Reklama

Są sytuacje, które na początku wydają się błahe, a dopiero z czasem układają się w obraz, który wszystko burzy. Tak właśnie było podczas tamtych ferii. Miały być chwilą oddechu, ucieczką od obowiązków i napięć. Zamiast tego zostały naznaczone nerwowym dźwiękiem telefonu, szeptami i moim rosnącym poczuciem, że coś wymyka mi się spod kontroli.

Miałam dość telefonów

Od pierwszego dnia ferii coś zgrzytało. Siedzieliśmy w wynajętym domku, jeszcze w kurtkach, kiedy telefon Piotra zadzwonił po raz pierwszy. Zerknął na ekran i odruchowo odwrócił się plecami do mnie.

To z pracy – rzucił szybko, jakby uprzedzając moje pytanie.

Nie odpowiedziałam. Rozpakowywałam torby, tłumiąc w sobie irytację. Obiecywał, że tym razem naprawdę odetnie się od pracy. Że to tylko my, cisza i kilka dni bez pośpiechu. Telefon ucichł, ale napięcie zostało. Wieczorem sytuacja się powtórzyła. Siedzieliśmy przy stole, herbaty parowały w kubkach, a on znów wyszedł na ganek. Drzwi zamknął za sobą zbyt ostrożnie.

– Piotr, naprawdę musisz? – zawołałam.

– Zaraz wracam – odpowiedział, ściszonym głosem.

„Zaraz” przeciągnęło się do dwudziestu minut. Patrzyłam przez okno na jego sylwetkę, jak chodził tam i z powrotem. Raz się uśmiechnął. To było jak ukłucie. Gdy wrócił, był wyraźnie ożywiony. Zbyt ożywiony jak na rozmowę służbową.

– Coś się stało? – zapytałam, udając obojętność.

– Nie, zwykłe zamieszanie. Wiesz, jak jest – wzruszył ramionami.

Nie wiedziałam. Następnego dnia telefon dzwonił już bez skrępowania. Rano, w południe, wieczorem. Piotr odbierał go automatycznie, a ja coraz częściej zostawałam sama w pokoju, z narastającym uczuciem bycia tylko dodatkiem do tego urlopu.

To ferie czy dyżur? – nie wytrzymałam w końcu.

Spojrzał na mnie zaskoczony, jakby nie rozumiał, o co chodzi.

– Przesadzasz. To tylko kilka rozmów.

– Kilka rozmów, które ciągną się w nieskończoność – odpowiedziałam spokojniej, niż się czułam.

Zapadła cisza. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że te telefony to dopiero początek, a moja złość była jedynie ostrzeżeniem, którego nie chciałam dopuścić do głosu.

Coś przede mną ukrywał

Kolejnego dnia obudziłam się wcześniej niż Piotr. Leżałam nieruchomo, wsłuchując się w jego oddech i myśląc o tym, jak bardzo się od siebie oddaliliśmy, choć dzieliło nas zaledwie kilka centymetrów materaca. Telefon leżał na stoliku nocnym. Milczał, ale miałam wrażenie, że tylko czeka.

Gdy zeszłam do kuchni, po chwili usłyszałam kroki. Piotr nie powiedział „dzień dobry”. Zamiast tego zerknął na ekran i bez słowa wyszedł do łazienki. Drzwi się zamknęły, ale woda nie poleciała. Za to on zaczął mówić. Nie słyszałam słów, tylko ton. Ciepły, wręcz uwodzicielski, zupełnie inny niż ten, którym zwracał się do mnie od miesięcy. Podeszłam bliżej drzwi, niemal bezgłośnie. Serce waliło mi w piersi, jakbym robiła coś niewłaściwego.

Tęsknię za tobą – usłyszałam wyraźnie.

Zamarłam. Stałam na środku korytarza z kubkiem w dłoni, czując, jak ogarnia mnie gorąco. Tęsknię. To słowo nie miało nic wspólnego z raportami ani terminami. Po chwili dodał coś jeszcze, ciszej, jakby z uśmiechem. Wrócił po kilku minutach. Na mój widok drgnął.

– Od dawna tu stoisz? – zapytał.

Wystarczająco długo – odpowiedziałam.

Patrzył na mnie uważnie, jakby próbował ocenić, ile wiem. A ja sama nie byłam pewna, czy chcę wiedzieć więcej. Później wyszliśmy na spacer. Śnieg skrzypiał pod butami, dzieci mijały nas z sankami, wszyscy wydawali się tacy beztroscy. Tylko między nami dało się wyczuć rosnące napięcie.

– Z kim rozmawiasz? – zapytałam nagle.

Zatrzymał się. Przez moment wyglądał, jakby chciał skłamać, ale coś w moim spojrzeniu go powstrzymało.

– To… ktoś z dawnych lat – powiedział w końcu.

– I dlatego musisz się chować?

Nie odpowiedział. Ruszył dalej, zostawiając mnie kilka kroków za sobą. Wtedy zrozumiałam, że nie chodzi już o telefony. Chodziło o tajemnice, które wślizgnęły się między nas cicho, a teraz rosły, karmione milczeniem.

Żyliśmy obok siebie

Po spacerze wróciliśmy do domku osobno, choć szliśmy tą samą drogą. Piotr udawał, że coś sprawdza w telefonie, ja skupiałam wzrok na śladach butów w śniegu. Każdy krok był cięższy od poprzedniego. Czułam, że zbliżamy się do granicy, zza której nie da się już cofnąć. W środku panowała nienaturalna cisza. Zwykle w takich chwilach włączałam radio, teraz jednak nie miałam na to siły. Piotr krzątał się bez celu.

– Możemy porozmawiać? – zapytałam w końcu.

Westchnął i usiadł przy stole, nie patrząc na mnie.

– Jeśli musimy.

To „jeśli” zabolało bardziej, niż się spodziewałam.

Nie poznaję cię – powiedziałam cicho. – Jesteś obok, a jakby cię nie było.

Podniósł wzrok. Przez chwilę zobaczyłam w nim coś znajomego. Zmęczenie, a może strach.

– To nie jest takie proste – odparł. – Ty też się zmieniłaś.

– Ja przynajmniej nie wychodzę szeptać do telefonu – rzuciłam ostrzej, niż planowałam.

Wstał gwałtownie, krzesło zaskrzypiało.

– Niczego nie rozumiesz – powiedział, nerwowo przeczesując włosy. – To rozmowy, które przypominają mi, kim byłem. Zanim wszystko stało się takie… trudne.

– A ja? – zapytałam. – Jestem częścią tego „wszystkiego”?

Nie odpowiedział od razu. Spojrzał w okno, jakby tam kryła się właściwa odpowiedź. Wieczorem telefon zadzwonił znowu. Tym razem nie wyszedł. Odebrał przy mnie.

– Nie teraz – powiedział krótko. – Odezwę się później.

Rozłączył się i odłożył aparat na stół, ekranem do dołu. To miał być gest. Przeprosiny bez słów. Tylko że ja już nie wiedziałam, czy to wystarczy.

Położyliśmy się spać wcześnie. Leżeliśmy w ciemności, każde na swoim brzegu. Myśli nie dawały mi spokoju. Zrozumiałam wtedy, że cokolwiek wydarzy się dalej, te ferie już na zawsze zostaną we mnie jako moment, w którym po raz pierwszy dopuściłam myśl, że mogę zostać sama, będąc z kimś.

Nic nie będzie takie samo

Noc była niespokojna. Budziłam się co chwilę, wsłuchując w dźwięki domku, jakby ściany mogły mi coś zdradzić. Piotr spał płytko, kilka razy odwracał się gwałtownie. Nad ranem jego telefon znów zawibrował. Nie odebrał, ale ekran rozświetlił ciemność. Wystarczyło. Wstałam pierwsza, założyłam sweter, usiadłam przy stole i czekałam. Gdy zszedł do kuchni, od razu zrozumiał, że nie zamierzam już udawać.

Musisz z tym skończyć – powiedziałam bez wstępów. – Albo teraz, albo wcale.

Usiadł naprzeciwko mnie. Tym razem nie uciekał wzrokiem.

– To była moja dawna znajoma – zaczął. – Odezwała się niedawno. Na początku było niewinnie. Wspomnienia, rozmowy o tym, co było.

– I o tym, czego nie było – dodałam.

Skinął głową.

– Czułem się przy niej znowu ważny. Słucha mnie. To mnie... wciągnęło.

Te słowa nie były krzykiem ani dramatem. Właśnie to bolało najbardziej. Spokój, z jakim je wypowiedział, jakby opisywał pogodę.

– A ja? – zapytałam po raz kolejny, już bez gniewu. – Kiedy przestałam być tą, przy której czujesz się ważny?

Milczał długo. Za długo.

– Nie przestałaś – powiedział w końcu. – Po prostu to my przestaliśmy rozmawiać, troszczyć się o siebie. Starać się.

Zrozumiałam wtedy, że to nie jedna rozmowa ani jeden telefon były problemem. To było wszystko, co odkładaliśmy na później. Wszystkie niewypowiedziane zdania, wszystkie chwile, gdy wybieraliśmy spokój zamiast prawdy. Tego dnia nie wyszliśmy na stok ani na spacer. Siedzieliśmy razem, ale jakby po dwóch stronach barykady. Piotr spakował telefon do plecaka i odłożył go wysoko na półkę.

Chcę spróbować – powiedział cicho.

Pokiwałam głową. Chciałam mu wierzyć. Ale po raz pierwszy od dawna wiedziałam, że nawet jeśli spróbujemy, nic już nie będzie takie samo.

Daliśmy sobie czas

Po powrocie z ferii wszystko wyglądało tak samo jak wcześniej. Te same ściany, te same poranki, ten sam stół w kuchni. A jednak ja już nie byłam tą samą osobą. Piotr starał się bardziej. Odkładał telefon, pytał, jak minął mi dzień, czasem nawet proponował wspólny spacer. Patrzyłam na niego i zastanawiałam się, czy to troska, czy strach przed stratą.

Pewnego wieczoru usiedliśmy naprzeciwko siebie, bez telewizora w tle. Cisza nie była już ciężka, raczej niepewna.

Myślisz jeszcze o niej? – zapytałam spokojnie.

Nie zaprzeczył.

– Czasem – przyznał. – Ale bardziej myślę o tym, co mogłem stracić.

To nie była odpowiedź, która dawała ulgę. Raczej taka, która zmuszała do decyzji. Zrozumiałam, że nie chcę być tą, która pilnuje cudzych gestów i czeka na dowody zaangażowania. Chciałam być obok kogoś, kto jest obecny bez przypominania.

Daliśmy sobie czas. Bez deklaracji, bez wielkich słów. Z dnia na dzień. I choć zostaliśmy razem, coś we mnie się zmieniło. Jakby tamte ferie zostawiły we mnie ślad, który już zawsze będzie przypominał, że bliskość nie znika nagle. Ona cichnie, jeśli się o nią nie dba.

Dziś wiem, że złość była tylko pierwszym sygnałem. Prawdziwą lekcją była odwaga, by spojrzeć na siebie bez złudzeń. I choć wciąż jesteśmy razem, już nigdy nie ignoruję własnego niepokoju. Bo cisza potrafi powiedzieć więcej niż najdłuższa rozmowa.

Anna, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama