„Byłam samotną matką i całe życie poświęciłam córce. A ona wszystkie te lata wyrzuciła do śmieci dla kochasia”
„Oliwia patrzy na mnie z uśmiechem, ale wiem, że myślami jest już gdzie indziej. Przełykam ślinę, próbując nie pokazać po sobie, jak bardzo mnie to boli. Nie jestem gotowa, by ją oddać światu. Żeby ode mnie odchodziła. Żeby przestała być tylko moja. Ale czy kiedykolwiek któraś matka była na to gotowa?”.

- Redakcja
Mam na imię Marta. Mam pięćdziesiąt lat, z czego osiemnaście poświęciłam praktycznie w całości jednej osobie – mojej córce, Oliwii. Jesteśmy we dwie, od zawsze – odkąd Jacek, jej ojciec, postanowił, że życie rodzinne nie jest dla niego. Przeszłyśmy przez wszystko: jej anginy, moje nieprzespane noce, pierwsze szkolne rozczarowania i dziecięce marzenia, które zwykle spełniałam, nawet jeśli oznaczało to kolejne nadgodziny albo łatanie dziur w budżecie. To była moja misja. Matka i córka – dwie połówki tego samego jabłka. Myślałam, że tak będzie zawsze.
Coś się w niej zmieniło
Nasza codzienność zawsze była przepełniona bliskością. Wieczorami razem gotujemy – najczęściej spaghetti, bo Oliwia twierdzi, że „wychodzą mi idealnie słodkie sosy”. Potem zasiadamy na kanapie z kubkami herbaty. Ona opowiada o szkole, ja udaję, że nie przejmuję się tym, że już nie pyta mnie o zdanie w każdej sprawie. Lubię, kiedy mówi, nawet o rzeczach, które dla mnie są już odległe – o sprawdzianach, internecie, koleżankach z klasy, które teraz „kręcą drama na stories”.
– Mamo, a wiesz, że pani od biologii była dziś na nas wściekła? – śmieje się, mieszając herbatę łyżeczką. – Powiedziała, że jak nie zaczniemy się przykładać, to żadna z nas nie dostanie czwórki. A potem sama pomyliła mitochondrium z chloroplastem!
– No nie! To skandal, trzeba to zgłosić do ministerstwa edukacji – rzucam żartobliwie, udając powagę.
– Mamo, no przestań… Ale serio, pani Ania jest w porządku. Chociaż… Ostatnio wszystko widzi przez różowe okulary.
Uśmiecham się, patrząc na jej rozświetloną twarz. Jest dorosła. Widzę to z każdym dniem coraz wyraźniej. Już nie pyta mnie, czy powinna założyć tę czy inną bluzę, nie potrzebuje mnie w każdym drobiazgu. Czasem wyciąga mnie z domu tylko po to, żebym „odetchnęła świeżym powietrzem”. Czasem nie odzywa się godzinami, zamknięta w swoim pokoju z laptopem, muzyką i tymi wszystkimi tajemnicami, których nie chcę podsłuchiwać.
Ostatnio jednak coś się zmieniło. Podczas jednej z naszych wieczornych rozmów, Oliwia zaczęła mówić nieco innym tonem, spokojniej, jakby coś ważyła w myślach.
– Mamo… A jak myślisz, jak poznać, że ktoś jest naprawdę wyjątkowy? Że to nie jakaś głupia szkolna miłostka?
Zamieram na sekundę. Słowo „wyjątkowy” rozbrzmiewa mi w głowie jak dzwon. Wiem, co to znaczy. Ona dorasta. Powoli wyślizguje mi się z rąk.
– Wyjątkowy… – powtarzam, żeby zyskać na czasie. – To taki ktoś, o kim myślisz bez powodu. Kto sprawia, że się śmiejesz, nawet jak jest beznadziejny dzień. Ktoś, przy kim czujesz się… sobą.
Oliwia patrzy na mnie z uśmiechem, ale wiem, że myślami jest już gdzie indziej. Przełykam ślinę, próbując nie pokazać po sobie, jak bardzo mnie to boli. Nie jestem gotowa, by ją oddać światu. Żeby ode mnie odchodziła. Żeby przestała być tylko moja. Ale czy kiedykolwiek któraś matka była na to gotowa?
Narastały we mnie obawy
Pamiętam tamten wieczór, kiedy Oliwia oznajmiła, że chce mi kogoś przedstawić. Zanim jeszcze zdążyłam zapytać o szczegóły, już wiedziałam, o co chodzi. Dla niej był to ważny moment, dla mnie – test, na który nie miałam żadnej ściągi. Krzątałam się po kuchni, próbując nie okazywać zdenerwowania, chociaż każda minuta dłużyła mi się niemiłosiernie. Usłyszałam dzwonek do drzwi i poczułam, jak serce przyspiesza.
– Mamo, to Paweł – powiedziała, wprowadzając go do mieszkania.
Wyciągnął do mnie rękę, spojrzał prosto w oczy, jakby sprawdzał, ile mam w sobie ciepła, a ile rezerwy. Był wysoki, szczupły, miał ciemne włosy i tatuaż na przedramieniu. Nie próbowałam się uśmiechać na siłę, chociaż wiedziałam, że powinnam. W jego głosie czuć było lekką nieśmiałość, lecz kiedy mówił do Oliwii, rozjaśniał się cały. Wtedy widziałam, jak bardzo jest dla niej ważny. I może właśnie to bolało najbardziej.
Usiedliśmy do kolacji. Oliwia z ekscytacją opowiadała o ich wspólnych planach na lato, o filmach, które chcą zobaczyć, a ja przy każdym jej spojrzeniu czułam ukłucie zazdrości. Próbowałam patrzeć na Pawła obiektywnie, ale z każdym jego słowem narastała we mnie obawa. Sposób, w jaki bawił się widelcem, z jaką nonszalancją mówił o swoich pomysłach na przyszłość, jego lekko ironiczne uwagi. Dobrze wychowany chłopak, pewny siebie, z jakąś nutą smutku w oczach, którą znałam z własnych młodzieńczych lat.
– Paweł, czym się interesujesz? – zapytałam, chcąc brzmieć naturalnie.
– Trochę muzyką, trochę sportem. Chodzę na siłownię, czasem gram na gitarze, ale głównie próbuję znaleźć coś, co mnie naprawdę wciągnie. – Wzruszył ramionami i rzucił krótkie spojrzenie Oliwii, jakby szukał w niej wsparcia.
Kolacja minęła w napięciu ukrytym pod grzecznymi uśmiechami. Oliwia była rozpromieniona, nie spuszczała z niego wzroku, a ja z każdą chwilą czułam się coraz bardziej jak zbędny widz. Paweł starał się być miły, ale cały czas miałam wrażenie, że nie do końca tu pasuje. A może to ja nie pasowałam do tej nowej układanki?
Po wszystkim, gdy Oliwia poszła do swojego pokoju, żeby pokazać Pawłowi zdjęcia z dzieciństwa, zostałam z nim sama na chwilę, podczas gdy czekał na nią w przedpokoju.
– Chyba mnie pani nie lubi. Ale rozumiem – powiedział cicho, z wyraźnym dystansem.
Zaskoczył mnie tą szczerością. Chciałam zaprzeczyć, ale nie potrafiłam zdobyć się na fałsz. Tylko skinęłam głową, nie potrafiąc wykrztusić słowa. Nie wiem, czy bardziej bałam się jego… czy jej dorosłości. Oliwia stała się kimś innym, otwierała się na świat poza mną, a Paweł był pierwszym, który ten świat przyprowadził do mojego domu.
Musiałam coś z tym zrobić
Nie minął tydzień, a już wiedziałam, że muszę coś zrobić. To nie był zwykły strach matki o córkę – to był niepokój, który narastał z każdym kolejnym spotkaniem Oliwii z Pawłem. Zaczęłam mówić coraz bardziej wprost, nie kryjąc się już za ogólnikami.
– On nie jest dla ciebie, Oliwia. To nie chłopak, to zagrożenie – powiedziałam jej, starając się zabrzmieć stanowczo, choć głos mi drżał.
Oliwia spojrzała na mnie tak, jakby nagle stała się starsza o kilka lat.
– Nie jesteś policjantem. Jesteś moją mamą. Zacznij zachowywać się jak matka, nie jak cień!
Nie umiałam jej odpowiedzieć. Czułam tylko, jak między nami rośnie mur. Po tej kłótni poszłam do Magdy. Znałyśmy się od lat, wiedziała o mnie wszystko. Usiedliśmy w jej kuchni, a ja opowiedziałam o wszystkim, o Pawle, o moim lęku, o tym, że tracę Oliwię szybciej, niż się spodziewałam.
– To o niego się boisz, czy o to, że nie jesteś już potrzebna? – zapytała, patrząc mi w oczy.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Może jedno i drugie? Samotność odzywała się we mnie głośniej niż zwykle, a kontrola nad życiem córki nagle stała się dla mnie ostatnią deską ratunku.
Gdy wróciłam od Magdy, wieczór zapowiadał się spokojnie, ale wiedziałam już, jak to się skończy. Z każdą minutą napięcie wisiało w powietrzu. Zaczęłam mówić coraz ostrzej, coraz bardziej desperacko, jakbym mogła ją jeszcze zatrzymać.
– To moje życie. Moje błędy, moje decyzje. Nie twoje, mamo – rzuciła, pakując torbę w pośpiechu.
Patrzyłam, jak wrzuca do niej najpotrzebniejsze rzeczy – bluzę, telefon, ładowarkę. Próbowałam ją zatrzymać, chociażby słowami, ale nie umiałam wycofać się z tego, co powiedziałam wcześniej.
– Nie pozwolę, żebyś zmarnowała wszystko przez chłopaka z problemami! – zawołałam, czując, jak łzy napływają mi do oczu.
Oliwia spojrzała na mnie twardo.
– Wiesz co? Może on ma problemy, ale przynajmniej nie próbuje mnie kontrolować.
Trzasnęły drzwi. Zostałam w pustym mieszkaniu, z uczuciem porażki. Nawet nie umiałam powiedzieć, czego naprawdę się boję – Pawła, dorosłości Oliwii, czy tej nagłej samotności, która zaległa wokół mnie ciężarem.
Może nie wszystko straciłam
Tej nocy nie zmrużyłam oka. Siedziałam przy oknie, patrząc na puste ulice, i próbowałam wrócić pamięcią do czasów, kiedy Oliwia była mała. Jej pierwsze kroki, pierwsze słowa, te wszystkie drobiazgi, które teraz wydawały się tak odległe. Sama byłam uparta jako nastolatka, nie słuchałam nikogo, uciekłam z domu w gniewie, a potem przez lata nie potrafiłam się z rodzicami dogadać. Może dlatego dziś tak bardzo chciałam uchronić Oliwię przed błędami, których sama nie uniknęłam.
Zadzwonił telefon. To był Jacek. Dawno nie rozmawialiśmy dłużej niż kilka minut, ale tego wieczoru potrzebowałam jego głosu bardziej niż kiedykolwiek.
– Nie śpisz? – zapytał cicho, jakby wiedział, że nie poradzę sobie z tą nocą sama.
– Oliwia się wyprowadziła. Pokłóciłyśmy się… Nie potrafię być dla niej matką. Zawsze kończy się awanturą albo łzami.
Przez dłuższą chwilę milczał, a potem powiedział:
– Pozwól jej upaść, zanim będziesz ją podnosić. Inaczej nigdy się nie nauczy.
Te słowa zostały ze mną długo po zakończonej rozmowie. Siedziałam w pustym domu i rozmyślałam, czy kochać znaczy kontrolować? Czy bać się to znaczy kochać? Odtworzyłam w głowie tamten wieczór, gdy sama spakowałam plecak, wybiegłam trzaskając drzwiami i obiecałam sobie, że nigdy nie wrócę. Wróciłam po trzech dniach, głodna, zmęczona, ale już inna – wolniejsza, ale i bardziej samotna.
Byłam zmęczona własnym strachem. Czułam, że muszę pozwolić Oliwii popełnić własne błędy, choć całym sercem chciałam ją przed nimi ochronić.
Zadzwoniłam do Oliwii dopiero po dwóch dniach. Umówiłyśmy się w małej kawiarni na rogu, gdzie kiedyś zabierałam ją na gorącą czekoladę po zimowych spacerach. Czekała już przy stoliku, spięta, ale nieobojętna. Przysiadłam naprzeciwko niej i długo nie mogłam znaleźć odpowiednich słów.
– Przepraszam – powiedziałam w końcu, patrząc jej w oczy. – Nie chcę być tą, która cię zatrzymuje. Chcę być tą, która cię wspiera. Ale czasem nie umiem.
Oliwia westchnęła i uśmiechnęła się lekko, nieco smutno.
– Potrzebuję cię, mamo. Ale potrzebuję też przestrzeni. Paweł nie jest doskonały, ma swoje trudne sprawy, ale przy nim czuję, że mogę być sobą. Nie chcę od ciebie uciekać, ale nie chcę też ciągle czuć, że muszę się tłumaczyć.
Pokiwałam głową, pozwalając jej mówić do końca. Nie chciałam przerywać, chociaż serce mi ściskało. W końcu wyciągnęłam rękę, ona zrobiła to samo. Przytuliłyśmy się, krótko, niepewnie, ale szczerze. Poczułam jej ciepło i pomyślałam, że może jeszcze nie wszystko straciłam.
Marta, 50 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Myślałem, że wyjazd do sanatorium będzie nudny jak oglądanie schnącej farby. Piękna kuracjuszka dała mi zajęcie”
- „Pojechałam do sanatorium w Ciechocinku, żeby poczuć się kobietą. Na balu mnie poniosło i narobiłam sobie wstydu”
- „Wstydzę się wnuków, bo są rozpuszczone i niewychowane. Czasy mamy inne, ale szacunek do babci ma być niezmienny”

