„Byłam przekonana, że wychowałam syna na dobrego męża. Wtedy zobaczyłam go w kawiarni z obcą kobietą”
„Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Siedziałam tam jak sparaliżowana, bojąc się nawet głośniej odetchnąć. Może to klientka? Może koleżanka z pracy? Mój umysł gorączkowo szukał usprawiedliwienia. Ale rzeczywistość uderzyła mnie z siłą rozpędzonego pociągu. Witek się śmiał. Inaczej niż w domu. To był swobodny, gardłowy śmiech, jakiego nie słyszałam u niego od lat”.

Nigdy nie sądziłam, że na stare lata przyjdzie mi dźwigać taki ciężar. Przez całe życie wpajałam synowi wartości: uczciwość, lojalność, szacunek do kobiet. Byłam duma, gdy Witek ożenił się z Olą — dziewczyną, którą pokochałam jak własną córkę. Wydawało się, że stworzyli małżeństwo idealne, obrazek jak z reklamy płatków śniadaniowych. Jednak jeden przypadkowy spacer zburzył mój spokój i postawił mnie przed wyborem, którego żadna matka nie powinna musieć dokonywać. Czy mam milczeć i chronić syna, stając się wspólniczką kłamstwa, czy zniszczyć ich świat prawdą?
Wierzyłam w to
Zawsze uważałam się za matkę, która twardo stąpa po ziemi. Kiedy mój mąż, Henryk, zmarł dwanaście lat temu, zostałam sama z dorastającym Witkiem. To nie były łatwe czasy. Musiałam być dla niego ojcem i matką jednocześnie. Pilnowałam ocen, sprawdzałam kolegów, z którymi się zadawał, a przede wszystkim tłukłam mu do głowy, że słowo honoru jest droższe od pieniędzy. Witek wyrósł na wspaniałego mężczyznę. Przystojny, zaradny, skończył prawo, otworzył własną kancelarię. Sąsiadki patrzyły na mnie z zazdrością, gdy w niedzielę podjeżdżał pod blok swoim lśniącym samochodem, żeby zabrać mnie na obiad.
Ale moim największym szczęściem była Ola. Kiedy przyprowadził ją do domu pięć lat temu, od razu wiedziałam, że to ta jedyna. Skromna, ciepła, z tymi swoimi wielkimi, brązowymi oczami, które patrzyły na mojego syna z takim uwielbieniem, że aż ściskało mnie w gardle. Traktowałam ją jak córkę, której nigdy nie miałam. Ola często wpadała do mnie na herbatę, żaliła się na szefa, radziła w sprawach kulinarnych.
Witek dużo pracował: „sprawy w sądzie”, „spotkania z klientami”, „wyjazdy integracyjne”. Ola znosiła to z anielską cierpliwością, piorąc jego koszule i odgrzewając kolacje o północy. Mówiła mi zawsze: „Mamo, on to robi dla nas, dla naszej przyszłości”. Wierzyłam w to. Naprawdę w to wierzyłam. Do tamtego feralnego czwartku.
To nie była dłoń Oli
Październikowe popołudnia bywają zdradliwe, ale tamtego dnia słońce świeciło wyjątkowo mocno. Wybrałam się do centrum handlowego na drugim końcu miasta, bo tylko tam, w specjalistycznym sklepie, mogłam dostać włóczkę w konkretnym odcieniu butelkowej zieleni. Chciałam zrobić Oli sweter na urodziny. Wiedziałam, że marzyła o takim od dawna. Witek rano dzwonił do mnie, żeby powiedzieć, że nie wpadnie w ten weekend, bo ma pilną delegację do Wrocławia.
„Wyjeżdżam zaraz po południu, mamo, wrócę dopiero w niedzielę w nocy” — mówił. Jego głos wydawał się zmęczony, pełen troski. Nawet mu współczułam. Biedny chłopak, zaharowuje się — pomyślałam wtedy.
Kupiłam wełnę i poczułam nagły spadek cukru. Postanowiłam wstąpić do małej, kameralnej kawiarni ukrytej w bocznej alejce pasażu, z dala od głównego gwaru. To miejsce słynęło z dyskrecji i drogiej kawy. Usiadłam przy stoliku zasłoniętym wielką donicą z fikusem, czekając na szarlotkę. I wtedy ich zobaczyłam.
Siedzieli dwa stoliki dalej, w najciemniejszym kącie sali. Najpierw rozpoznałam ten charakterystyczny, granatowy garnitur. Witek kupił go miesiąc temu na wesele kuzynki. Serce zabiło mi mocniej, bo przecież miał być w drodze do Wrocławia. Chciałam już wstać, pomachać mu, zapytać, czy delegacja została odwołana, gdy nagle jakaś dłoń wsunęła się w jego włosy. Zamarłam. To nie była dłoń Oli. Ola nie malowała paznokci na krwistoczerwony kolor. I na pewno nie miała burzy tlenionych blond loków. Kobieta siedząca naprzeciwko mojego syna była młoda, wyzywająca i patrzyła na niego wzrokiem, który nie pozostawiał żadnych złudzeń, co do charakteru ich relacji.
Była między nimi chemia
Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. Siedziałam tam jak sparaliżowana, bojąc się nawet głośniej odetchnąć. Może to klientka? Może koleżanka z pracy? Mój umysł gorączkowo szukał usprawiedliwienia. Ale rzeczywistość uderzyła mnie z siłą rozpędzonego pociągu. Witek się śmiał. Inaczej niż w domu. To był swobodny, gardłowy śmiech, jakiego nie słyszałam u niego od lat. Trzymał tę kobietę za rękę, gładził kciukiem wierzch jej dłoni.
W pewnym momencie ona nachyliła się nad stolikiem i wyszeptała mu coś do ucha, a on... on pocałował ją w szyję. W miejscu publicznym. Bez cienia wstydu. Bez cienia strachu, że ktoś zobaczy. Patrzyłam na mojego syna — człowieka, którego uczyłam pacierza, któremu opatrywałam zdarte kolana, i widziałam obcego mężczyznę. Widziałam kłamcę. Oszusta.
Najgorsze było to, jak bardzo swobodnie się przy niej czuł. To nie wyglądało na jednorazowy wyskok. Była między nimi chemia, intymność budowana miesiącami, może dłużej. Kiedy wstawali, objął ją w pasie zaborczym gestem. Słyszałam fragment rozmowy, gdy mijali moją kryjówkę za fikusem.
— ...Olka myśli, że jestem już na autostradzie — rzucił lekko, z nutą kpiny w głosie, która zmroziła mi krew w żyłach. — Mamy cały weekend dla siebie, kotku. Hotel jest już opłacony.
Czekałam dziesięć minut, zanim odważyłam się wyjść z kawiarni. Ręce trzęsły mi się tak bardzo, że nie mogłam trafić kluczykiem do zamka w samochodzie. Wróciłam do domu i przez dwie godziny siedziałam w kuchni w płaszczu, tępo wpatrując się w ścianę. Włóczka w kolorze butelkowej zieleni leżała na stole jak niemy wyrzut sumienia.
Poczułam tylko przerażenie
Następnego dnia Ola wpadła do mnie z ciastem. Wyglądała na zmęczoną, miała podkrążone oczy, ale uśmiechała się szeroko.
— Witek znowu w rozjazdach — westchnęła, nalewając mi herbaty. — Biedak, dzwonił wczoraj wieczorem, mówił, że padł w hotelu zaraz po przyjeździe. Tyle ma pracy... Mamo, martwię się o niego. On się wykończy tym tempem.
Każde jej słowo było jak uderzenie batem. Patrzyłam na tę dobrą, ufną kobietę i czułam, jak żółć podchodzi mi do gardła. Ona się o niego martwiła. Ona siedziała w domu, planując ich przyszłość, podczas gdy on bawił się w najlepsze z jakąś „blondyneczką” w luksusowym hotelu spa, za pieniądze, które rzekomo odkładał na ich wymarzony dom.
— Olu... — zaczęłam, a głos mi zadrżał. — Czy... czy między wami wszystko dobrze się układa?
Spojrzała na mnie zaskoczona, odstawiając filiżankę.
— Oczywiście, mamo. Dlaczego pytasz? Wiadomo, Witek jest zapracowany, rzadziej bywa w domu, bywa nerwowy... Ostatnio nawet kupił mi te drogie kolczyki, wiesz, te z szafirami, żeby mnie przeprosić za brak czasu. On się stara. Staramy się... — zająknęła się i zarumieniła. — Właściwie, chciałam ci powiedzieć, że... zaczęliśmy znowu rozmawiać o dziecku. Witek obiecał, że po tym dużym projekcie zwolni tempo.
Dziecko. Mój Boże. Gdyby powiedziała mi to dwa dni temu, skakałabym z radości. Teraz poczułam tylko przerażenie. Dziecko w takiej sytuacji? To byłoby spoiwo, które uwięzi ją w kłamstwie na zawsze. Zacisnęłam usta tak mocno, że aż zbielały. Nie mogłam jej tego powiedzieć. Nie teraz, nie kiedy patrzyła na mnie z taką nadzieją. Ale wiedziałam, że nie mogę też milczeć w nieskończoność.
Gdzie popełniłam błąd?
Czekałam na powrót Witka jak drapieżnik na ofiarę. Zadzwoniłam do niego w poniedziałek rano. Powiedziałam, że muszę się z nim pilnie spotkać, że chodzi o sprawy spadkowe po ojcu. To był jedyny temat, który sprawiał, że zjawiał się natychmiast. Przyjechał do mojego mieszkania w porze lunchu. Wyglądał świetnie — wypoczęty, opalony, pachnący drogimi perfumami.
— Co się stało, mamo? — zapytał, luzując krawat. — Mam tylko pół godziny.
– Usiądź, Witek – powiedziałam tonem, którego nie używałam od czasu, gdy miał piętnaście lat i znalazłam u niego papierosy.
Usiadł, nieco zdziwiony. Stanęłam przed nim, opierając się o stół, żeby ukryć drżenie rąk.
— Widziałam cię w czwartek — rzuciłam prosto z mostu. — W „Cafe Aroma”. Z nią.
Zapadła cisza. Gęsta, lepka cisza, w której słychać było tykanie starego zegara w przedpokoju. Widziałam, jak na jego twarzy maluje się najpierw szok, potem panika, a na końcu... zimna kalkulacja. To było najgorsze. Nie widziałam wstydu. Widziałam prawnika, który szuka linii obrony.
— Mamo, to nie tak jak myślisz... — zaczął standardową formułką.
— Nie obrażaj mojej inteligencji! — krzyknęłam, uderzając ręką w stół. — Słyszałam, co mówiłeś! „Olka myśli, że jestem na autostradzie”. Jak mogłeś?! Jak mogłeś spojrzeć jej potem w oczy? Ona planuje z tobą dziecko, a ty... ty traktujesz ją jak naiwną idiotkę!
Witek wstał gwałtownie. Jego twarz stwardniała.
— To skomplikowane! — warknął. — Ola... Ola jest wspaniała, ale... nudna. W domu tylko rachunki, obiady, narzekanie na teściową siostry. Potrzebuję oddechu. Kinga daje mi energię. To nic poważnego, po prostu... odskocznia. Mężczyzna ma swoje potrzeby.
— Odskocznia? — powtórzyłam z niedowierzaniem. — Nazywasz zdradę odskocznią? Witek, ty niszczysz życie kobiecie, która cię kocha!
— Niczego nie niszczę, dopóki ona o tym nie wie! — przerwał mi ostro. — Dbam o nią. Niczego jej nie brakuje. Ma wygodne życie, dom, samochód. Może mieć dziecko, jeśli chce. Będę dobrym ojcem. Ale nie każ mi rezygnować z... życia.
Patrzyłam na niego i go nie poznawałam. Gdzie popełniłam błąd? Za bardzo go rozpieszczałam? A może to geny? Mój teść też lubił skoki w bok, choć Henryk zawsze się tego wypierał.
— Masz to skończyć — powiedziałam cicho, ale stanowczo. — Masz to skończyć natychmiast i naprawić relacje z żoną. Albo...
— Albo co? — Witek zmrużył oczy. W jego spojrzeniu było wyzwanie. — Powiesz jej? Zniszczysz moje małżeństwo? Złamiesz jej serce? Myślisz, że ci podziękuje? Ola się załamie. A ja... ja ci tego nigdy nie wybaczę, mamo. Jeśli to zrobisz, stracisz syna. I wnuki, jeśli się pojawią. Odetnę cię od wszystkiego.
To był szantaż. Zimny, wyrachowany szantaż emocjonalny.
Wystarczy jedno kliknięcie
Witek wyszedł, trzasnąwszy drzwiami. Zostałam sama w pustym mieszkaniu, czując się starsza o sto lat. Minął tydzień. Syn dzwoni do mnie codziennie, udając, że nic się nie stało, pyta o zdrowie, o zakupy. Ale w jego głosie słyszę ostrzeżenie. Ola była u mnie wczoraj. Pokazywała mi wyniki badań. Wszystko jest w porządku, mogą starać się o ciążę. Była taka szczęśliwa, taka pełna nadziei. A ja patrzyłam na nią i czułam się jak zdrajczyni.
Każde moje wyjście do kościoła kończy się płaczem. Modlę się o mądrość, ale niebo milczy. Jeśli powiem Oli prawdę, zrujnuję jej świat. Będzie cierpieć, rozwód będzie piekłem, bo Witek jako prawnik zniszczy ją w sądzie. Zostanie sama, zraniona, być może bez środków do życia, bo intercyzę podpisali bardzo niekorzystną dla niej (teraz wiem, dlaczego Witek tak na to nalegał). Poza tym stracę syna. Wiem, że spełni swoją groźbę.
Ale jeśli będę milczeć... Jeśli pozwolę, by zaszła w ciążę z człowiekiem, który jej nie szanuje, który wraca do niej z ramion innej kobiety, czy nie będę współwinna? Czy będę potrafiła spojrzeć sobie w twarz w lustrze? Widzę, jak Witek kupuje jej coraz droższe prezenty, jak buduje mur z kłamstw i pieniędzy. To domek z kart, który kiedyś runie. Pytanie tylko, czy mam go zdmuchnąć teraz, czy czekać, aż przygniecie ich oboje i niewinne dziecko.
Wczoraj wieczorem Witek przysłał mi SMS-a: „Kocham Cię, mamo. Wiem, że podejmiesz dobrą decyzję dla rodziny”. Dla rodziny. Jakiej rodziny? Tej, która jest fikcją? Patrzę na telefon. Numer do Oli mam na szybkim wybieraniu. Wystarczy jedno kliknięcie. Jedno zdanie: „Musimy porozmawiać, przyjdź sama”. Ale palec zastyga mi nad ekranem. Boję się. Boję się o Olę, boję się o syna, ale najbardziej boję się tego, że cokolwiek zrobię, będzie to błąd, którego skutki będą ciągnąć się za nami do końca życia.
Pelagia, 64 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Walentynkowy pobyt w SPA miał ratować nasze małżeństwo. Brudów, które mamy za uszami nie przykryje żadna maseczka z alg”
- „Na walentynki marzyłam tylko o romantycznej kolacji i bukiecie kwiatów. Dostałam kebab na wynos z taniej budy”
- „To były nasze pierwsze walentynki po zdradzie. Chociaż się starał, zamiast miłości czułam wstręt”

