Reklama

Od kilku lat miałam problemy z wątrobą. Przeszłam badania i zostałam zakwalifikowana do przeszczepu. Moje życie ktoś ujął w jakieś „statystyczne ramki”, sprawdził na jakiejś tabeli i orzekł, że rokuję nadzieję. A jakbym nie rokowała? Wolę o tym nie myśleć.

Na dawcę czekałam kilka miesięcy, bo wśród rodziny i chętnych przyjaciół nie znalazł się nikt, kogo tkanki byłyby zgodne z moimi. No i mam dość rzadką grupę krwi, A Rh-. Ale w końcu dostałam telefon ze szpitala, znalazł się idealny dawca. Od dawna byłam już spakowana. Mąż zawiózł mnie do szpitala. Dwie godziny później zaczęto przygotowania do operacji. Ostatnie co pamiętam, to uśmiechnięta twarz pielęgniarki, która szepnęła do mnie: „Wszystko będzie dobrze”.

Dziwnie się czułam

Po operacji zaczęłam nowe życie, za które chciałam podziękować, ale powiedziano mi tylko, że wątrobę dostałam od ofiary wypadku, a rodzina nie życzy sobie wiedzieć, kto skorzystał na śmierci ich bliskiej osoby. Cóż, rozumiałam to.

Kiedy uznano, że mogę obyć się już bez opieki lekarskiej, zostałam wypisana ze szpitala i wróciłam do domu. Przyjechał po mnie mąż z córką. Godzinę później wprowadzili mnie do dużego pokoju, gdzie już czekał na mnie głęboki fotel z poduszką i kocem do okrycia nóg.

– Dlaczego nic nie mówisz? – córka przytuliła twarz do mojego policzka. – Dobrze się czujesz?

– Tak – odparłam, choć tak naprawdę czułam się dziwnie.

Z kuchni przyszedł mąż i postawił obok mnie na stoliku kubek z gorącą herbatą. Moją ulubioną, jaśminową. Poczułam przykry zapach. Mimowolnie się skrzywiłam.

– Coś nie tak? – spytał mąż.

– Ta herbata śmierdzi – powiedziałam. – Jak babcine ziółka.

– Zepsuta? – zdziwił się i powąchał. – Nie, w porządku.

– Może po prostu twoje receptory zapachowe jeszcze nie wydobrzały – powiedziała córka.

– Być może – zgodziłam się.

Uznałam, że to jedynie reakcja organizmu na chemię z licznych proszków i medykamentów, którymi byłam faszerowana w szpitalu, niczym tuczona przed świętami gęś.

Mąż pierwszy zwrócił uwagę na moje zachowanie

Mimo wszystko byłam zaniepokojona. Nie powiedziałam tego najbliższym, ale po powrocie do domu doświadczyłam dziwnego uczucia. Z jednej strony znałam rozkład pomieszczeń i wiedziałam, co znajdę w tym czy innym pokoju, co leży w danej szafce czy komódce.

Z drugiej zaś strony na swój dom patrzyłam w sposób, w jaki czasami odbieramy miejsce, w którym gościmy po raz pierwszy. Tam wszystko jest dla nas nowe i budzące ciekawość. Nie miałam pojęcia, skąd wzięło się we mnie to dziwne uczucie.

Jednak zmiana smaku i wrażenie obcości nie było jedynymi zmianami w mojej psychice. Pewnych rzeczy nawet nie zauważałam, traktując je jako naturalne i normalne. Jednak mąż patrzył na mnie z boku i widział więcej. Pewnego dnia, kilka tygodni po powrocie ze szpitala, zaczął rozmowę.

– Ostatnio stałaś się jakby bardziej drażliwa – powiedział. – Przepraszam, że mówię bez ogródek, ale jak pamiętasz, obiecaliśmy sobie mówić wszystko bez żadnych uników.

– Ja coś takiego z tobą ustaliłam? – byłam autentycznie zdziwiona.

Niczego takiego nie pamiętałam. I w ogóle nagle pomyślałam, że to byłoby głupie wszystko sobie mówić. Nie powinno się do tego stopnia ufać ludziom, nawet bliskim.

Zreflektowałam się. Zaraz, zaraz, przecież ja tak naprawdę nie myślę! Oczywiście, że trzeba ze sobą otwarcie rozmawiać, inaczej po co w ogóle razem być?

– No dobrze, powiedz, co masz mi do powiedzenia. Bo myślę, że chyba masz sporo racji. Jestem jakaś nieswoja… – westchnęłam.

– Bardziej drażliwa, czepliwa, opryskliwa. Nadąsana. Uszczypliwa. Ciągle wszystkim masz za złe. Kasia ostatnio coraz rzadziej przychodzi, zauważyłaś? Jeśli nadal tak będziesz czepiać się jej o wszystko i krytykować, stracisz jedyną córkę. A jednocześnie czasami doświadczam dziwnego wrażenia… – Bronek spojrzał mi głęboko w oczy – że stale się czegoś lękasz i jesteś bardzo niepewna siebie. To podejrzane.

Mąż mówił, ja słuchałam i przyznawałam mu rację. A jednocześnie gdzieś w głębi duszy czułam, że nadal jestem tą dawną, dobrą i kochaną Krysią, która lubi rano wypić filiżankę jaśminowej herbaty, wyszykować męża do pracy, zrobić mu kanapki i co rano dawać przy drzwiach buziaka na szczęśliwy dzień.

– Zmieniłaś się po tej operacji – stwierdził na koniec mąż. – Coraz częściej zaczynam zastanawiać się, czy na pewno jesteś kobietą, którą kochałem…

W tamtej chwili w mojej głowie odezwał się dzwonek alarmowy. Co znaczyło „kochałem”? Że mój Bronek już nic do mnie nie czuje? O nie! Jednak sekundę później przebiegła mi przez głowę pełna wściekłości myśl: „Tego kwiatu, to pół światu”. Następnie, jakby w kontrapunkcie odezwała się dawna Krysia, która krzyknęła, że nie chce innego „kwiatu”, wybrała ten jeden i z nim czuje się najlepiej. A poza tym nie chcę żadnych fochów i dąsów…

To było bardzo dziwne uczucie – zupełnie jakbym naprawdę kłóciła się z kimś, kto siedział we mnie. Może zwariowałam? No, tego na pewno mężowi nie powiem. Nie dość, że zrobiła się ze mnie jędza, to jeszcze obłąkana? Musiałam sprawę dokładniej przemyśleć…

Powiedziałam Bronkowi, że bardzo źle się czuję i jeśli nie ma nic przeciwko, to tę rozmowę dokończymy innym razem. Mąż pocałował mnie czule w policzek, a potem zostawił samą w sypialni.

Tak być nie może

Po tym, co mi powiedział, ukryta we mnie dawna Krysia jakby się obudziła. Po raz pierwszy też zrodziło się w mojej głowie pytanie, czy wraz z przeszczepem do mojej duszy nie weszło jakieś obce „ja”? Pytanie może i było nieco szalone, ale ja potraktowałam je niesłychanie poważnie. Zwłaszcza że w szpitalu krążyły różne opowieści…

Podobno zdarza się, że po transplantacji zmieniają się człowiekowi smaki, upodobania. Abstynenci nagle zaczynają pić, a ateiści wierzyć, i odwrotnie. Traktowałam te historie jak miejskie, a raczej szpitalne legendy. Ale co, jeśli było w nich ziarno prawdy?

Czasami bowiem rzeczywiście miałam wrażenie, że na otaczający mnie świat spoglądam jakby innymi oczami. Inaczej oceniam ludzi, częściej mnie denerwują. I rzeczywiście, chyba stałam się upierdliwą zołzą, do czego nigdy wcześniej nie miałam inklinacji.

No dobrze, tylko co z tym zrobić? Nie znałam nikogo, kto zajmowałby się takimi sprawami. Wtedy przypomniałam sobie o pielęgniarce oddziałowej, która opowiedziała mi kilka z owych szpitalnych legend. Postanowiłam z nią porozmawiać.

Zadzwoniłam do szpitala, żeby dowiedzieć się, kiedy ma dyżur i już następnego dnia pojechałam do niej.

Kiedy wyznałam, co się ze mną dzieje, pokiwała głową.

A nie wierzyła pani, myślała, że opowiadam głupoty – westchnęła.

– Sama pani przyzna, to dość dziwna koncepcja, że razem z wątrobą wszedł we mnie duch dawcy. Ale jeśli to prawda, tu musiał być wyjątkowo nieprzyjemną osobą. Sama jestem sobą zmęczona.

– Rozumiem… Dam pani adres do bioenergoterapeuty, który pani pomoże – i sięgnęła po komórkę.
Skrzywiłam się. Co ta kobieta znowu wymyśla? Przecież to bardziej gusła niż medycyna.

– Niech pani nie grymasi – pokiwała palcem. – Już raz się pani przekonała, że nie zawsze pani ogląd świata jest prawidłowy, prawda?

Prawda. Dlatego wzięłam adres i umówiłam się z tym facetem.

Co wieczór modlę się o spokój duszy dawcy

Bioenergoterapeuta, Bartosz, okazał się sympatycznym, inteligentnym człowiekiem o dużej wiedzy.

– Nie ma w tym nic nadnaturalnego – powiedział. – Jesteśmy zbudowani z różnych rodzajów energii, między innymi ki, energii życia. Każdy nasz narząd nią pulsuje. Po śmierci ki powoli się rozprasza, znika, wtedy ciało się rozpada. Ale kiedy lekarze dokonują przeszczepów, pobierają organy, które wciąż są wypełnione energią. Wkładają je w ciało innego człowieka i wtedy dwie obce energie ki zderzają się ze sobą. Zazwyczaj energia biorcy jest silniejsza i wchłania energię dawcy, w końcu to tylko jeden narząd. Ale czasem, z różnych powodów, energia dawcy jest zbyt silna, zaczyna zakłócać energię biorcy. Niektórzy zmieniają nawyki, inni mają wizje czy sny z dawnego życia zmarłego. Tak to się odbywa…

– A można cokolwiek z tym zrobić? – spytałam.

– Trzeba rozproszyć tę obcą energię, osłabić – padła odpowiedź.

Bartosz nauczył mnie pewnych technik medytacyjnych, które miałam stosować codziennie. I faktycznie, po kilku tygodniach poczułam, że wracam do siebie, a tamta mroczna, smutna energia nieszczęśliwej osoby rozpływa się, zanika.

Dziś znowu lubię jaśminową herbatę, co rano szykuję mężowi kanapki do pracy i życzę mu przy drzwiach dobrego dnia. Co wieczór też modlę się za spokój duszy osoby, dzięki której mam szansę dalej żyć.

Czytaj także:
„Jola to prawdziwa zołza. Najpierw odebrała mi stanowisko w pracy, a potem wolność i poduszkę w sypialni”
„Nowa koleżanka w pracy się panoszy i myśli, że długie nogi wystarczą zamiast kompetencji. Nawet szef ślini się na jej widok”
„Rodzina chciała mnie wykolegować z interesu, a potem błagała o wybaczenie. Teraz zamiast zięcia mają wzdęcia”

Reklama
Reklama
Reklama