Reklama

–Jedź, przynajmniej zarobisz. A po dyżurach będziemy chodzić na plażę. Chyba lepiej niż siedzieć w domu i czekać na cud? A może właśnie tam poznasz fajnego faceta? Włosi uważają, że Polki są super!

Nie podzielałam entuzjazmu mojej przyjaciółki. W ogóle, od dwóch lat, było mi trudno o entuzjazm czy choćby o uśmiech. Od rozstania z Wojtkiem nie mogłam się pozbierać. Nic mnie nie cieszyło, nic nie pociągało. Chyba wpadłam w depresję. Może dlatego, że Wojtek był moją wielką miłością, a jego nieoczekiwany powrót do, rzekomo byłej, żony, ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewałam. Wciąż czułam się wewnętrznie poharatana i zamknęłam się w sobie jak żółw w skorupie.

Jednak Marzena była uparta. Tak długo wierciła mi dziurę w brzuchu, aż się zgodziłam. Miesiąc później siedziałyśmy już w autobusie jadącym do kurortu na włoskim wybrzeżu. Marzena załatwiła nam pracę kelnerek w hotelu, całkiem dobrze płatną. Zmiana zaczynała się rano i kończyła późnym wieczorem, ale miałyśmy przerwy, a hotel był pięćdziesiąt metrów od morza.

Szybko przyzwyczaiłam się do planu tygodnia: pobudka, praca na zmianę z plażą, potem sen i znów od początku. Dobrze mi to robiło. Nie miałam czasu na zbędne rozmyślania, a słońce i morska woda zaczęły sprawiać, że znów wyglądałam na młodą kobietę.

Nie mieli u mnie szans

– Dasz się zaprosić na wino? Pojedziemy moim skuterem. A może chcesz poznać moich rodziców? Zabiorę cię na obiad, a potem pójdziemy potańczyć… – Giovanni był pewny siebie i bezpośredni – jak wszyscy Włosi. Był też przystojny i pełen seksapilu.

Niestety, ja nigdy nie kochałam się w stereotypowym „fryzjerze z Palermo”. Ani typ urody, ani sposób bycia Włochów – gadatliwych, namiętnie gestykulujących – nie pociągał mnie. Zawsze wolałam chłodnych blondynów o powściągliwym sposobie bycia. Dlatego Gianni, Carlo i Francesco, bo było ich trzech, nie mieli u mnie większych szans.

– Czy ty nie jesteś trochę za bardzo wybredna? Nie musisz od razu wychodzić za mąż, ale jakiś romans na pewno dobrze by ci zrobił… – Marzena już w dwa tygodnie po naszym przyjeździe zawarła bliższą znajomość z niejakim Lucą.

Luca wyglądał na kompletnie zakochanego, a Marzena zaczęła się starać o przedłużenie swojego kontraktu… Ja, po umówionych dwunastu tygodniach, zamierzałam jednak wrócić do domu. Czas zleciał szybko. Kiedy do końca został mi już tylko tydzień, zamiast pójść na plażę, wyruszyłam do miasteczka, żeby kupić jakieś drobiazgi dla siostry i jej dzieci.

Zobaczyłam ją pod pizzerią. Była młoda, mogła mieć rok, najwyżej dwa lata. Wyglądała na jamnika lub coś bardzo podobnego. Wyraźnie przestraszona, biegała od człowieka do człowieka, obwąchując wszystkich z nadzieją. Kiedy mnie zobaczyła też podbiegła. Pochyliłam się, żeby ją pogłaskać, zaczęła lizać mnie po twarzy. Rozejrzałam się wokoło – nikt nie zareagował. Weszłam do restauracji zapytać, czy to może ich pies. Miły właściciel zaprzeczył, a potem obszedł nawet gości z tym pytaniem. Na darmo. Nikt w okolicy nie znał zwierzęcia. Zgubiła się albo została celowo porzucona…

Większość pasażerów stanęła po mojej stronie

Nie wiem jak to się stało, ale wyczuła we mnie szansę. Kiedy odwróciłam się i próbowałam odejść w swoją stronę, ruszyła za mną głośno płacząc. Zabiegała mi drogę, siadając przede mną na chodniku. Wzywała pomocy, a ja właśnie znalazłam się w tym akurat miejscu i czasie. Jestem tu sama, półtora tysiąca kilometrów od domu, pracuję. Przecież nie zabiorę psa do Polski…

A jednak nie umiałam jej zostawić. Zrozumiała to od razu. Gdy szłam na kwaterę, biegła przy nodze, nie odstąpiła mnie ani na krok. Może mi się wydawało, ale w oczach miała szczęście… Właścicielka naszej kwatery jakoś zaakceptowała przybycie psa. W hotelowej kuchni dziewczyny odkładały całkiem niezły zestaw smakowitości.

Nazwałam ją Margarita, w skrócie Rita – poznałyśmy się przecież pod pizzerią. Spała pod moim łóżkiem. Kiedy szłam do łazienki, biegła za mną. Kiedy wracałam z pracy, płakała z radości.

Kupiłam smycz i obrożę. Codziennie, w każdej wolnej chwili, wędrowałam z Ritą po miejscowości, pytając dosłownie wszędzie, daremnie szukając kogoś, kto by ją rozpoznał. Nie pomogły też ogłoszenia rozklejone na płotach. Powoli utwierdzałam się w swoim podejrzeniu. Ktoś zapewne wyrzucił ją z samochodu w drodze na wakacje. Jak zabawkę…

Dzień przed terminem wyjazdu kupiłam turystyczną torbę. Mój osobisty bagaż zmieścił się w dwóch walizkach. Na dnie torby położyłam duży ręcznik. W kieszeni obok schowałam miskę, paczkę karmy i butelkę z wodą. Marzena i Luca odprowadzili mnie. Marzena zagadywała kierowcę, Luca podawał moje walizki do luku bagażowego, a ja wsiadałam do autobusu z Ritą ukrytą w „podręcznej” torbie. Modliłam się, żeby nie zaczęła szczekać…

Awantura odbyła się na pierwszym przystanku, kiedy musiałam już wypuścić Ritę na trawę. Wściekły kierowca był gotów zostawić mnie z psem na parkingu, ale większość pasażerów, wzruszonych losem Rity, stanęła po mojej stronie. Reszta podróży upłynęła bez większych kłopotów. Kiedy dotarłyśmy do domu, Rita obwąchała każdy kąt, a potem zasnęła i spała dziesięć godzin. Dla niej ta podróż była jeszcze większym stresem niż dla mnie…

Rita nie była porzucona

Posiadanie młodego psa wyrwało mnie z bezruchu, w którym tkwiłam od pewnego czasu. Rita potrzebowała ruchu, zabawy i masy czułości. Szybko stała się dla mnie kimś, bez kogo nie wyobrażałam sobie życia. Świadomość, że mogłam jej pomóc, i że jestem komuś bardzo potrzebna, też nie była bez znaczenia. Po kilku miesiącach miałam wrażenie, że znamy się od zawsze…

Właśnie wtedy odebrałam połączenie z Włoch. Telefonowała menedżerka hotelu, w którym pracowałam, była z nią też Marzena, pomagała tłumaczyć. Słuchałam i nie mogłam w to uwierzyć…

Moja Rita nie była porzuconym psem. Miała właściciela, inżyniera z Norwegii, który budował wielki hotel po drugiej stronie zatoki. Kiedy Norweg był na budowie, pies zostawał pod opieką wynajętego do tej pracy nastolatka. Jednak któregoś dnia chłopak nie dopilnował Wilmy.

Norweg szukał jej wszędzie, ale po swojej stronie zatoki. Nie przyszło mu do głowy, że Wilma mogła przekroczyć dzielące zatokę ujście rzeki… Właściwie pogodził się już z utratą psa, ale, kilka dni wcześniej, zupełnie przypadkowo był w okolicy „mojego” hotelu. Na jakimś płocie zobaczył ogłoszenie. Wszyscy natychmiast przypomnieli sobie cudzoziemkę, która szukała właściciela psa. Ktoś skojarzył mnie z hotelem, a potem już poszło łatwo…

Nie umiem opowiedzieć, jak strasznie się poczułam. Pokochałam już Ritę i teraz mam ją stracić?! Jak rok wcześniej Wojtka…

Byłam zła na tego Norwega. Skoro nie umiał dopilnować psa, niech teraz mi ją zostawi! Z drugiej strony, Rita była jego pewnie od szczeniaka i z pewnością bardzo przeżył jej zaginięcie. Musiał być szczęśliwy, kiedy okazało się, że żyje. I teraz miałby jej nie odzyskać?

Norweg powiedział, że przyleci po Wilmę w najbliższy weekend. Powiedziałam, że oczywiście będę czekała, podałam adres, wytłumaczyłam jak dojechać i zalałam się łzami. Rita też chyba coś wyczuła, bo tego wieczoru wskoczyła mi do łóżka i przez następne trzy noce nie dała się z niego wyrzucić.

Był facetem w moim typie – wysoki blondyn

W sobotę od rana byłam potwornie przygnębiona. Jednak kiedy Lars, z wielkim bukietem kwiatów, stanął przed bramą, Rita wydała z siebie coś w rodzaju gwałtownego szlochu i pędem ruszyła w jego stronę.

Kiedy go wpuściłam, nastąpił festiwal psich pocałunków. On też miał ochotę się rozpłakać, chyba tylko ze względu na obecność kobiety jakoś się powstrzymał. Nie miałam racji chcąc zatrzymać Ritę. Tych dwoje bardzo się kochało. A ja po prostu zrobiłam dobry uczynek…

Lars przedstawił się i bardzo elegancko pocałował mnie w rękę. Ktoś musiał mu powiedzieć, że w Polsce jeszcze pokutuje taki zwyczaj. Wręczył mi kwiaty, a ja zaprosiłam go na kawę i ciasto. Mój angielski jest dość marny, ale jakoś się dogadywaliśmy. Opowiedziałam historię znalezienia Rity, poszukiwań właściciela, podróży do Polski. Słuchał bardzo uważnie i co chwilę rzucał w stronę Rity zakochane spojrzenia. Wrażliwiec. W ogóle nie spodziewałabym się tego po Norwegu…

Chyba wspólna miłość do Rity sprawiła, że czułam się całkiem nieźle w jego towarzystwie. Kiedy minęły pierwsze emocje, zauważyłam, że jest atrakcyjnym facetem. Zdecydowanie wysoki, szczupły blondyn z niebieskimi oczami – typ, jaki zawsze lubiłam. Uznałam, że zbliża się do czterdziestki, a więc jest tylko kilka lat ode mnie starszy.

Nie wiem, co mi strzeliło do głowy, kiedy zapytałam:

– Twoje dzieci pewnie się bardzo ucieszą. I żona… Już kiedy to powiedziałam, zrozumiałam, że popełniłam idiotyczną niezręczność. Przecież Rita była z nim na budowie za granicą, psem zajmował się wynajęty chłopak… Lars spokojnie wyjął z portfela fotografię dwojga sympatycznych nastolatków.

– Mieszkają z moją byłą żoną w Kanadzie. Odeszła ode mnie trzy lata temu. Jest dobrą matką… Ale dzieci odwiedzają mnie w wakacje. A ty? Masz dzieci?

Zamiast powiedzieć coś ogólnego, opowiedziałam o Wojtku i moich złudzeniach, że właśnie zakładam rodzinę… Dlaczego nagle rozmawiałam z obcym facetem o swoich prywatnych sprawach?! Po dwóch godzinach Lars przeprosił, powiedział, że jeszcze tego dnia mają, on i Wilma (bo tak naprawdę nazywała się moja Margarita), samolot do Oslo. Zamówiłam taksówkę.

Kiedy Lars zaproponował, że pokryje koszty utrzymania Rity przez te miesiące, żachnęłam się. Kiedy ją przygarniałam, nie liczyłam na zwrot kosztów…

Był chyba bardzo zaskoczony, ale natychmiast wycofał się z pomysłu. Już rano spakowałam Ritę. Przyniosłam torbę, w której przyjechała do Polski, a w niej jej ulubiony kocyk, miskę, kilka zabawek…

Trzymałam się ostatkiem sił. Uściskałam Ritę, pożegnałam się z Larsem, życząc mu wszystkiego dobrego. Obiecał, że przyśle wiadomość i zdjęcia Rity. Nie byłam pewna, czy tego chcę…

Kiedy podjechała taksówka, otworzyłam bramę. Lars podszedł do samochodu i zawołał Wilmę. Natychmiast pobiegła za nim. Zrobiło mi się przykro. A więc, po tylu miesiącach, nawet nie jest jej trochę żal… Lars otworzył drzwi taksówki i zaczął, już po norwesku, tłumaczyć, żeby wskoczyła do środka.

Zaproponowałam, żeby zamieszkał u mnie

I wtedy wydarzyło się coś zdumiewającego. Rita spojrzała w stronę naszego domu i zaczęła podskakiwać. Kiedy Lars pochylił się do niej, serdecznie polizała go językiem po twarzy, po czym nagle odwróciła się i pędem ruszyła w moją stronę…

Przytuliłam Ritę, wycierając łzy jej uszami, ale natychmiast wzięłam się w garść i tym razem sama zaniosłam ją do taksówki.

Rita jednak natychmiast z niej wyskoczyła. Raz, drugi, trzeci… Zrobiliśmy jeszcze jedną próbę.

Taksówkarz odjechał za róg, a Lars poszedł piechotą, wołając Wilmę. Radośnie pobiegła za nim. Kiedy zniknęli za rogiem, pomyślałam, że już jest po wszystkim, ale w sekundę później zobaczyłam Ritę gnającą ile tchu w stronę domu…

– Wystarczy – powiedział Lars.– Nie wezmę jej. Nie w ten sposób.

Starałam się oponować: – Ona cię kocha, tylko się do mnie przyzwyczaiła. Nie możesz też, tak po prostu, zrezygnować…

Lars jakoś zdołał zebrać się w sobie. – Mam pomysł. Jeżeli się, oczywiście, zgodzisz… Za dwa miesiące kończę kontrakt we Włoszech i mam miesiąc urlopu. Przyjadę do Polski, będę przychodził do was codziennie – przez kilka dni, może tydzień, czy dwa… Jeżeli przez ten czas Wilma uzna, ze chce do mnie wrócić, zabiorę ją. Jeżeli nie – zostanie z tobą na zawsze. Wiem, proszę o zbyt wiele. Robię ci duży kłopot i stres… Masz pełne prawo powiedzieć „nie”.

Powiedziałam „tak”. Sprawy zaszły zbyt daleko, żeby iść na skróty.

Przez dwa następne miesiące Lars regularnie telefonował, wysyłał kartki. Jedną z nich – na moje urodziny. Przyjechał w czerwcu – akurat zaczęło się piękne lato. Zatrzymał się w hotelu, chodził z Wilmą na długie spacery po lesie, bawił się w ogrodzie. To dziwne, ale nie miałam kłopotu z zostawieniem mu kluczy. Po pięciu dniach zaproponowałam, żeby zamieszkał u nas. W domu było dość miejsca – niepotrzebnie wydawał taką masę pieniędzy.

Od tego momentu przypomniałam sobie dużo angielskich słów, zapomnianych od czasów szkoły.

Okazało się, że Lars świetnie gotuje i że lubimy tę samą muzykę. Któregoś dnia uznał, że nie może aż tak nadużywać mojej gościnności. Zaproponował, żebym wzięła urlop, żebyśmy zabrali Ritę i pojechali na Mazury. Tam odkryliśmy, że oboje kochamy jeziora i kajaki. A potem odkryliśmy coś jeszcze…

Miesiąc urlopu Larsa był najlepszym moim miesiącem od dwóch lat. A kiedy się skończył, Rita nie musiała już niczego wybierać i teraz jest po prostu szczęśliwym psem. Nasz syn, Olaf, też ją bardzo kocha. Kiedyś, kiedy będzie starszy, opowiemy mu historię Rity – a właściwie naszą.

Czytaj także:
„Przyjaźń damsko-męska? Nie, dziękuję. Wypłakiwałam się przyjacielowi, a on chciał zniszczyć mój związek i mnie zaliczyć”
„Miałam męża i dzieci, ale gdy wróciła moja pierwsza miłość, bez wahania odeszłam. To najlepsza decyzja mojego życia”
„Mąż odszedł do innej, a kiedy wrócił, przyjęłam go z powrotem. Koleżanki pukają się w czoło, a ja po prostu go kocham”

Reklama
Reklama
Reklama