Reklama

Nigdy nie narzekałam na brak gotówki. Przez wiele lat byłam główną księgową w dużym zakładzie produkcyjnym na terenie Śląska. Poza tym dorabiałam, prowadząc księgowość mającym firmy znajomym. Nie zarabiałam może kokosów, ale na dostatnie życie zupełnie mi wystarczało.

– Koszmar z tymi autobusami – powiedziała pewnego dnia moja córka, która studiowała w Katowicach i każdego dnia spędzała godzinę w środkach komunikacji miejskiej.

– A może weźmiemy na kredyt jakiś mały samochodzik dla ciebie? – zaproponowałam jej wielkodusznie.

Córka bardzo się ucieszyła, wyściskała mnie i powiedziała, że rozejrzy się w takim razie za jakimś ekonomicznym samochodem w rozsądnej cenie.

– Chyba najlepsza byłaby dla mnie Corsa – powiedziała po kilku dniach porównywania parametrów technicznych i cen.

Zgodziłam się, bo chociaż nie znam się zbyt dobrze na autach, to ten mały miejski samochodzik przypadł mi bardzo do gustu. Niech się dziecko cieszy…

– Może i mnie czasem gdzieś podrzucisz? – zapytałam pół żartem pół serio, na co córka odpowiedziała z uśmiechem, że jak tylko zechcę, zostanie moim kierowcą.

Jakiś czas później młodszy syn zaczął zagadywać, że i jemu przydałby się jakiś pojazd. Pewnie był zazdrosny o siostrę. Mam dwoje dzieci i sprawiedliwość musi być. Bez słowa zgodziłam się więc, żeby wybrał sobie samochód w komisie.

– Nie mam już pieniędzy na auto z salonu, ale używane jakoś spłacę – powiedziałam optymistycznie.

Od tej pory byłam obciążona już dwoma kredytami. Nie powiem, odczułam to, ale nawet mi do głowy nie przyszło narzekać. Brałam po prostu wszystkie zlecenia, które wpadały mi w ręce. Często do późnej nocy ślęczałam nad papierami.

Po jakimś czasie wyszłam znowu na prostą

Kredyty zostały spłacone, jednak zbiegło się to w czasie ze ślubem córki. Musiałam więc znowu zaciągnąć pożyczkę na wesele, a chwilę potem pomóc synowi w usamodzielnieniu się i urządzeniu jego wynajętej kawalerki. No, ale co zrobić? Dzieci to dzieci. Teraz mnie potrzebują,
a kiedyś to ja będę potrzebować ich.

– Kochana jesteś, mamo – mówił syn, kiedy brałam dla niego na raty komplet wypoczynkowy i plazmowy telewizor.

Czułam, że jestem dobrą matką, bo robię wszystko, co w mojej mocy, by moje dzieci były zadowolone i szczęśliwe.

– Kobieto, ręce sobie urabiasz, żeby spełnić ich zachcianki – mówiła z niesmakiem moja serdeczna przyjaciółka, która uważała, że moje dorosłe już dzieci, powinny wziąć swój los we własne ręce i zacząć wreszcie żyć za swoje.

– Gdybyś miała syna albo córkę, też chciałabyś dla nich jak najlepiej – odgryzałam się jej, bo jako osoba bezdzietna nie miała pojęcia, co oznacza być matką.

Przeszłam na emeryturę

Jej słowa dały mi jednak do myślenia. Faktycznie ostatnie lata to dla mnie czas gonienia za pieniędzmi. Wszystko po to, żeby spłacić zaciągane jeden za drugim kredyty. Najpierw na samochody, potem na ślub Joli i mieszkanie Piotrka.

Wielu rzeczy sobie odmawiałam, byle tylko opłacić bieżące rachunki. Od dawna nigdzie nie jeździłam, nie kupowałam ubrań, ani nawet nie chodziłam do fryzjera. Czasem w pobliskiej drogerii zaopatrzyłam się w tubkę farby i nakładałam ją na włosy. Ale wkrótce nawet to sobie odpuściłam. Żal mi było pieniędzy na fanaberie. Przynajmniej swoje…

Moja córka co miesiąc potrzebowała na najdroższego fryzjera. Chociaż była już na swoim, zdarzało się, że kierowała naszą rozmowę na swoje słabe finanse, w rezultacie czego, sięgałam do portfela.

– Kiedy zajmiesz się sobą? – dociekała moja przyjaciółka, która jasno dawała mi do zrozumienia, że ostatnio jako kobieta bardzo się zapuściłam.

– Przyjdzie jeszcze taki czas – machałam lekceważąco ręką, w głębi duszy wierząc, że kiedy moje dzieci mocno staną na własnych nogach, odciążą mnie w końcu finansowo, a może i wesprą jakimś groszem, gdy przejdę na emeryturę.

Zanim się obejrzałam, ten dzień nadszedł. Jak dla mnie zbyt szybko. Nie miałam przecież żadnych oszczędności… „Dam sobie radę, mam przecież sporo znajomych, których obsługuję jako księgowa” – pocieszałam się w myślach.

Jednak moi klienci, jeden po drugim wykruszali się. Ot, taki był wtedy czas. Koniec końców, zostałam z małą emeryturą. Jak łatwo się domyślić, były to marne grosze.

– Teraz to już nie masz z czego zadbać o siebie – powiedziała mi przyjaciółka, która doskonale znała realia, bo sama od lat była na rencie i gdyby nie emerytura jej męża górnika, zupełnie nie miałaby jak związać końca z końcem.

Byłam dobrej myśli

Mam przecież dwoje dzieci, które wychowałam i wykształciłam. Tyle razy im pomagałam. Kiedy będzie trzeba na pewno i ja otrzymam od nich odpowiednią pomoc…

Jednak już kilka dni później przekonałam się, jak bardzo się myliłam. Piotrek, kiedy napomknęłam, że węgiel znów zdrożał, więc chyba nie będę grzała we wszystkich pomieszczeniach, stwierdził, że powinnam sprzedać dom!

– Jak możesz?! Przecież to spadek po twoich dziadkach! – oburzyłam się, bo w ogóle nie brałam tego pod uwagę.

Nie spodziewałam się, że mój syn nie dostrzeże tej drobnej aluzji, za którą kryła się moja prośba o pomoc. Za to uraczył mnie opowieścią, jak to on ma ciężko:

– Musiałem kupić nowego laptopa i wziąć na raty lodówkę, bo stara już do niczego się nie nadawała – wymieniał.

Jola też umyła ręce od pomocy.

– Dałabym ci jakieś pieniądze, ale teraz u mnie strasznie krucho z gotówką – powiedziała z rozbrajającą szczerością.

Byłam rozgoryczona. Moje dzieci miały stałą pracę i nie powodziło im się najgorzej. Mimo to zupełnie nie poczuwały się do odpowiedzialności za matkę emerytkę. Czarę goryczy przelało to, że parę dni później dostałam skierowanie do sanatorium, a z powodu braku pieniędzy musiałam zrezygnować z wyjazdu.

Mogłam być mądrzejsza

– Kupiłam węgiel na cały zimowy sezon – tłumaczyłam przyjaciółce, która nie potrafiła zrozumieć mojej decyzji.

Wyjaśniłam jej, że nie mam ani na bilet do Kołobrzegu, ani na kupienie sobie najpotrzebniejszych rzeczy na taki wyjazd.

– Potrzebowałabym sportową zimową kurtkę, jakieś wygodne buty do dreptania i wygodny dres, a to wszystko kosztuje – żaliłam się jej. – Co mam niby zrobić?

Krysia od razu znalazła rozwiązanie mojego problemu. Kiepskie zresztą.

– Zadzwoń po prostu do dzieci, niech zrobią zrzutkę na wyjazd mamy – powiedziała, jakby nic nie rozumiała.

Zrezygnowana, machnęłam tylko ręką. Kiedy wyszła, usiadłam przy oknie i zasępiłam się. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że inwestując wszystko we własne dzieci, zupełnie zapomniałam o sobie.

Nie miałam ani złotówki odłożonej na przysłowiową czarną godzinę, która to godzina właśnie teraz nadeszła. Gdybym była choć trochę bardziej przewidująca, zabezpieczyłabym się na starość.

Tymczasem jedyne, co mi teraz pozostało, to odwołać wyjazd do sanatorium, spędzić zimę w domu, w którym muszę oszczędzać na grzaniu i robić dobrą minę do złej gry. W najgorszych snach nie spodziewałam się, że moje dzieci tak się odetną od mojej trudnej sytuacji.

– Jakoś dam sobie radę – pocieszam się gorzko, patrząc przez okno i coraz poważniej myśląc o sprzedaży domu, z którym byłam tak związana emocjonalnie i kupieniu sobie jakiegoś małego mieszkanka.

Pieniądze, które uzyskałabym z tej transakcji, ulokowałabym na jakiejś lokacie, żebym już nigdy ani Joli, ani Piotrka nie musiała prosić o pomoc. Zbyt jestem dumna, by po raz kolejny przeżywać takie upokorzenia. Kryśka miała rację: czas pomyśleć o sobie! Bo jak pokazały ostatnie dni, na dzieci nie mogę zupełnie liczyć.

Aniela, 70 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama