„Byliśmy razem 9 lat. Ja po cichu liczyłam na ślub, on z dnia na dzień zostawił mnie dla innej”
„Wrócił z pracy około dziewiętnastej. Zjadł coś w biegu, jakby tylko po to, żeby móc powiedzieć, że już jadł. Potem zdjął marynarkę i bez słowa usiadł na fotelu. Wzięłam książkę, udawałam, że czytam, ale czułam, że coś wisi w powietrzu. Cisza była ciężka, inna niż zwykle. Po chwili powiedział, żebym usiadła obok”.

Mam stabilną pracę, własne mieszkanie, codzienny rytm — wszystko to idealnie poukładane. Zawsze uważałam się za osobę, która wie, czego chce. Od dziewięciu lat byłam z Krzyśkiem. Dziewięć lat… to przecież prawie jak małżeństwo, tyle że bez obrączek. Ale wierzyłam, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Krzysiek nigdy nie należał do tych, co się śpieszą. On miał swoje tempo. Mówił: „Wszystko w swoim czasie, Ewka”. A ja czekałam. Przekonywałam się, że dojrzali ludzie tak właśnie żyją, bo nie muszą sobie niczego udowadniać.
Mieszkaliśmy razem od pięciu lat, w dwupokojowym mieszkaniu na Ochocie, które sama kupiłam na kredyt. On się dołożył do remontu, urządzania — byliśmy partnerami. Tak myślałam. Mieliśmy swoje rytuały: niedzielne śniadania, wspólne zakupy, wieczorne seriale, planowanie wakacji. A te rozmowy o ślubie? O dzieciach? Były. Niedokończone, ale były. Zawsze gdzieś pomiędzy „teraz to nie jest dobry moment” a „może po urlopie”. Ja czekałam. On mówił, że dojrzeje.
Tydzień temu byliśmy w IKEI. Planowaliśmy nową kuchnię, bo ta, którą robiliśmy jeszcze na początku, przestała nam się podobać. „Wiesz, myślałem, żeby zrobić tu wyspę” – mówił, pokazując palcem projekt. Ja się uśmiechałam, układałam to nowe życie w głowie. A potem pojechaliśmy do mojej mamy na rosół. Jak zawsze. Normalnie.
W poniedziałek wyjechał służbowo do Katowic. Trzy dni. Dzwonił rzadziej niż zwykle. Mówił, że ma dużo roboty. Po powrocie był dziwny. Zamknięty. Mało mówił, chociaż gotował kolację. Pomyślałam: pewnie to coś w pracy, może jest zmęczony. Przytuliłam się do niego. Odwzajemnił uścisk, ale jakby obojętnie. Nie drążyłam. Nie chciałam być tą, co „znowu coś sobie wymyśla”. A potem nadszedł czwartek.
Przeszłam się kilka kroków
Wrócił z pracy około dziewiętnastej. Zjadł coś w biegu, jakby tylko po to, żeby móc powiedzieć, że już jadł. Potem zdjął marynarkę i bez słowa usiadł na fotelu. Wzięłam książkę, udawałam, że czytam, ale czułam, że coś wisi w powietrzu. Cisza była ciężka, inna niż zwykle. Po chwili powiedział, żebym usiadła obok. Zrobił to spokojnie, jakby miał mi przeczytać jakiś raport.
— Ewa, musimy porozmawiać.
Patrzyłam na niego, próbując odczytać coś z jego twarzy. Nie wyglądał na złego, raczej... zimnego. Zdystansowanego.
— Poznałem kogoś. I... chcę być z nią.
Zaczęłam się śmiać. Naprawdę. Głośno, nerwowo. Myślałam, że żartuje. Kiedy jednak nie zareagował, zamarłam.
— Co ty mówisz?
— Nie chcę cię oszukiwać. To się stało. Nie planowałem tego. Ale wiem, że chcę z nią być.
Serce zaczęło mi łomotać. Wstałam. Przeszłam się kilka kroków. Nie docierało do mnie to, co właśnie powiedział.
— Ale jak? My przecież... Dopiero co byliśmy w IKEI.
— Właśnie. I wtedy już wiedziałem.
— Wiedziałeś i remontowałeś ze mną kuchnię?
Patrzył na mnie, nie spuszczał wzroku. Było w nim coś, czego nigdy wcześniej nie widziałam. Chłód. Taki, który nie zostawia miejsca na pytania.
— To nie twoja wina. Nic nie zrobiłaś źle.
— Przestań. Nie mów mi tego jak z poradnika. Dziewięć lat... Po dziewięciu latach tak się po prostu wychodzi?
— To nie było proste.
— Nie? Mówisz to tak, jakbyś odczytywał wiadomość pogodową. Spokojnie, beznamiętnie.
Milczał. Nie zamierzał mnie przekonywać, nie chciał słuchać. Nie było w nim ani krzty wahania. Już podjął decyzję. Ja miałam tylko ją przyjąć. Poczułam się jak ktoś, kogo właśnie pozbawiono prawa głosu. Dziewięć lat zostało sprowadzone do trzech zdań i spojrzenia, które nie znało już mojej twarzy.
Zacisnęłam szczęki
Pojechałam do Magdy tego samego wieczoru. Nie miałam siły być sama w tym mieszkaniu. Wszystko w nim pachniało Krzyśkiem. Jego płynem po goleniu, jego koszulką rzuconą na oparcie krzesła, jego butami zostawionymi w przedpokoju jakby miał za chwilę wrócić. Wiedziałam już, że to nie nastąpi, ale ciało jeszcze nie nadążało za głową. Drżały mi ręce, jakbym wciąż czekała, że zadzwoni, że powie, że to pomyłka.
Magda otworzyła drzwi i od razu mnie przytuliła. Nie musiałam nic mówić. Wszystko musiało być wypisane na mojej twarzy. Usiadłyśmy w kuchni. Ona włączyła czajnik, ale żadna z nas nie miała ochoty na herbatę.
— Co za drań — rzuciła po chwili. — Powiedział to tak po prostu?
— Spokojnie. Nawet się nie zająknął. Jakby rozmawiał ze współlokatorką o podziale rachunków.
— I co teraz?
— Nie wiem. Nie potrafię się w tym odnaleźć. Jeszcze tydzień temu planowaliśmy kuchnię.
Magda pokręciła głową i patrzyła na mnie, jakby coś analizowała.
— Ewa... A ty naprawdę myślałaś, że on chce ślubu?
Zamarłam.
— Przecież mówił...
— Nie. On nic nie mówił. To ty mówiłaś. A on tylko nie zaprzeczał. Siedział cicho. Od lat uciekał od odpowiedzialności. A ty udawałaś, że to jego „tempo”.
Zacisnęłam szczęki. Coś się we mnie zbuntowało.
— Nie. To nie było tak. On po prostu potrzebował czasu.
Magda spojrzała na mnie twardo.
— Albo po prostu nie chciał być z tobą do końca. Sorry, ale ktoś musi ci to powiedzieć.
Poczułam, jak coś mnie przeszywa. Jakby mnie uderzyła, ale nie fizycznie. Słowa wbiły się we mnie głębiej niż się spodziewałam. Chciałam się bronić, ale nie miałam argumentów. Wszystko, co mówiła, było logiczne. Prawdziwe.
— Przez dziewięć lat... Nie zapytał ani razu, co dalej. A ty? Czekałaś, aż dojrzeje. Aż się obudzi. A on co? Poszedł sobie. I tyle.
Nie odpowiedziałam. Już nie miałam siły. Zaczęłam płakać. Cicho, z głową wtuloną w ręce. Magda podsunęła mi chusteczkę i nic nie mówiła. Może zrozumiała, że powiedziała za dużo. A może wiedziała, że już nie trzeba nic więcej mówić.
Zamknęłam oczy
Kasia mieszkała dwa bloki dalej. Poszłam do niej rano, w sobotę. Nie zadzwoniłam wcześniej. Weszłam bez słowa, bez makijażu, w dresie. Patrzyła na mnie przez kilka sekund, zanim w końcu powiedziała:
— No. W końcu.
— W końcu co?
— W końcu przestałaś udawać, że wszystko jest dobrze. Chcesz kawy?
Skinęłam głową. Usiadłam przy stole w kuchni, tym samym, przy którym kiedyś snułyśmy plany, że razem wyjedziemy na Islandię. To był jej plan. Mój miał na imię Krzysiek. I się posypał.
Kasia postawiła przede mną filiżankę i usiadła naprzeciwko.
— Mów.
— On mnie zostawił.
— Wiem. Domyśliłam się. Już od dawna coś mi śmierdziało.
— Dlaczego nic nie powiedziałaś?
— Bo nie słuchałaś. W twoim świecie wszystko miało być idealne. A Krzysiek... On nie był gotowy nawet na wspólne wakacje z twoją rodziną, nie mówiąc o ślubie. Przecież zawsze miał wymówki.
— Nieprawda. Po prostu nie lubił tłumów. To nie znaczy, że mnie nie kochał.
— Ewa... — westchnęła. — Faceci tacy są. Byle coś nowego się pojawi i już są zakochani. Zero odpowiedzialności. Serio myślałaś, że on kiedyś się oświadczy? Przecież on się nawet nie angażował w wybór zasłon do sypialni. Pamiętasz? „Jak chcesz, mnie wszystko jedno”. To było jego hasło życiowe.
— Ale ja go znałam. Znałam go przez dziewięć lat.
— Znałaś wersję, którą ci pokazywał. A ta druga... no cóż, właśnie się wyprowadziła. I teraz się jej trzyma. Bo jest nowa, pachnąca, jeszcze się nie zdążyła znudzić.
Zamknęłam oczy. Nie mogłam tego słuchać, ale też nie potrafiłam odejść. Wiem, że Kasia mówiła z troski, ale jej słowa były jak nóż. I wbijała go celowo.
— Zawsze mu odpuszczałaś. Bo był zmęczony. Bo miał projekt. Bo nie lubi mówić o emocjach. A teraz? Proszę bardzo. Znalazł taką, która mu się „lepiej układa”.
— Przestań. Naprawdę.
— Nie chcę ci dokładać, Ewa. Tylko... przestań siebie usprawiedliwiać. Przestań jego usprawiedliwiać. Zacznij myśleć o sobie.
Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na parującą kawę i czułam się jak gość w cudzym życiu. Niby znałam te ściany, ten zapach, tę siostrę. Ale nie poznawałam siebie. I chyba w końcu dotarło do mnie, że nie tylko Krzysiek mnie zostawił. Ja sama siebie zostawiłam wiele lat temu, czekając, aż on „dorośnie”.
Nie miałam siły iść do salonu
Wróciłam do mieszkania po dwóch dniach. Magda nalegała, żebym została dłużej, ale miałam dość jej mieszkania, jej zielonych zasłon, jej troski, jej chłopaka, który przewracał oczami, kiedy znowu zostawałam na noc. Nie miałam już dokąd uciec. W domu było cicho. Nawet za cicho.
W lodówce stała butelka białego wina, niedopita od zeszłego tygodnia. Pół szklanki mleka, światło przygaszone. Ale to nie to mnie uderzyło. Na drzwiach, pod magnesem z Mazur, przy którym zwykle trzymałam listę zakupów, znalazłam kartkę. Rozpoznałam charakter pisma Krzyśka: „Nie chcę dramatów. Wiem, że to boli, ale muszę być uczciwy. Miałem do ciebie szacunek. Dziękuję ci za wszystko, naprawdę. Krzysiek”.
To było wszystko. Dwa zdania. Żadnego „przepraszam”. Żadnego „kocham”. Żadnego „wrócę”. Tylko „Miałem do ciebie szacunek”. Jakby mówił o odejściu z pracy, nie o końcu dziewięciu lat życia.
Usiadłam na podłodze w kuchni. Nie miałam siły iść do salonu. Nie płakałam. Patrzyłam na kartkę i powtarzałam w głowie każde słowo, jakby miało to coś zmienić. Ale to się już stało. To już było.
Zamknęłam oczy i zobaczyłam nas w Toskanii, na tym małym tarasie z widokiem na winnicę. Jak pije kawę i mówi: „Tu moglibyśmy kiedyś wrócić”. Albo jak leżeliśmy na kanapie po przeprowadzce, wśród kartonów, jedząc pizzę z kartonu. Te małe rzeczy, które kiedyś wydawały się oczywiste, teraz wyglądały jak sen. Obojętny, nierealny, nie mój. Wzięłam kartkę do ręki i zgięłam na pół. Potem jeszcze raz. I jeszcze. W końcu nie zostało z niej nic poza grubym kwadratem, który cisnęłam do szuflady z bateriami i przeterminowaną gwarancją na ekspres.
— Człowiek potrafi być tak blisko drugiego... i jednocześnie pozostawać tak ślepym — powiedziałam na głos, sama do siebie.
Stanęłam przed lustrem
Zobaczyłam ją przypadkiem. Nie szukałam. Wcale nie chciałam jej widzieć. Weszłam na Facebooka, bo Magda wysłała mi jakiś głupi filmik z psami w czapkach. Pod spodem był komentarz Krzyśka. Jego profil, jego zdjęcie. Kliknęłam. I właśnie tam była — Sylwia. Zdjęcie zrobione na jakiejś łące, ona w długiej sukience, uśmiechnięta, z rozpuszczonymi włosami. W podpisie: „Nowy początek”. On jej odpisał: „W końcu wiem, że jestem na właściwym miejscu”.
Zatkało mnie. To nie była pomyłka. Nie grał na dwa fronty. On naprawdę odszedł. Naprawdę miał „nową”. I to nie był nikt przypadkowy. Sylwia istniała. Nie była mglistą ideą, impulsem, błędem. Była realna. Miała profil, miała twarz, miała Krzyśka. Zaczęłam przeglądać dalej. Zdjęcia z jakiegoś weekendu. On obejmujący ją w kuchni. Ona śmiejąca się z kubkiem kawy. On z gitarą. Ona z jego psem — naszym psem, który od zawsze nie znosił obcych. Nie wyglądało to jak początek. Wyglądało jak coś, co trwa od miesięcy.
Zamknęłam komputer, ale obrazy zostały. Nie potrafiłam przestać o niej myśleć. Jaka była? Czego jej nie powiedział, skoro potrafił tak łatwo powiedzieć mi wszystko? Ile jej obiecał, czego nie obiecał mnie? Stanęłam przed lustrem. Zaczęłam się porównywać. Ona była młodsza. Ładniejsza? Nie wiem. Inna. Miała ten uśmiech, który ludzie lubią. Taki lekki, swobodny. Nie miała zmarszczek od zmartwień, które zostają, kiedy dziewięć lat nosisz związek na własnych plecach.
Wtedy poczułam to, czego się najbardziej wstydziłam. Zazdrość. Nie o Krzyśka — o nią. O to, że dostała moje miejsce, moje życie. Że teraz to ona jest tą „na zawsze”. Choć wiem, że on tego nigdy nie powiedziałby głośno. Zamknęłam oczy. Przyszłość, którą budowałam, zniknęła. Została tylko reszta mojego życia, bez planów, bez niego. Bez tej naiwnej wiary, że miłość wystarczy.
Ewa, 33 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Ferie w górach miały nas zbliżyć, ale mąż wolał żarciki z koleżanką. Nie było mi do śmiechu, gdy poznałam prawdę”
- „Ojciec nie mógł się nachwalić mojego brata, a mnie zawsze miał za życiowego nieudacznika. W końcu role się odwróciły”
- „Mąż wyjechał w delegację, a ja zakochałam się w mężczyźnie, który zapytał, czy nie marznę. Potrzebowałam takiej troski”

