedziałam, że właśnie tak było. Kilka dni później zaprosił mnie na przymiarkę garnituru. Poszłam. W salonie krawieckim Kamil stał przed lustrem w ciemnogranatowej marynarce.

– I jak? – zapytał z lekkim uśmiechem.

Oliwia poprawiła mu kołnierz.

– Wyglądasz wspaniale – powiedziała z dumą.

Patrzyłam na nich i nagle zobaczyłam coś, czego wcześniej nie chciałam dostrzec. Ona nie gasiła jego ambicji. Ona je uspokajała. Przy niej był bardziej wyważony, mniej porywczy. To nie była słabość. To była równowaga. Po wyjściu z salonu Kamil zatrzymał mnie na chodniku.

– Mamo, nie chcę wybierać między tobą a Oliwią – powiedział stanowczo. – Ale jeśli będę musiał, wybiorę żonę. Tak powinno być.

Te słowa były jak ostateczny sygnał. Wiedziałam, że nie blefuje. Wróciłam do domu i wyjęłam z szuflady stare zdjęcia. Na jednym trzymałam małego Kamila na rękach. Był cały mój. Ale to było kiedyś. Dzieci nie rodzą się po to, by zostać przy nas na zawsze. Wieczorem zadzwoniłam do Oliwii.

Czy możemy się spotkać? Same – zapytałam.

Zgodziła się bez wahania.

Usiadłyśmy w małej kawiarni. Przez chwilę mieszałam herbatę, zbierając myśli.

– Byłam wobec ciebie niesprawiedliwa – powiedziałam w końcu. – Myślałam, że chronię syna. A tak naprawdę bałam się, że go stracę.

Oliwia spojrzała na mnie uważnie.

– Nie chcę go pani zabierać – odparła łagodnie. – Chcę tylko być obok niego. A pani zawsze będzie jego mamą.

W jej oczach nie było triumfu ani pretensji. Była szczerość. Zrozumiałam wtedy, że mój wybór nie dotyczył dumy czy racji. Dotyczył relacji z własnym dzieckiem. Nazajutrz zadzwoniłam do Kamila.

– Synu – zaczęłam, a głos mi zadrżał. – Akceptuję twój wybór. I przepraszam, że próbowałam nim kierować.

Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem usłyszałam ulgę w jego oddechu.

– Dziękuję, mamo.

Dbajcie o siebie

W dniu ślubu obudziłam się wcześniej niż zwykle, choć całą noc przewracałam się z boku na bok. Sukienka wisiała przygotowana na szafie, a ja stałam przed lustrem i zastanawiałam się, czy naprawdę potrafię puścić syna wolno. W kościele panował cichy gwar. Goście szeptali, ktoś poprawiał kwiaty przy ławkach. Kiedy zobaczyłam Kamila przy ołtarzu, serce ścisnęło mi się mocniej niż kiedykolwiek. Był skupiony, ale spokojny. Dojrzały. Oliwia weszła chwilę później. Podczas życzeń podeszłam do nich jako jedna z pierwszych.

– Dbajcie o siebie – powiedziałam, ściskając ich dłonie. – I pamiętajcie, że zawsze możecie na mnie liczyć.

Oliwia przytuliła mnie mocno.

– Dziękuję, mamo – wyszeptała.

W trakcie przyjęcia Kamil zaprosił mnie do tańca.

– Bałem się, że stracimy dobry kontakt – powiedział nagle.

– Ja też się bałam – przyznałam. – Ale chyba musiałam zrozumieć, że matczyna miłość to nie kontrola.

Spojrzał na mnie z wdzięcznością, której nie da się udawać. Kiedy wróciłam do domu po uroczystości, było cicho. Położyłam kwiaty na stole i usiadłam w fotelu. Czułam pustkę, ale nie była to już rozpacz. Raczej spokojna świadomość, że coś się zakończyło, by mogło zacząć się coś nowego. Kilka tygodni później Kamil zadzwonił z wiadomością, że planują wspólny wyjazd za granicę – krótki projekt zawodowy, nowe doświadczenia. Dawniej odebrałabym to jako zagrożenie. Tym razem uśmiechnęłam się.

– Jedźcie – powiedziałam. – Świat jest większy, niż myślimy.

Odkąd przestałam walczyć, nasze relacje stały się lżejsze. Spotykaliśmy się bez napięcia, rozmawialiśmy o zwyczajnych sprawach. Zrozumiałam, że nie straciłam syna. On po prostu dorósł. Duma ustąpiła miejsca pokorze. A ja wybrałam nie rację, lecz jego.

Renata, 58 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama