Reklama

Zapach chloru. To pierwsze, co przychodzi mi do głowy, gdy myślę o dzieciństwie. Nie zapach pieczonego ciasta, nie perfumy, którymi pachniały mamy moich koleżanek z liceum, ale gryzący, chemiczny odór taniego wybielacza.

Wstydziłam się jej

Jej dłonie były czerwone, spierzchnięte, pokryte siecią drobnych pęknięć, w które wżerał się brud niemożliwy do usunięcia. Mama nie używała rękawiczek. Wieczorami smarowała je grubą warstwą kremu, a ja, leżąc w łóżku w naszym małym, dwupokojowym mieszkaniu w bloku z wielkiej płyty, odwracałam się do ściany. Udawałam, że śpię. Nie chciałam patrzeć na te dłonie. Były dowodem naszej biedy. Były stygmatem.

Mama wstawała o czwartej rano. Pierwsza zmiana: biurowiec w centrum. Druga zmiana: przychodnia. Trzecia zmiana, ta dorywcza, która pozwalała mi kupować markowe jeansy: sprzątanie domów u bogatych ludzi na przedmieściach. Nigdy nie narzekała. Wracała do domu zmęczona, pachnąca tym wybielaczem i potem, a jej oczy, mimo zmęczenia, zawsze szukały moich.

– Zosieńko, jak w szkole? Jadłaś coś ciepłego? – pytała.

– Daj mi spokój, uczę się – rzucałam oschle, zamykając drzwi do swojego pokoju.

Wtedy myślałam, że mam prawo być wściekła na los, na brak ojca, który zniknął, zanim nauczyłam się chodzić, i na nią – na to, że jest tylko sprzątaczką. Że przez nią jestem „tą gorszą”.

Udawałam kogoś lepszego

Dostałam się do prestiżowego liceum, a potem na prawo. To był mój bilet do lepszego świata. Świata, w którym dłonie są gładkie, a zapach chloru zastępuje woń drogiej kawy i perfum. Na studiach poznałam Kamilę, Agatę i Patrycję. Córki lekarzy, prawników, deweloperów. Dziewczyny, dla których wyjazd na narty w Alpy był tak naturalny jak oddychanie. Chciałam być jedną z nich. Desperacko.

Zaczęłam kreować nową rzeczywistość. Mówiłam zdawkowo, że tata nie żyje, a mama zajmuje się logistyką. Brzmiało profesjonalnie, tajemniczo i na tyle ogólnie, by nikt nie drążył. Pieniądze, które mama dawała mi, wypruwając sobie żyły na trzecim etacie, wydawałam na latte w modnych kawiarniach i ubrania z sieciówek, które udawały te od projektantów. Mama wiedziała, że się jej wstydzę. Musiała wiedzieć. Czasem, gdy przyjeżdżała do mnie do akademika z słoikami gołąbków, prosiłam ją, żeby nie wchodziła na górę.

– Spotkamy się na ławce w parku, mamo. Tu jest bałagan, współlokatorki są dziwne – kłamałam.

Ona tylko kiwała głową, poprawiała znoszony płaszcz i uśmiechała się tym swoim smutnym, przepraszającym uśmiechem.

– Dobrze, Zosiu. Jak wolisz.

Wyglądała okropnie

Brałam słoiki, wciskałam jej w policzek buziaka, który parzył, i uciekałam, zanim ktoś ze znajomych mógłby nas zobaczyć. Byłam potworem. Ale najgorsze miało dopiero nadejść. To był drugi rok prawa. Siedziałyśmy z dziewczynami w kawiarni w centrum miasta. Szklane ściany, widok na ruchliwą ulicę, stolik zastawiony drogimi ciastkami. Rozmawiałyśmy o planach na wakacje. I wtedy ją zobaczyłam.

Mama szła chodnikiem po drugiej stronie szyby. Niosła wielką torbę z napisem jakiegoś marketu budowlanego. Włosy wysunęły jej się spod chustki. Wyglądała na potwornie zmęczoną, szarą, jakby wypraną z kolorów. Serce podeszło mi do gardła. „Błagam, idź dalej, nie patrz tutaj” – modliłam się w duchu. Ale los bywa złośliwy. Mama przystanęła, żeby poprawić ciężką torbę, i odruchowo spojrzała w witrynę kawiarni. Nasze spojrzenia się spotkały.

Widziałam, jak jej twarz rozjaśnia się na ułamek sekundy. Zobaczyła swoją córkę, swoją dumę, siedzącą w pięknym miejscu, otoczoną eleganckimi ludźmi. Zrobiła krok w stronę wejścia, unosząc dłoń w nieśmiałym geście powitania.

– O boże, Zofia, patrz na to – parsknęła śmiechem Agata, wskazując na moją mamę. – Jakaś sprzątaczka ci macha. Znasz ją?

Czas zwolnił

W kawiarni zapadła cisza, a przynajmniej tak mi się wydawało. Czułam na sobie wzrok wszystkich trzech dziewczyn. To była ta chwila. Mogłam wstać, wyjść do niej, objąć ją i powiedzieć: „Tak, to moja mama. Najciężej pracująca kobieta, jaką znam”. Mogłam zachować godność.

Zamiast tego, poczułam falę gorącego, paraliżującego wstydu, który dławił mnie w gardle. Spojrzałam na Agatę, potem na mamę za szybą, która wciąż trzymała dłoń w górze, choć uśmiech powoli znikał z jej twarzy, ustępując miejsca konsternacji.

– A, ta? – rzuciłam niedbale. – To taka daleka ciotka. Czasami pomaga nam w domu, sprząta i w ogóle. Jest trochę… no wiecie, prosta.

Słowa zawisły w powietrzu. Ciężkie, lepkie kłamstwo.

– Ciotka-sprzątaczka? – Kamila uniosła brew. – No to współczuję koligacji rodzinnych.

– No, wiesz jak jest. Rodziny się nie wybiera – zaśmiałam się nerwowo.

Mama musiała to wyczuć. Musiała widzieć moją mowę ciała, to jak odwracam wzrok, jak gestykuluję lekceważąco. Opuściła rękę. Przez szybę widziałam, jak jej ramiona opadają, jak cała jej sylwetka kurczy się w sobie. Ten blask w oczach zgasł momentalnie, zastąpiony czymś, co wyglądało jak fizyczny ból. Odwróciła się i odeszła.

Oszukałam je

Myślałam, że o tym zapomnę. Że to był tylko incydent, ale od tego dnia coś między nami się zmieniło. Mama nigdy nie zapytała o tę sytuację. Kiedy zadzwoniłam do niej dwa dni później, jej głos był cichy, matowy.

– Wszystko dobrze, córeczko – mówiła. – Ucz się, ucz. Żebyś nie musiała żyć tak jak ja.

Skończyłam studia. Dostałam pracę w kancelarii. Wyprowadziłam się do dużego miasta, kupiłam mieszkanie na kredyt, zaczęłam nosić garsonki. Poznałam Andrzeja – przystojnego, ambitnego managera z dobrego domu. On nigdy nie poznał mojej mamy.

Wymyślałam tysiące wymówek. Że mama mieszka daleko, że jest specyficzna, że nie lubi podróżować. Kiedy przyjeżdżała do mnie, robiłam to tak, by Andrzeja nie było w domu. Wstydziłam się jej prostego języka, jej spracowanych dłoni, tego, że zachwycała się moją zmywarką jak cudem techniki.

Ignorowałam ją

Ona to akceptowała. Stała się cieniem w moim życiu. Cieniem, który co miesiąc przysyłał mi paczkę z domowym ciastem, choć zarabiałam dziesięć razy więcej od niej.

– Nie musisz mi tego wysyłać, mamo – mówiłam do słuchawki.

– Ale to twoje ulubione, drożdżowe – odpowiadała z nadzieją. – Może przyjedziesz na święta?

– W tym roku lecimy z Andrzejem na Kanary. Przepraszam.

Lecieliśmy na Kanary, bo chciałam uciec od zapachu kapusty z grzybami i widoku jej smutnych oczu w pustym mieszkaniu. Była dla mnie wyrzutem sumienia, którego chciałam się pozbyć.

To działo się trzy lata temu. Byłam u szczytu kariery. Negocjowałam ważny kontrakt. Telefon wibrował na stole. „Mama”. Odrzuciłam połączenie. Zadzwoniła znowu. I znowu. W końcu napisałam szybki SMS-a: „Nie mogę teraz. Oddzwonię wieczorem”. Nie oddzwoniłam. Zapomniałam. Poszłam z zespołem na drinka świętować sukces. Zadzwoniła sąsiadka następnego dnia rano.

– Pani Zosiu… Pani mama… Zabrali ją do szpitala. Zemdlała na klatce schodowej.

Rak. Ukrywała to przede mną.

– Nie chciałam cię martwić, masz tyle na głowie, taką ważną pracę – powiedziała, gdy wpadłam do sali szpitalnej, zszokowana jej wyglądem. Była cieniem człowieka.

Było mi głupio

Przez kolejne miesiące próbowałam nadrobić stracony czas. Ale robiłam to egoistycznie. Płaciłam za prywatną klinikę, kupowałam drogie leki, załatwiałam konsultacje. Myślałam, że pieniędzmi odkupię swoje winy. Że jeśli wydam wystarczająco dużo, zapomnę o tym, że nazwałam ją „ciotką”. Andrzej w końcu poznał prawdę.

– Dlaczego mi nie powiedziałaś, że twoja mama jest taką wspaniałą, ciepłą osobą? – zapytał mnie pewnego wieczoru, gdy wracaliśmy z odwiedzin. – Czemu nas izolowałaś?

Nie potrafiłam mu odpowiedzieć. Bo odpowiedź brzmiałaby: „Bo byłam pustą, zapatrzoną w siebie snobką, która bała się, że uznasz mnie za gorszą”.

Mama odeszła w deszczowy wtorek. Cicho, bez pretensji, tak jak żyła. Trzymałam ją wtedy za rękę. Tę spracowaną rękę, której tak bardzo się brzydziłam przez te wszystkie lata. Teraz całowałam każdy jej palec, błagając w myślach o przebaczenie, którego nie zdążyłam wyartykułować na głos. Kiedy porządkowałam jej mieszkanie, znalazłam w szafie stare pudełko po butach. Było przewiązane wstążką. Myślałam, że to jakieś dokumenty, rachunki. Otworzyłam je i usiadłam na podłodze, czując, jak świat wiruje mi przed oczami.

Mam wyrzuty sumienia

W środku nie było rachunków. Były tam zdjęcia, które drukowała z mojego Facebooka – ja na wakacjach, ja z Andrzejem, ja odbierająca dyplom. Zaczęłam wyć. Siedziałam na podłodze w tym biednym mieszkaniu, ściskając pudełko, które było dowodem na to, że byłam kochana miłością absolutną przez kogoś, kogo traktowałam jak brud za paznokciem.

Ona wiedziała. Przez cały ten czas wiedziała, że się jej wstydzę. I zamiast mieć żal, zamiast zrobić mi awanturę, ona mnie chroniła mnie przed moim własnym sumieniem, biorąc winę na siebie. Zrozumiałam, że całe moje „bogate” życie, te wszystkie sukcesy, torebki i rauty, są nic nie warte. Byłam biedna. Duchowo byłam nędzarzem przy tej prostej kobiecie, która całe życie szorowała cudze podłogi, bym ja mogła chodzić z czystymi rękami.

Na nagrobku kazałam wyryć napis: „Najwspanialszej Mamie – córka”. Ludzie przechodzą, patrzą, pewnie myślą: „O, jaka kochająca córka, taki ładny pomnik postawiła”. Nie wiedzą, że to kolejne kłamstwo w moim życiu. Ten pomnik to nie dowód miłości, to próba przekupienia Boga i własnego sumienia. Moja mama sprzątała po innych całe życie. Czyściła brud, którego nikt nie chciał dotykać. Ale to ja okazałam się tą brudną. Brudną od środka, tam, gdzie nie sięgnie żaden wybielacz.

Odeszła, wierząc, że jestem wspaniała. A ja zostałam tutaj, z prawdą, która mnie zżera. Jestem tylko córką sprzątaczki, która nie dorosła swojej matce do pięt. I to jest jedyna prawdziwa rzecz w moim życiu.

Zofia, 43 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama