Reklama

Zimowe poranki mają w sobie coś bezlitosnego. Wychodzisz z ciepłego domu, próbujesz odgrzebać samochód spod śniegu, w palcach czujesz ból mimo rękawiczek, a z tyłu dziecko marudzi, że zgubiło zabawkę z Batmanem. W takich chwilach człowiek chciałby wcisnąć przycisk „pauza” i nie wychodzić spod koca. Jednak samotna matka nie ma przycisku takiej opcji. Ma listę rzeczy do ogarnięcia i kubek zimnej kawy.

Od kiedy ojciec Tomka zniknął z naszego życia, jestem wszystkim naraz – mamą, kierowcą, kucharką, księgową, hydraulikiem, psychologiem, nocnym strażnikiem. Codziennie wstaję, ogarniam siebie, ogarniam dziecko i ogarniam życie, które wcale nie jest takie, jakie miało być. Czasem chciałabym, żeby ktoś po prostu spytał: „Elwira, a może chcesz, żebym odśnieżył ci samochód?” albo przyniósł zakupy, zanim poproszę.

Wtedy pojawił się on. Sąsiad z naprzeciwka – Jacek. Raz podrzucił mi pocięte drewno pod drzwi. Innym razem spytał, czy czegoś nie przynieść ze sklepu. Pomagał bez słów. Patrzył jakoś tak, jakby wiedział, czym jest zmęczenie. Nie mówił zbyt wiele, ale coś w nim przyciągało. Może to, że był tak inny od tych wszystkich mężczyzn, których znałam? A może po prostu chciałam wierzyć, że ktoś wreszcie widzi mnie, a nie tylko moje obowiązki.

Byłam mu bardzo wdzięczna

– Dziękuję… naprawdę – uśmiechnęłam się, poprawiając czapkę i patrząc, jak Jacek kończy zgarniać śnieg z mojego podjazdu. – Nie musiał pan…

– Jacek – przerwał mi spokojnie. – Mów mi Jacek.

– Elwira – odpowiedziałam, zawstydzona, chociaż przecież wiedziałam, jak ma na imię. Widziałam jego skrzynkę pocztową wystarczająco wiele razy.

Herbaty się może napijesz? Mogę zrobić – uniósł lekko brew, jakby chciał mi dać wybór, ale i tak wiedział, że odmówię.

– Może innym razem. Tomek już marudzi, a ja… – zaczęłam się tłumaczyć, wskazując głową na auto, gdzie mój syn rytmicznie kopał w siedzenie.

– Jasne. Rozumiem – uśmiechnął się z lekkością, która została mi pod powiekami na resztę wieczoru.

Kiedy później siedziałam w wannie, z zamkniętymi oczami, czułam, że za długo w głowie odtwarzam tę jedną scenę. Sposób, w jaki trzymał łopatę, jak jego rękawiczki były przetarte na palcach, jak spojrzał, zanim zaproponował herbatę. To tylko pomocny sąsiad. A jednak…

Zaczęłam się zastanawiać, co tak naprawdę wiem o nim. Poza tym, że jest wdowcem. Słyszałam to od sąsiadki z klatki obok. „Taka tragedia…”, mówiła. Wtedy nie przywiązywałam wagi. A teraz? Czy wypada, żebym o nim myślała? Czy jestem tak głodna ciepła, że wystarczyły dwa spojrzenia spod kaptura, by coś we mnie zostało? Nie wiem. Ale tego wieczoru zasnęłam, myśląc o jego spojrzeniu

Coś mnie do niego ciągnęło

– A więc jednak herbata? – Jacek uśmiechnął się lekko, uchylając drzwi. Stałam na progu w rozpiętej kurtce i z pudełkiem pierników w dłoni.

Tylko na chwilę. Mam ciastka, które zostało po świętach. I… może jednak napiję się tej twojej herbatki.

Nie planowałam tego. Miałam tylko oddać jego listy, które przypadkiem trafiły do mnie. Jednak kiedy otworzył drzwi i spojrzał na mnie tym spokojnym, nieosądzającym wzrokiem, coś we mnie zmiękło. W kuchni pachniało świeżo zmieloną kawą i czymś jeszcze – może drewnem? Może ciepłem? Usiadłam przy stole, a Jacek nalał herbaty do dwóch kubków. Przez chwilę milczeliśmy. To nie było niezręczne.

– Niedawno… wiele się zmieniło w moim życiu – powiedział nagle, nie patrząc na mnie.

– Wiem – uniosłam wzrok. – Znaczy… coś słyszałam. Przykro mi.

– Nie musisz nic mówić – podsunął mi kubek. – Wystarczy, że jesteś.

Wystarczy, że jestem? Serce zaczęło mi bić jak szalone. Od tej chwili wszystko się zmieniło. Zaczęłam tam przychodzić częściej. Czasem z zupą. Czasem po prostu „na chwilę”. Rozmawialiśmy długo o wszystkim i o niczym.

Aż któregoś wieczoru, kiedy odprowadzał mnie, po prostu mnie pocałował. Nie delikatnie. Nie pytająco. Po prostu – jakby nie mógł już dłużej czekać. Nie protestowałam. Pożądanie przyszło nieoczekiwanie. Przebiło moją ostrożność jak szpilka balonik. I mimo całego ciepła, które czułam… gdzieś w środku zaczęła kiełkować niepewność. Kim ja jestem dla niego?

Prawda mną wstrząsnęła

– Biedny Jacek… strasznie to przeżył. A to przecież jeszcze nie minęły nawet trzy miesiące – powiedziała nagle pani Danusia z trzeciego piętra, poprawiając beret.

Zamarłam. Stałyśmy w kolejce do piekarni, ot tak, wymieniając uprzejmości. Aż nagle usłyszałam coś, co ścisnęło mnie za gardło.

– Przepraszam, kiedy ona... umarła? – wydukałam, choć wszystko we mnie krzyczało, żeby przestać pytać.

– No, w październiku. Zaraz po Wszystkich Świętych, jak był pierwszy śnieg. Pamiętam, bo wtedy właśnie przywieźli mi nowy piecyk gazowy, a Jacek pomagał go wnosić. Taki był wtedy zgaszony... – westchnęła.

Nie słyszałam już reszty. Wyszłam z piekarni jak lunatyczka. Ręce mi drżały, a w głowie dudniło. Październik. Październik?! Przecież to znaczy, że zaczęliśmy się spotykać, gdy jej ubrania może jeszcze wisiały w szafie.

Wieczorem, kiedy Jacek otworzył drzwi, nie czekałam na zaproszenie.

– Kiedy ona umarła?

Zamarł. W jego oczach zobaczyłam strach. Milczał długo, zbyt długo.

– W październiku – powiedział w końcu cicho.

– W październiku – powtórzyłam jak echo, czując, jak coś we mnie pęka. – Czy ja… jestem tylko plasterkiem? Kim dla ciebie jestem, Jacek? Lekiem na ból?

Nie odpowiedział. A ja po prostu wyszłam, trzaskając drzwiami.

W domu długo siedziałam na podłodze, oparłszy się o ścianę. Czy byłam dla niego tylko odskocznią? Sposobem na zapomnienie? Wciąż czułam jego dotyk na ramieniu. Nagle nie wiedziałam, czy mnie to koi, czy brzydzi.

Jego wyznanie wszystko zmieniło

Zadzwonił wieczorem. Nie odebrałam. Po dwóch minutach był pod moimi drzwiami. Nie wyglądał jak mężczyzna, który przyszedł się tłumaczyć. Raczej jak ktoś, kto coś dźwigał za długo.

– Proszę cię, tylko mnie wysłuchaj – powiedział cicho. – Potem możesz mnie znienawidzić, ale teraz… po prostu wysłuchaj.

Nie odpowiedziałam. Tylko odsunęłam się na bok, wpuszczając go do środka. Usiadł na brzegu kanapy, jakby bał się dotknąć czegokolwiek.

Ja… jej nie kochałem – wypalił nagle. – Nie tak, jak powinienem. Była chora. Przez większość naszego małżeństwa. Wtedy nie umiałem odejść. Byłem jej całym światem… i jej pielęgniarzem. Nie mężem. Zostałem, bo tak trzeba. Nie zostawia się człowieka, który umiera.

Patrzyłam na niego, nie wiedząc, co powiedzieć. Poczułam coś na kształt współczucia, ale razem z nim – złość i bezsilność.

– A ja? Co ja mam z tym wspólnego? – zapytałam.

– Ty byłaś kimś pierwszym od lat, przy kim poczułem, że znowu żyję. Że mam jeszcze coś w sobie… coś dobrego.

Milczałam. W mojej głowie kłębił się chaos. Z jednej strony rozumiałam. Z drugiej – nie potrafiłam przestać myśleć, że może jestem tylko „następną stacją”. Czy miłość może się zrodzić na gruzach cudzego cierpienia? Czy to ma szansę przetrwać, skoro zostało zbudowane na fundamencie czyjejś śmierci? Nie wiedziałam. To było najgorsze.

Nie mogłam tego sobie ułożyć

– Potrzebuję czasu – powiedziałam, stojąc w progu. Nie zaprosiłam go do środka. Nie chciałam kolejnych słów. Jacek patrzył na mnie długo, jakby próbował zapamiętać każdy szczegół mojej twarzy.

– Wiem. Nie chcę cię naciskać. Chciałem tylko, żebyś wiedziała… To nie była gra. To, co do ciebie czuję… jest prawdziwe.

– Ale ja nie wiem, kim jesteś, Jacek. I nie wiem, kim ja się stałam przez te ostatnie tygodnie.

Zamknęłam drzwi. Bez płaczu, bez teatralnych gestów. Po prostu – cicho.

Od tamtej pory unikałam go. Nie odbierałam, nie odpisywałam. Gdy mijaliśmy się pod blokiem, spuszczałam wzrok, udawałam, że go nie widzę. Tomek raz zapytał: „A gdzie pan Jacek?”, a ja zmieniłam temat. Nie umiałam wytłumaczyć mu, że mama znowu nie wie, co robi.

Wieczorami siedziałam w kuchni, wpatrzona w zegar. O dziewiątej zwykle podnosiłam głowę, jakbym czekała na wiadomość. Nic. Tylko cisza i moje myśli. Zaczęłam zastanawiać się, co właściwie czuję. Czy naprawdę go kocham, czy to było tylko odbicie – moje pragnienie bliskości w jego pustce po stracie? A może on zakochał się nie we mnie, tylko w możliwości ucieczki od żałoby?

Czasem ludzie się spotykają… za wcześnie. Za późno. W złym momencie. Miłość zaczęła mnie boleć. A przecież nikt nie odszedł. Fizycznie wciąż byliśmy blisko. Psychicznie – jakby na dwóch różnych kontynentach.

Jeszcze trochę poczekam

Siedzę przy oknie z kubkiem herbaty. Już nie tej z miętą, tylko zwykłej, czarnej. Gorzkiej. Zimą zamarza tu szyba, tworząc wzory przypominające pajęczyny. Zawsze wpatruję się w nie za długo. Naprzeciwko pali się światło. Jacek wrócił późno. Ma nową skrzynkę pocztową – wymienił ją w zeszłym tygodniu. Tomek zauważył pierwszy. „Mamo, pan Jacek ma nową, a ty wciąż masz tę starą”. Uśmiechnęłam się wtedy bez słowa.

Wspominam nasze rozmowy. Chwilę, gdy podał mi herbatę. Ten pierwszy pocałunek, kiedy jeszcze pachniałam piernikami. To wszystko było prawdziwe. Jednak to, co przyszło potem… też było. Bolesne, rozmazane, pełne pytań.

Nie mam w sobie już gniewu. Zostało tylko to dziwne uczucie… jakbyśmy się minęli. Ja szukałam kogoś, kto mnie pokocha. On szukał kogoś, kto pozwoli mu oddychać. Może oboje mieliśmy nadzieję, że się tym kimś dla siebie staniemy. Czasem tak jest. Spotykasz kogoś, kto wydaje się dokładnie tym, kogo potrzebujesz. Tylko nie jesteście gotowi. Albo jedno z was jeszcze tkwi po kostki w przeszłości, albo serce nie zdążyło się jeszcze zagoić.

Nie wiem, co będzie dalej. Może znów się do siebie odezwiemy. A może nie. Na razie… chcę pobyć sama. Poukładać wszystko. Ułożyć siebie. Czasem to jedyna rzecz, którą naprawdę możesz zrobić.

Elwira, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama