„Byłam pewna, że w te walentynki chłopak mi się oświadczy. Pierścionek z diamentem przeszedł mi koło nosa”
„Zaczęłam planować przyszłość w głowie, jakby była już zatwierdzona. Myślałam o tym, komu pierwszemu powiem, gdzie pójdziemy świętować, jak bardzo będę się starała nie płakać. Każde jego rozkojarzenie tłumaczyłam stresem, ciszę – koncentracją”.

Mój związek z Piotrkiem trwał na tyle długo, że wszystko wydawało się już ustalone bez słów. Wspólne poranki, znajome milczenie, te same drogi do pracy. Coraz częściej łapałam się na myśli, że jeśli teraz nie zrobi następnego kroku, to już nigdy. Odkładałam własne wątpliwości, licząc straty i ustępstwa, jakby miały się wreszcie zwrócić. Nadchodzące walentynki miały być odpowiedzią na wszystkie pytania.
Wciąż miałam nadzieję
Piotrek zmienił się niepostrzeżenie, jakby ktoś delikatnie przestawił suwak w jego zachowaniu. Nie było jednej konkretnej sceny, raczej ciąg drobiazgów, które zaczęły się układać w nowy rytm. Wracał później, częściej zerkał na telefon i odkładał go ekranem do dołu. Kiedy pytałam, co u niego w pracy, odpowiadał zdawkowo, jakby opowiadał cudzą historię.
– Jesteś dziś jakiś zmęczony – rzuciłam pewnego wieczoru, nalewając herbatę do dwóch kubków.
– Tydzień był ciężki – odpowiedział szybko. – Wiesz, jak jest.
Kiwnęłam głową, choć nie wiedziałam. Albo nie chciałam wiedzieć. Zamiast tego zaczęłam widzieć znaki tam, gdzie było mi najbezpieczniej. Kiedy zaproponował, że ugotuje kolację, uznałam to za próbę odwrócenia mojej uwagi od nerwów przed „tym dniem”. Gdy raz zapytał, jaki mam rozmiar palca, serce zabiło mi mocniej, a ja udawałam obojętność.
– A po co ci to? – zapytałam, bawiąc się łyżeczką.
– Tak z ciekawości – uśmiechnął się nerwowo.
Ten uśmiech zapamiętałam dokładnie. Wtedy wydał mi się uroczy, teraz wiem, że był spięty.
Zaczęłam planować przyszłość w głowie, jakby była już zatwierdzona. Myślałam o tym, komu pierwszemu powiem, gdzie pójdziemy świętować, jak bardzo będę się starała nie płakać. Każde jego rozkojarzenie tłumaczyłam stresem, każdą ciszę – koncentracją. Wmawiałam sobie, że dystans to element zaskoczenia.
Czasem tylko, kiedy zasypiał odwrócony plecami, czułam ukłucie niepokoju. Leżałam wtedy bez ruchu, licząc jego oddechy i powtarzając w myślach, że to tylko moje lęki. Że coś wisi w powietrzu, ale jest dobrze. Musi być. Inaczej cały ten czas nie miałby sensu.
Znalazłam małe pudełeczko
Zobaczyłam je zupełnie przypadkiem. Piotrek zostawił kurtkę na oparciu krzesła w przedpokoju, a ja, szukając chusteczki, wsunęłam rękę do kieszeni. Najpierw poczułam gładki kartonik, potem niewielki opór. Wyjęłam małe pudełeczko, cięższe, niż się spodziewałam. Przez sekundę tylko na nie patrzyłam, jakby mogło zniknąć, jeśli mrugnę. Serce mi dudniło. Nie otworzyłam go. Nawet nie przyszło mi to do głowy. Sam fakt istnienia wystarczył. Odłożyłam pudełeczko dokładnie tam, gdzie było, i cofnęłam rękę, jakbym dotknęła czegoś zabronionego.
Resztę dnia spędziłam w stanie dziwnego uniesienia. Chodziłam po mieszkaniu lżejsza, uśmiechałam się do siebie bez powodu. W głowie rozgrywałam sceny, których jeszcze nie było. Piotrek klęczący nieporadnie, moje zaskoczenie, które przecież już dawno przestało być zaskoczeniem. Wybierałam w myślach słowa, które powiem, choć żadna wersja nie wydawała się wystarczająca.
Kiedy wrócił z pracy, był chłodniejszy niż zwykle. Przytulił mnie krótko, jakby odhaczył obowiązek.
– Wszystko w porządku? – zapytałam, starając się brzmieć normalnie.
– Jasne – odpowiedział, nie patrząc mi w oczy.
Usiedliśmy obok siebie na kanapie. Jego dłoń spoczywała na moim kolanie, ale była nieruchoma, obca. Rozmawialiśmy o niczym. O zakupach, o pogodzie, o planach na weekend, który miał przecież zmienić wszystko. Czułam coraz wyraźniej rozdźwięk między moją euforią a jego obojętnością.
Wieczorem, gdy gasił światło, odwrócił się do ściany niemal natychmiast. Zostałam sama z myślami, które zaczęły się plątać. Pudełeczko było dowodem, ale wszystko inne przestawało do niego pasować. Próbowałam uciszyć wątpliwości, tłumacząc sobie, że musi być zdenerwowany. Że to normalne. A jednak po raz pierwszy dopuściłam myśl, że ten pierścionek może nie znaczyć tego, czego tak bardzo potrzebowałam.
Głos rozsądku podpowiadał coś innego
Spotkałam się z koleżanką, Moniką dwa dni później. Znałyśmy się od lat, widziała mnie w różnych wersjach, także tej mniej pewnej siebie. Usiadłyśmy w naszej stałej kawiarni, przy stoliku pod oknem. Zamówiłam herbatę, choć ręce i tak mi drżały.
– Jakaś jesteś spięta – zauważyła od razu, mrużąc oczy. – Co się dzieje?
Uśmiechnęłam się szerzej, niż czułam.
– Nic. Po prostu… dużo myślę ostatnio.
Monika przez chwilę milczała, jakby ważyła słowa. Zawsze miała ten irytujący nawyk widzenia więcej, niż mówiła.
– Natalia, a ty jesteś szczęśliwa? Tak naprawdę?
To pytanie uderzyło mnie mocniej, niż się spodziewałam.
– Oczywiście – odpowiedziałam zbyt szybko. – Jesteśmy razem tyle lat, wszystko jest stabilne.
– Stabilne to nie to samo co dobre – powiedziała cicho. – Od dawna widzę, że Piotrek jest obok, ale jakby go nie było.
Poczułam, jak coś we mnie się zaciska.
– Nie znasz go tak jak ja – odburknęłam. – On po prostu nie okazuje emocji w spektakularny sposób.
– Może – przyznała. – Ale widzę też ciebie. Jak bardzo się starasz. Jak często usprawiedliwiasz jego nieobecność.
Zapadła cisza. Patrzyłam na parującą herbatę, czując narastającą złość.
– Po co mi to mówisz? – zapytałam ostrzej, niż planowałam. – Chcesz mi odebrać nadzieję?
Monika westchnęła.
– Chcę, żebyś nie budowała wszystkiego na domysłach.
Wyszłam z kawiarni szybciej, niż przyszłam. Jej słowa chodziły za mną jak cień. Przez resztę dnia analizowałam każdy gest Piotrka, każde spojrzenie, każde opóźnienie w odpowiedzi na wiadomość. Euforia mieszała się z lękiem. Raz byłam pewna, że Monika się myli, innym razem czułam narastającą frustrację.
Wieczorem Piotrek znów był myślami gdzie indziej. Patrzyłam na niego i po raz pierwszy dopuściłam możliwość, że trzymam się tej wizji przyszłości kurczowo, bo boję się zobaczyć teraźniejszość taką, jaka jest.
Nic z tego nie rozumiałam
To miało być zwykłe popołudnie. Jedno z tych, które zlewają się w pamięci w szarą masę. Wróciłam wcześniej z pracy, bo rozbolała mnie głowa. W mieszkaniu było cicho. Piotrek mówił, że tego dnia ma spotkanie zespołu i wróci późno, więc nawet się nie zdziwiłam, gdy go nie było.
Zadzwonił jego telefon. Musiał go zapomnieć. Leżał na stole w kuchni, wibrował krótko, uparcie. Spojrzałam odruchowo na ekran. Imię: Iga. Znałam je. Widziałam je już wcześniej, zawsze w kontekście pracy, zawsze z dopiskiem „pilne”. Telefon ucichł, po chwili zawibrował ponownie. Tym razem nie spojrzałam.
Poszłam do sypialni, zamknęłam drzwi i usiadłam na łóżku. Serce biło mi tak mocno, że czułam je w gardle. Chciałam się zająć czymkolwiek, ale nie potrafiłam. Po kilkunastu minutach usłyszałam dźwięk klucza w zamku. Piotrek wszedł, rozmawiając przez drugi telefon, służbowy. Nie wiedział, że jestem w domu.
– Tak, wiem… Po walentynkach – powiedział, ściszonym głosem. – Nie chciałem robić zamieszania. To tylko kilka dni, damy radę.
Zamarłam. Każde słowo wwiercało się we mnie powoli, bez pośpiechu.
– Pierścionek? Mam go. Spokojnie. Nie, ona nic nie podejrzewa.
„Ona”. To słowo zabolało najbardziej. Stałam w progu, kiedy skończył rozmowę. Podniósł wzrok i przez ułamek sekundy widziałam w jego oczach strach. Potem wszystko wróciło na swoje miejsce.
– Wcześnie wróciłaś – powiedział.
Nie krzyczałam. Czułam tylko dziwną pustkę, jakby ktoś wyłączył we mnie dźwięk.
– Dla kogo jest ten pierścionek? – zapytałam cicho.
Milczał zbyt długo. To wystarczyło. Nie było wielkiej sceny. Tylko urwane zdania, półprawdy i jego tłumaczenie, że „tak wyszło” i że „nie chciał mnie ranić przed świętem”. Słuchałam, a jednocześnie wiedziałam już wszystko. O tej Idze. O planie. O tym, że przez tygodnie żyłam w historii, którą sama sobie opowiadałam. Kiedy wyszedł do drugiego pokoju, usiadłam na podłodze w kuchni. Pierścionek istniał naprawdę. Tylko nie był dla mnie.
Została mi tylko cisza
Zostałam sama szybciej, niż się spodziewałam. Piotrek zamknął się w drugim pokoju, a ja nie miałam siły ani potrzeby, żeby za nim iść. Cisza w mieszkaniu była gęsta, oblepiała mnie ze wszystkich stron. Usiadłam na kanapie i patrzyłam w jeden punkt, jakbym liczyła pęknięcia w ścianie. Każde z nich nagle miało znaczenie, którego wcześniej nie widziałam.
Zaczęłam wracać myślami do drobiazgów. Jego nieobecny wzrok przy kolacji. Krótkie odpowiedzi. Ten sposób, w jaki odsuwał się, gdy próbowałam się przytulić, jakby robił krok w tył, zanim jeszcze zdążyłam się zbliżyć. Wszystko nagle stało się logiczne, aż do bólu spójne. To nie była moja nadwrażliwość. To była prawda, której nie chciałam przyjąć.
Poczułam wstyd. Nie przed nim, ale przed sobą. Za to, jak bardzo potrzebowałam znaku, że jestem wystarczająca. Jak uczepiłam się wizji pierścionka, zamiast patrzeć na człowieka obok. Za każdą rozmowę, której nie podjęłam, bo bałam się odpowiedzi.
Piotrek wyszedł z pokoju późnym wieczorem.
– Nie chciałem, żeby to tak wyszło – powiedział, stojąc w drzwiach.
Skinęłam głową. Nie dlatego, że go rozumiałam. Po prostu nie miałam już w sobie siły na sprzeciw.
– Zostanę dziś u kolegi – dodał po chwili.
Znowu tylko kiwnęłam głową. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, nie było ulgi. Była pustka. Relacja rozpadała się cicho, bez krzyków i dramatycznych deklaracji. To bolało najbardziej. Jakby nawet na koniec nie było we mnie dość ważne, żeby walczyć. Leżałam tej nocy w łóżku sama, patrząc w sufit. Wiedziałam, że coś się skończyło definitywnie. Nie był to tylko związek, ale też wersja mnie, która wierzyła, że wystarczy czekać wystarczająco długo, żeby zostać wybraną na zawsze.
Spadły mi klapki z oczu
Walentynki przyszły cicho. Bez kwiatów, bez planów, bez napięcia, które jeszcze niedawno wydawało mi się zapowiedzią czegoś wielkiego. Wyszłam na długi spacer, żeby nie siedzieć w mieszkaniu pełnym złych decyzji. Patrzyłam na ludzi, na ich uśmiechy, na gesty, które miały coś znaczyć. Po raz pierwszy nie zazdrościłam.
Zrozumiałam, że pierścionek stał się dla mnie symbolem wszystkiego, czego sama sobie nie dawałam. Spokoju. Pewności. Poczucia, że jestem wystarczająca, bez udowadniania tego codziennym poświęceniem. Przez lata czekałam na gest, który miał mnie usprawiedliwić – przed sobą, przed innymi, przed czasem, który tak głośno tykał w mojej głowie.
Piotrek odszedł bez wielkiego pożegnania. Zabrał swoje rzeczy w kilku turach, unikając długich rozmów. Patrzyłam na to z dystansu jak na cudze życie. Bolało, ale już inaczej. Bez iluzji. Zostałam sama z myślą, że największą stratą nie był on ani pierścionek, który nigdy nie miał trafić na mój palec. Najwięcej kosztowały mnie lata, w których wierzyłam w przyszłość, ignorując teraźniejszość. Dziś jeszcze nie wiem, co będzie dalej. Wiem tylko, że po raz pierwszy nie czekam, aż ktoś mnie wybierze.
Natalia, 31 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mąż zaskoczył mnie w walentynki. Liczyłam na bukiet róż, a znalazłam dowód zdrady w jego telefonie”
- „Marzyłam, by stanąć na ślubnym kobiercu, ale mój luby wystawił mnie do wiatru. W końcu odpłaciłam się pięknym za nadobne”
- „W walentynki dostałam bukiet czerwonych róż od byłego. Ucieszyłam się, a później poznałam jego prawdziwe intencje”

