Reklama

Od wielu lat sprzątałam domy ludzi, których życie wyglądało zupełnie inaczej niż moje. Zawsze powtarzałam sobie, że uczciwa praca nie hańbi, nawet jeśli ktoś patrzył na mnie z góry. Po rozwodzie musiałam szybko nauczyć się samodzielności. Dzieci dorosły, każdy miał swoje sprawy, a ja zostałam z pustym mieszkaniem i rachunkami, które trzeba było płacić.

Kiedy trafiłam do domu państwa K., miałam wrażenie, że los w końcu przestał mnie testować. Dom był duży, jasny, zadbany. Pani Dorota pracowała w wydawnictwie, pan Marek prowadził własną firmę. Mieli jedną córkę, Klarę. Miała 17 lat i była spokojnym, cichym dzieckiem, które zawsze odkładało książki na półkę i dziękowało za obiad.

Moje obowiązki były jasno określone. Sprzątanie, pranie, dbanie o porządek, czasem ugotowanie czegoś prostego. Pan Marek często pracował z domu i prosił mnie o kawę czy kanapkę, zawsze z uśmiechem i słowem „dziękuję”. Nie czułam się tam jak ktoś gorszy. Czułam się potrzebna.

Ten telefon mnie zaskoczył

Była środa. Miałam dzień wolny i jak co tydzień wybrałam się do biblioteki, a potem do kawiarni na rogu, gdzie znałam już smak każdego ciastka. Przez chwilę poczułam się jak ktoś, kto ma swoje życie – takie zwyczajne, skromne, ale swoje. Telefon zadzwonił, kiedy właśnie siadałam z herbatą i kawałkiem szarlotki. Spojrzałam na ekran – numer był mi znany, choć nigdy z niego nie dzwoniono.

– Pani Heleno? – cichy, drżący głos. – To ja, Klara…

Zamarłam. Przecież ta dziewczyna nigdy do mnie nie dzwoniła.

Klara? Co się stało?

– Rodzice mieli wrócić dziś rano… Z Dubaju. Nie wrócili. Telefonów nie odbierają. Dzwoniłam do znajomych, nikt nic nie wie. Nie wiem, co mam robić. Jestem sama.

W głosie miała panikę, której nie umiała ukryć. Zawsze opanowana, cicha, grzeczna – teraz brzmiała jak ktoś, kto się po prostu boi.

– Spokojnie. Zaraz przyjadę.

Nie wahałam się ani chwili. Schowałam ciastko do pudełka, wzięłam płaszcz i już po chwili byłam w drodze. Przez całą jazdę myślałam tylko o jednym: dlaczego zadzwoniła właśnie do mnie? Przecież nie byłam rodziną. Tylko gosposią. Człowiekiem od prasowania i mycia podłóg.

A jednak gdy stanęłam w drzwiach ich domu, Klara rzuciła mi się w ramiona. I zrozumiałam. Nie chodziło o to, kim byłam z zawodu. Chodziło o to, że byłam jedyną osobą, która nigdy jej nie zawiodła.

Zaopiekowałam się nią

Kiedy weszłam do środka, dom był w idealnym porządku – żadnego bałaganu, żadnych śladów paniki. Klara siedziała przy kuchennym stole, z dłonią zaciśniętą na telefonie i szklanką wody, której nawet nie tknęła. Na jej twarzy widziałam zmęczenie, jakby nie spała całą noc.

– Sprawdzałam połączenia. Ostatnie, jakie mama miała, były sprzed dwóch dni – powiedziała cicho, jakby do siebie. – Wiem, że mogą być opóźnienia. Wiem, że może nie mieć zasięgu. Ale to do nich niepodobne.

Podałam jej talerz z kanapką, choć wątpiłam, by coś przełknęła.

– Czy ktoś z ich pracy wie coś więcej? – zapytałam.

– W wydawnictwie mówią, że mieli wrócić dziś rano. Tata wysłał ostatniego maila wczoraj. Od tamtej pory nic.

Usiadłam obok, nie wiedząc, co powiedzieć. Przecież nie mogłam zadzwonić na lotnisko i kazać im sprawdzić listy pasażerów. Nie mogłam zapewnić jej, że wszystko będzie dobrze. Jedyne, co mogłam, to być. Tego dnia nie sprzątałam. Zrobiłam herbatę, przykryłam Klarę kocem, gdy zdrzemnęła się na kanapie. Odebrałam telefon, gdy zadzwoniła ciotka z Białegostoku. Po południu odezwał się pan Marek – byli cali i zdrowi. Samolot miał awarię techniczną, musieli czekać na nowy lot.

– Nie zdążyliśmy uprzedzić. Wybaczcie – powiedział tylko, gdy wrócili nocą.

Klara przez resztę dnia nie mówiła prawie nic. Zaszyła się w swoim pokoju, nie chcąc nikogo widzieć. Wydawało się, że wszystko wróciło do normy. Ja wiedziałam, że coś się zmieniło.

Klara mnie poniżyła

Z początku myślałam, że wszystko się ułoży. Państwo K. wrócili, podziękowali mi, nawet nieco zbyt lakonicznie, jakby chcieli zamknąć temat. Klara niby znów chodziła do szkoły, siadała do nauki, wracała do swojego rytmu, ale coś było nie tak.

Z dnia na dzień w domu robiło się coraz bardziej nerwowo. Pan Marek częściej wyjeżdżał, pani Dorota mówiła, że ma coraz więcej obowiązków. Klara przestała jeść ze mną obiady w kuchni, zamykała się w pokoju, a gdy sprzątałam, jej zeszyty leżały nietknięte.

Zaczęła przychodzić z koleżankami – najpierw z jedną, potem z całą grupą. Siedziały w salonie, śmiały się, jadły chipsy, zostawiały po sobie chaos. Nie byłam przyzwyczajona do takiego bałaganu w tym domu. Jeszcze niedawno wszystko miało tu swoje miejsce.

Kiedyś zostawiły po sobie rozlany soj na jasnym dywanie. Gdy zwróciłam Klarze uwagę, uniosła wzrok znad telefonu i powiedziała chłodno:

Pani jest tu od sprzątania, prawda? Więc proszę sprzątać.

Zatkało mnie. To nie była ta sama dziewczyna, która kilka tygodni temu drżała ze strachu, bo rodzice nie wrócili na czas. Ta dziewczyna, z którą siedziałam przy kuchennym stole i dzieliłam ciszę. Zobaczyłam w niej teraz kogoś obcego. Obrażoną, chłodną młodą kobietę. Nie powiedziałam nic. Spakowałam rękawiczki do torebki, założyłam płaszcz i wyszłam.

Czekałam na przeprosiny

Minął tydzień. Udawałam chorą, żeby tam nie chodzić. Klara nie dzwoniła, ja też nie. Ułożyłam sobie w głowie, że to już koniec. Miałam już dwa inne domy, w których sprzątałam raz w tygodniu. Na razie starczało. Nie chciałam do siebie dopuścić żalu, choć czułam go wyraźnie. Nie chodziło o pieniądze. Raczej o to, że zostawiłam kogoś, kto – choć się do tego nie przyzna – był zagubiony. W sobotę rano dostałama sms-a.

„Pani Heleno, czy mogłaby Pani przyjechać? Chciałabym porozmawiać. Klara.”

Zadzwoniłam. Jej głos był cichy, jak wtedy, gdy pierwszy raz zadzwoniła w tamtą środę.

– Przepraszam, że tak panią potraktowałam. Może pani nie chce już wracać, ale… ja potrzebuję kogoś, dla kogo jestem ważna.

Wróciłam. Nie jako pracownica. Wróciłam jak ktoś, kto czuje, że jest jeszcze coś do zrobienia.

Dom był w chaosie, ale tym razem nie zaczęłam od odkurzacza. Usiadłyśmy w kuchni. Klara mówiła długo. O tym, że w domu jest wszystko – poza uwagą. O tym, że nie umie się złościć na rodziców, choć chciałaby. O tym, że czasem czuje się jak mebel – stoi, działa, funkcjonuje, ale nikt jej nie dotyka naprawdę.

Nie pocieszałam jej. Nie umiałam. Zamiast tego nastawiłam wodę na herbatę i zapytałam:

Chcesz, żebym znów przychodziła?

– Tak, ale nie tylko po to, żeby sprzątać.

Kiwnęłam głową. Dobrze wiedziałam, co to znaczy.

Wiele się zmieniło

Wróciłam do pracy u K. na własnych warunkach. Sprzątałam, jak dawniej, ale byłam też kimś więcej. Słuchałam Klary, kiedy musiała się wygadać, i pytałam o jej plany, gdy sama nie wiedziała, czego chce. Pomogłam jej zapisać się na dodatkowe zajęcia z matematyki, podsunęłam dobrego korepetytora z angielskiego. Z czasem wróciła do rytmu, znów zaczęła się uśmiechać. Rodzice zauważyli różnicę, choć nigdy nie zapytali mnie wprost, co się wydarzyło. To nie miało znaczenia. Ważne, że znów było cicho, spokojnie i czysto.

Gdy Klara zdała maturę, przyszła do mnie z bukietem tulipanów.

– Bez pani bym nie dała rady – powiedziała.

Uśmiechnęłam się tylko. Wiedziałam, że nie byłam tylko gosposią. Byłam dla niej kimś ważnym.

Helena, 58 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama